poniedziałek, 30 października 2017

Szlakiem miast na "B". Barcelona




Długo nie mogłam zebrać się do napisania paru słów o Barcelonie. Co zaczynałam pisać, to twierdziłam, że to bez sensu i kasowałam tekst. Nadal ciężko mi opisać wrześniowy pobyt w tym mieście, ale już znam przyczynę tych trudności: nie zobaczyłam Barcelony takiej jaką chciałam widzieć.

- spędziłam tam zbyt mało czasu, w zasadzie były to niepełne 3 dni. Uważam, że jeśli lecieć/jechać do Barcelony, to minimum na tydzień

- nie zobaczyłam miejsc na których mi zależało (wnętrza Sagrady Familii czy wzgórze Montjuic),
natomiast odwiedziłam takie, których nie miałam w planie (np. dość odległe wzgórze Tibidabo).

- nie posmakowałam Barcelony po swojemu, włócząc się po tajemniczych uliczkach, siadając gdzieś z kubkiem czegoś dobrego na przypadkowych schodach i obserwując ludzi


Byłam w Barcelonie, ale czuję się tak, jakbym tam tylko wpadła przelotem. Koniecznie chcę wrócić do tego miasta i posmakować je po prostu po swojemu.


Barcelona Gaudim stoi i to niezwykłe barwny i figlarny styl Antoniego Gaudiego nadaje charakteru Barcelonie.
Nie ma Barcelony bez Gaudiego. Aby w pełni zrozumieć miasto, dobrze byłoby zapoznać się z twórczością tego katalońskiego architekta o nieograniczonej wyobraźni.
Kolorowe mozaiki, najróżniejsze kształty,  niestandardowość, oryginalność; styl Gaudiego ciężko scharakteryzować. Miał mega otwarty umysł, jego styl na zawsze przeszedł do historii architektury.





Powyższe dwa zdjęcia to park Ciutadella, jeden z najbardziej znanych parków Barcelony.




Najsłynniejsza salamandra świata oraz kolumnady znajdują się w parku Guell - wizytówce Barcelony. Jeśli widzisz jakieś foldery czy przewodniki o Barcelonie, na 90% na okładce widnieją właśnie zdjęcia z parku Guell, a konkretnie widok na miasto zza mozaikowej ławki. Nie miałam okazji zobaczyć na żywo tej najdłuższej na świecie ławki, obszar gdzie ona się znajdowała najprawdopodobniej jest w remoncie, bo na miejscu ławki leży tylko piach.

A to wzgórze Tibidabo, którego w planie nie miałam. Jeśli spędzacie w Barcelonie np. tydzień, można tam podjechać i zobaczyć kościół na kościele i widok z najwyższego wzniesienia miasta,  ale gdy wasz czas jest ograniczony, to raczej warto pozostać w centrum i darować sobie dość długą i paroprzesiadkową jazdę na obrzeża.
Tibidabo to także jedno z najstarszych w Europie wesołych miasteczek, z pewnością zaciekawi dzieciaki. 




Na wyjazd do Barcelony czaiłam się od ok. roku i wiązałam duże nadzieje z tym miastem.
Dziś wiem (wiedziałam to także jadąc autobusem na powrotny samolot), że muszę tu wrócić i zwiedzić miasto jeszcze raz, na spokojnie. Jeśli ktoś z Was byłby chętny na taki wypad, to dajcie, proszę znać. W planach zwiedzanie wnętrza Sagrady Familii, Muzeum Picassa, port, wzgórze Montjuic z pokazem fontann, wioską hiszpańską, zamkiem i całą resztą atrakcji, jakie skrywa to niewysokie, ale atrakcyjne wzgórze.

Czasem słyszę pytania ile kosztują moje krótkie wypady i zdziwienie w oczach pytających gdy odpowiadam.


Staram się podróżować raczej niskobudżetowo, Barcelona akurat była trochę droższym wyjazdem niż np. Budapeszt czy Praga, ale wynika to z cen w samej Hiszpanii, a te nie należą do najniższych.

Przykładowe ceny:
- lot z Poznania do Barcelony: 277 zł./ os.w dwie strony (widziałam loty na grudzień za ok. 120 zł.)
- 3 noclegi: ok. 70 euro/os.  (niestety jeśli chodzi o bazę noclegową, Barcelona jest naprawdę droga. My lecieliśmy w 5 osób i zdecydowaliśmy się na 5-osobowy pokój w takim a'la pensjonacie. Gdy przeglądałam oferty hosteli, ceny niekiedy odstraszały)
- bilet do Casa Battlo: ok. 23 euro (pierwsze zdjęcie w poście to słynna Casa Battlo, jeden z zaprojektowanych przez Gaudiego domów.Warto raz wejść i zobaczyć jak to wygląda w środku, ale gdyby ktoś chciał zobaczyć wszystkie domy, które stworzył Gaudi, koszt biletów byłby niemały)
- ok. 3-6 euro trzeba liczyć na tzw. tapas, czyli to co najczęściej jadaliśmy na obiad

Na zdjęciu: tapas pierwszego dnia, czyli krokiety ziemniaczane, naprawdę smaczne.
Wino m.in. hiszpańską Sangrię można kupić w markecie  już za ok. 1,5-3 euro, a jakby ktoś chciał zabrać ją do domu czy na prezent, to na lotnisku sprzedaje się ją za ok. 5 euro


- 10 euro kosztuje bilet 10-przejazdowy na komunikację miejską, z biletu może korzystać dowolna liczba osób.  Nie warto kupować biletów pojedynczych, których koszt to ok. 2,30/2.50 euro za przejazd

- wiele muzeów oferuje bezpłatny wstęp w każdą niedzielę od godz. 15 00. Żałuję, że nie weszłam do Muzeum Picassa albo do zamku na Wzgórzu Montjuic.

- wstęp do płatnej części parku Guell to 7-8 euro

- bilet do Sagrady Familii to ok. 15 euro; gdy będę - mam nadzieję - drugi raz w Barcelonie, kupię go już przez internet w Polsce, żeby uniknąć długich kolejek.

Oto najsłynniejsze, nieukończone dzieło Gaudiego: Sagrada Familia
Architekt poświęcił jej  40 lat swojego życia, potrącony przez tramwaj w jej pobliżu przez parę dni umierał samotnie w hospicjum. Nikt nie wiedział, że to Gaudi, bo nie miał on przy sobie żadnych dokumentów, a jego strój skłaniał wiele osób do myślenia, że tramwaj potrącił bezdomnego. Smutny koniec wielkiego człowieka ...



niedziela, 29 października 2017

Dzień Śpiącej Królewny




Myślę, że też to znasz.
Dzień tak ciężki, że najlepiej spędzić go zakopując się pod grubym kocem z kubkiem czegoś ciepłego w dłoni. I robić jedno wielkie NIC.

Tak naprawdę cokolwiek chciałoby się zrobić w taki dzień i tak z pewnością skończy się to fiaskiem.

Rzadko miewam takie dni, ale gdy nadejdą, najchętniej bym zniknęła. Nie mam siły na nic, bolą mnie mięśnie, niekiedy i głowa.
Natłok zajęć i obowiązków, ba, już nawet sama myśl o tym, co należałoby wykonać, wywołuje smutek, przerażenie, a bywa, że i płacz.

Wiesz co jest jednak najbardziej zaskakujące/najgorsze ?
Fakt, że (moim zdaniem) jesteśmy pierwszym pokoleniem, któremu WOLNO mieć takie dni i które mówi otwarcie, że nie ma siły.
Wydaje mi się, że w pokoleniu naszych rodziców czy dziadków było nie do pomyślenia, że jest się zmęczonym i nie ma się energii na dalsze wykonywanie setek zadań. A już mówienie o tym ?
"Przecież to żałosne, mówić głośno, że jest się nic nie wartym leniem",
"To wasze pokolenie to do niczego się nie nadaje, ciągle zmęczeni, a nic nie robią"

Byłam świadkiem opowiadania mojego dalszego kuzyna - rocznik 1973, o jego koleżankach z pracy. Otóż koleżanki te, wiele lat od niego młodsze, po kilku godzinach pracy pytają czy mogą już pójść do domu, bo są zmęczone i nie mają już sił pracować. Cała firma oficjalnie się z nich nabija; to może skrajny przypadek, ale kuzyn ten zakodował sobie, że osoby urodzone w latach 80 i co gorsza 90, nie nadają się do życia. Nazywa ich/w sumie nas pokoleniem "Y" albo pokoleniem "wiecznie zmęczonych dziewczyn". (Czyżby faceci byli mniej zmęczeni ? Nie doprecyzował.)


Czy przyznam mu rację ?
Niezupełnie.

Sama jestem zdania, że każde kolejne pokolenie robi coraz mniej, a jest coraz bardziej zmęczone.
Ale wynika to z wielu składowych, m.in. z coraz szybszego tempa życia, stresu  oraz przebodźcowania.


Cieszę się, że żyję w czasach, w których mogę przyznać, że nie mam na coś siły i że słaniam się na nogach. Tylko, że mogę tak powiedzieć wśród osób w podobnym wieku.
Takie stwierdzenie w obecności osób z pokolenia moich rodziców wywołuje chyba tylko uśmieszek politowania i niewypowiedziane "patrzcie, oto kolejna księżniczka, która nie ma sił żyć".

Tak, mam dni, kiedy z mojej energii zostaje 1%, kiedy motywacją mogę sobie trzasnąć o ścianę, a jeśli miałabym porównać się do baterii, to tylko do wyładowanej.
Tylko, że w takie dni zwykle czułam silne wyrzuty sumienia. Bo jak to mogę nie mieć energii, kiedy trzeba ogarnąć projekt, odpowiedzieć na maile i wysłać kolejne, skosić trawę i krótko mówiąc zapierdalać dalej.
A ja nie mogę, bo .. nie mam sił.
I wiesz co ? Świat się nie zawali jak czasem wrzuci się na luz, odpuści kolejne zadania i popatrzy otępiałym wzorkiem w okno.
Tylko takiego podejścia trzeba się nauczyć, a my wychowywani przez pokolenie ludzi, którym nie wolno było mieć gorszego dnia, także czujemy, że nie możemy odpuścić, bo trzeba działać, a nie się mazać.

Gdy czuję się jak królewna w śpiączce, niewiele z siebie wyłuskam.
Naprawdę, prędzej potknę się o własne nogi i przetnę palec nożem podczas krojenia chleba niż będę takiego dnia produktywna i kreatywna.
Czasami trzeba odpuścić.

Gorszy dzień minie, energia powróci, świat to przeżyje, serio. 

Uczę się więc. Odpuszczania od czasu do czasu.

* Oczywiście nie mówimy o ciągłym odpuszczaniu sobie i ogólnym lenistwie życiowym. Mam nadzieję, że przekaz posta - mimo chaotyczności, jest jasny.

poniedziałek, 23 października 2017

Bałtyk jesienną porą, czyli wydmy w październiku




Miło spędzić 3 październikowe dni nad Bałtykiem, z dala od gwaru, pełnych plaż, uroczo tandetnych budek z pamiątkami i zatłoczonych dróg dojazdowych.

  Na słynnych wydmach byłam pierwszy raz w życiu i naprawdę polecam to miejsce.

Zarówno słynna wydma Łącka jak i mniejsza Wydma Czołpińska robią niesamowite wrażenie.
Taka mini-pustynia w Polsce, unikat na skalę europejską.


Wyjechaliśmy z Poznania w czwartkowe popołudnie, by trzy kolejne dni móc spędzić na słynnych wydmach w Łebie i Smołdzinie.

Pomimo końca sezonu turystycznego wydmy przyciągnęły nielicznych turystów, spragnionych piasku i ... wiatru.


Znaczną część soboty przeznaczyliśmy na spacer - najpierw z leśnego parkingu do samych wydm (około 5 km), a później przez wydmy wybrzeżem w drogę powrotną. Nie wiem ile to dokładnie kilometrów, z pewnością naście.
Z parkingu prawie pod same wydmy można podjechać zarówno meleksem jak i wypożyczonym rowerem. My szliśmy pieszo przez fajnie wytyczone leśne ścieżki - jak macie odpowiedni zapas czasu i lubicie spacerować po lesie, to polecam taką opcję.







A tak wiało na wieży nieopodal wydm:

 i na samej Wydmie Łąckiej:


Oprócz pobytu na wydmach zwiedziliśmy również skansen w Klukach (Muzeum Wsi Słowińskiej), wdrapaliśmy się na latarnię w Czołpinie, dotarliśmy pod wieżę Rokowół (niestety z powodu silnego wiatru nie mogliśmy na nią wejść). W planie było jeszcze szybkie zwiedzenie Słupska, lecz czas gonił i wystarczyło go jedynie na obiad i króciutki spacer przez rynek.

środa, 4 października 2017

Jesień zagląda w okna



"Już jesień, już liście spadają z jaworów,
Nastaje czas chłodnych i długich wieczorów,
Już ptak odlatuje ku ciepłej krainie.
Co było – nie wróci, co będzie –
.. przeminie."

Miron Białoszewski, "Powitanie jesieni"


Od jakiegoś czasu jesień zagląda nam w okna. Po długich czerwcowych wieczorach nie ma już śladu, po 19 na dworze robi się nieprzyzwoicie ciemno, a deszczowe strugi coraz częściej spływają po szybie i brzegach parasola.

Jesień polubiłam zaledwie parę lat temu. Wcześniej kojarzyła się z końcem wakacji, krótszym dniem i smutkiem. Kolorowe liście, tanecznym krokiem spadające z drzew nie nastrajają pozytywnie. Zawsze zwiastowały one nadchodzący rok szkolny/akademicki, coraz dłuższe wieczory, kałuże w drodze na przystanek. I tą paskudną CIEMNOŚĆ, która odbiera energię.

Jesień dzisiaj smakuje już inaczej, mimo, że wiatr nadal gwiżdże za oknem, a dzień tak szybko się starzeje.
Nadal wolę swoją ukochaną wiosnę, ale jesienne słoty już zaakceptowałam.  
Zresztą nie ma wyboru, jesień i tak sobie przyjdzie, czy ją lubisz czy też nie.



Na razie nie jest jeszcze tak źle, bywają dni deszczowo-depresyjno-paskudne, lecz przełom września i października okazał się dość łaskawy. Dokładnie tydzień temu w środę przemierzałam ulice Berlina ... w sandałkach. Serio, między 15 a 19 30 było bardzo słonecznie, więc cieplejsze buty zostały w torbie. Jedynie wracając wieczorem czułam lekki powiew wiatru po bosych stopach, ale na tyle delikatny, że nie zdążyłam zmarznąć.

Korzystam więc z tegorocznej jesieni, która dla mnie - po ciężkim lecie, przyszła nieoczekiwanie szybko.


A ona niezmiennie od lat nie lubi jesiennego zimna, chłodniejsze dni i noce spędza najczęściej tak:
 :)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Najczęściej czytane teksty na moim blogu

Jednego dnia napiszę coś, co wydaje mi się całkiem spoko i z czystym sumieniem puszczam to w wirtualny świat. Innego - stworzę post, co do którego nie do końca jestem przekonana i publikuję go z przekonaniem, że i tak przecież nikt tego nudziarstwa nie będzie czytać.

Jak to się ma do statystyk wyświetlenia poszczególnych wpisów ? Heh, po prostu nijak :)

Często mnie zaskakujecie, bo w moim odczuciu przeciętny post bije blogowe rekordy wyświetleń, a coś, co napisałam wkładając w to sporo serca, tkwi gdzieś na dole pod względem ilości "przeczytań".

Oczywiście pisać zamierzam dalej, a ilość wyświetleń poszczególnych postów, mimo, że bywa zaskakująca, nie wpływa na tematykę kolejnych wpisów.
Piszę o tym, co mi w głowie siedzi i duszę uciska, o tym, co ważne, o wyjazdach, które wpłynęły na moje życie. Tak naprawdę ja muszę pisać, bez tego czuję, że czegoś mi brakuje.

Potrzebuję kogoś, kto pomógłby mi ogarnąć blog pod kątem informatyczno-technicznycm, niestety ta strona blogowania u mnie leży i kwiczy z rozpaczy.

A oto pięć najczęściej czytanych postów od momentu powstania bloga do dziś,
czyli w okresie czasu:  27.08.2014 -  20.08.2017:

1. "Samotne mini-podróżowanie", bijące totalnie wszystkie inne wpisy na głowę

http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2015/10/samotne-mini-podrozowanie.html


2. "Lista 11 miejsc w Polsce, w których chciałabym się kiedyś znaleźć"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2015/06/lista-11-miejsc-w-polsce-w-ktorych.html


3. "Komentarz zbędny"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2015/03/komentarz-zbedny.html


4. "Ola, Kamil, Marcin"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2014/11/ola-kamil-marcin.html


5. "Mniej, czyli jak to jest" 

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/03/mniej-czyli-jak-to-jest.html


Z najnowszych postów najczęściej czytany jest ten, który moim zdaniem jest wręcz... nudny, a mianowicie

(6.)  "XII LO we wspomnieniach absolwentki".

http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2017/02/xii-liceum-ogolnoksztacace-we.html

O swoim ogólniaku napisałam przede wszystkim dla siebie samej, nie sądziłam, że kogokolwiek mogą zainteresować wspomnienia licealne sprzed ponad 10 lat, jednak miło mi, że post okazał się nie aż tak nudnawy jak przypuszczałam.

Trochę mniejszym, ale i tak sporym zainteresowaniem (na tle wszystkich wpisów) cieszą się jeszcze poniższe trzy posty, czyli:

- "taka mała dziewczynka"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2014/09/taka-mala-dziewczynka.html

- "Punkty widokowe Poznania"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/07/punkty-widokowe-poznania.html

- "Dziwy nad dziwami, czyli sama siebie zaskakuję"

http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/02/dziwy-nad-dziwami-czyli-sama-siebie.html


Dlaczego akurat te znacząco 'wyprzedziły' inne ? Nie mam pojęcia :), ale dziękuję każdemu za spędzony u mnie czas. To miłe, że w tym przebodźcowanym świecie macie ochotę wpadać na mojego pokręconego równie jak moja głowa, bloga.
Dziękuję i zapraszam cały czas ! :)

sobota, 19 sierpnia 2017

Emocjonalne inspiracje: film, książka i wywiad




O ile nie oglądam TV, o tyle lubię chodzić do kina. Jest w Poznaniu parę świetnych, kameralnych kin, spośród których jedno szczególnie się wyróżnia. Kino Muza, czyli ulubione kino poznaniaków, od lat przyciąga mnie repertuarem, przemiłym zespołem kinowym, rozmaitymi przeglądami filmowymi i magią. Jednosalowe (niebawem powiększy się o kolejne 2 sale), mieszczące się w starej kamienicy w samym sercu Poznania kino przyciąga tłumy widzów, spragnionych dobrych filmów. Od paru lat w kinie istnieje Cafe Muza, serwująca m.in. pyszną czekoladą na gorąco, którą można zabrać ze sobą na seans.
Bywam tam stosunkowo często. Jakiś czas temu wybrałam się na film, który bardzo chciałam zobaczyć, czyli "Światło między oceanami".

 Pokiereszowany przeżyciami z I wojny światowej Tom postanawia zaszyć się gdzieś z dala od świata i ludzi. Obejmuje posadę latarnika, by pewnie w spokoju lizać powojenne rany.
Wkrótce na oddaloną od cywilizacji wyspę dołącza dopiero co poślubiona żona Isabel. Zapowiada się sielankowe życie, ale zamiast niego zaczyna się dramat. Para, bardzo pragnąca dziecka, musi zmierzyć się z poronieniami. Na wyspie zamiast dziecięcego śmiechu pojawiają się krzyże nagrobne.
Gdy Isabel szaleje z rozpaczy po kolejnej stracie dziecka, na brzegu oceanu dryfuje łódka z martwym ciałem mężczyzny i żywym noworodkiem. W tym momencie zapada jedna z dwóch kluczowych w tej historii decyzji - decyzja, po której życie dwóch rodzin już nigdy nie będzie takie samo.
Ubłagany przez żonę Tom  z wahaniem zgadza się, aby znalezioną w łodzi dziewczynkę uznać za ich dziecko. Dziewczynka otrzymuje imię Lucy, a Isabel odzyskuje radość życia. Sielankowe życie rodziców i małej trwa, chociaż Toma czasem dręczą wyrzuty sumienia.
Któregoś dnia Tom spostrzega na cmentarzu rozpaczającą po zaginięciu męża i małej córeczki kobietę, jak zapewne nietrudno się domyślić, jest to biologiczna matka ich Lucy. Kilka lat później na pewnym przyjęciu i Isabel ma okazję poznać prawdziwą matkę ich córki.
Mała Lucy ma ok. 4 lat, gdy jedno z jej kochających nad życie, ale przybranych rodziców, w tajemnicy przed drugim podejmuje decyzję ...

Decyzja ta pokaże, że w tej historii nie ma dobrego rozwiązania, od teraz każdy jeden krok przysporzy komuś bólu.
Każda decyzja dla kogoś okaże się być złą.  Nie da się zakombinować tak, by wszyscy byli szczęśliwi. Komuś musi roztrzaskać się serce i to na miliony kawałeczków.

Piękne, surowe zdjęcia, film emocjonalny, ale nieprzekombinowany, bez happy endu i bez amerykańskiego efekciarstwa. Prosty, autentyczny, taki, który zostaje w pamięci na dłużej. Polecam.



Polecam również książkę, również o dziewczynce, tym razem już dorosłej, która odkrywa, że jej przeszłość to jedno wielkie, chociaż szczęśliwe, kłamstwo.
Książka "Nie mów nic" Barbary Freethy:
Zaintrygował mnie jej opis i postanowiłam po nią sięgnąć.
Nie jest to arcydzieło,  jednak warto zagłębić się w historię Julii, która za wszelką cenę chce dowiedzieć się prawdy o swoim pochodzeniu. Kto nie wie skąd pochodzi, nie jest szczęśliwy.  Julia gotowa jest postawić na szali nawet swoje życie, by tylko dociec kim naprawdę jest.
Wychowana w USA przez matkę Sarah i ojczyma Gina dziewczyna aż do śmierci mamy nie szuka swoich korzeni, choć czuje, że nie pasuje do rodziny, przeczuwa, że coś jest nie tak. Wyróżnia się zarówno fizycznie (jedyna niebieskooka blondynka w dużej rodzinie) jak i pod kątem zainteresowań, pasji (zamiłowanie do muzyki), które jej mama od dzieciństwa tłumi.
Intuicja nie zawodzi, a dziewczyna przechodzi długą drogę, by odnaleźć siebie. Prawda okazuje się zaskakująca, a Julia, która najprawdopodobniej wyparła przeszłość, zaczyna przypominać sobie dzieciństwo: z przebłysków świadomości wyłania się zamazany obraz biologicznych rodziców i siostry-bliźniaczki.
Ta, którą całe życie uważała za matkę, wprawdzie nie urodziła jej, lecz wychowała i kochała najmocniej jak potrafiła. Zresztą Sarah także ma swoją tajemnicę, a by móc wychowywać obce dziecko, musiała wyrzec się całego swego dotychczasowego życia i porzucić rodzinę.  Są decyzje, które wywracają świat do góry nogami, a gdy się je podejmie, nie ma już odwrotu. Julia jest zdeterminowana i mimo grożącego nie tylko jej niebezpieczeństwa, brnie w przeszłość.

Po kolei odkrywa karty swojej historii, a te zawiodą ją daleko, bo aż do Rosji.
Co 28-letnia Amerykanka, która nigdy nie była za granicą, ma wspólnego ze zdjęciem małej dziewczynki, stojącej za bramą rosyjskiego sierocińca ?
Co się stało z jej bliźniaczką Eleną i jak to możliwe, że na długie lata mogła zapomnieć siostrę ?

Książka wciąga i ciężko się od niej oderwać, w historii Julii nic nie jest oczywiste.



I trzecie polecenie, tym razem wywiad z matką zmarłej aktorki Anny Przybylskiej:

 http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,20403642,anna-przybylska-rozmowa-z-krystyna-przybylska-mama-aktorki.html?disableRedirects=true

Z wywiadu wyłania się obraz świetnej, ciepłej i zżytej ze sobą rodziny.  Rodziny, rozdzielonej przez przedwczesną śmierć, która pomimo tej straty musi iść dalej przez życie. I idzie razem, wspierając się wzajemnie.


niedziela, 13 sierpnia 2017

3 dni w górach. Potęga Tatr.




Lipcowe zawirowania sprawiły, że wyjazdy zeszły na jakiś hen hen odległy, nierealny plan.

Tylko raz spakowałam big-plecak, dopchany karimatą i śpiworem i ruszyłam do Zakopanego, w którym nawet nie pamiętam kiedy ostatnio byłam, możliwe, że 12-15 lat temu.


Wyjazd zorganizował kolega, a ja pochłonięta tym, czym nieoczekiwanie dowalił mi lipiec, nie miałam czasu i energii, by chociażby prześledzić trasy na mapie czy ogarnąć jakiś nocleg.   
Zdałam się w 100% na niego. 

Tatry, jak każde góry mają wiele odsłon - spektakularne widoki zastępowała ulewa, która dwukrotnie  przemoczyła i nas i nasze plecaki. Raz wędrowaliśmy w pięknej pogodzie i po suchych skałach, by za chwilę wspinać się na czworakach, zastanawiając się która skała okaże się mniej śliska.

Trasa Morskie Oko - Dolina Pięciu Stawów - Przełęcz Krzyżne - Murowaniec dała się we znaki i nie wyobrażam sobie podążać nią zimą. Widokowo jest super, technicznie też nie jest najtrudniej, jednak wędrówka w strugach deszczu bywała średnio przyjemna (ślisko).

Widok z Przełęczy Krzyżne jest naprawdę oszałamiający. Nie mam lęku wysokości, ale gdy usiadłam na szczycie aż zakręciło mi się w głowie. Tak troszkę mocniej.


Podczas zejścia  zrobiliśmy sobie przerwę na odpoczynek, zresztą takich przerw sobie raczej nie szczędziliśmy.
Siedzieliśmy na skałach, gdy minęło nas paru trochę starszych od nas chłopaków. Popatrzyli na mnie i nie wiem czy miałam minę a'la sierotka Marysia czy było widać po mnie totalne wyrąbanie, ale jeden z nich tak po prostu powiedział, że może wziąć mój duży plecak, a ja mogę się przepakować do małego i iść na lekko. Źrenice pewnie rozszerzyły mi się na maxa, bo wpatrywałam się w niego, pytając jak to sobie wyobraża, skoro przecież niesie i swój plecak. Odparł, że da radę i potraktuje to jako trening, bo właśnie wracają z Orlej Perci (tu moje oczy zrobiły się jeszcze większe, a samo wejście na Orlą przeraża mnie jak cholera). Zgodziłam się, a inny z chłopaków stwierdził, że w takim razie i on weźmie plecak mojej koleżanki. Asia zastanawiała się chwilę, po czym także przystała na propozycję. Stwierdzili, że do Murowańca, w którym mieliśmy nocować i my i oni, jest jeszcze daleka droga, a oni zrobią ją w 40 minut. Szybko zniknęli nam z oczu, Asia zastanawiała się jeszcze co zrobimy jak plecaki znikną, ale nawet na to nie wpadłam, ufam ludziom, a oni byli sympatyczni i zatroskani pewnie naszym wolnym tempem wędrówki :D
Plecaki oczywiście dotarły i to jeszcze suche, w odróżnieniu od nas. Urwanie chmury spotkało nas ok. godziny od schroniska, parę minut po tym jak mówiliśmy, że śliczna pogoda się na koniec dnia zrobiła. Lało tak, że szlak dosłownie płynął. A my wraz z nim.


Lubię góry, jest w nich coś baśniowego.
Można w nich pobyć, tak ze spokojem sobie pobyć. Ze sobą, oderwać się od problemów.





Góry kolejny raz mi pokazały, że moje granice leżą dalej niż mi się wydawało.
Że gdy myślę, że już nie mogę, to mogę i to jeszcze długo.
Gdy czuję, że brak mi sił, to te siły jednak jeszcze gdzieś we mnie tkwią.






czwartek, 20 lipca 2017

Straszny lipiec czyli nie pytaj co u mnie...





"Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił -
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył..."

(fragment "Piosenki o piechocie" Bułata Okudżawy w wykonaniu Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego) 


Gdy wszystko układa się normalnie, nie ma potrzeby pisania o tym. Nie doceniamy codzienności, czasem wręcz na nią narzekamy, bo nuda, bo rutyna, bo o czym tu mówić skoro wszystko po staremu.

Miałam tak w czerwcu, zmęczenie mnie lekko przygniatało, energia uciekła, codzienność nudziła.

Potem nadszedł lipiec, w którym planowałam spakować plecak czy walizkę i ruszyć przed siebie. Gdziekolwiek.

Od paru dni czekam jedynie, by ten lipiec się skończył.
Tegoroczny lipcowy czas to koszmar.

Zaczęło się od wizyty na SORze, 3 lipca.
(Czas spędzony na SORze to temat na osobny wpis) 
6,5 godziny trwania na szpitalnym korytarzu w oczekiwaniu na wywołanie nazwiska mojej mamy. Podejrzewaliśmy złamanie ręki, łudząc się, że może to tylko mocne obicie/stłuczenie/naderwanie/w skrócie: cokolwiek byle nie złamanie.
Więc siedzisz sobie na tym korytarzu w szpitalu, których swoją drogą nie znosisz i liczysz na łut szczęścia.
Diagnoza: złamanie kości promieniowej nadgarstka.
O założeniu ortezy w takim przypadku nie ma nawet mowy, jedyna opcja to gips. Wielki, toporny gips, który po włożeniu na wagę pokazuje ciężar ok. 5 kg.
Super, co ?
A moja mama jest osobą, która cały czas coś robi, ciągle w ruchu, nie znosi nic-nie-robienia i dumania nad czymś, co można wykonać od razu.


13.07
Czuję, że zaraz padnę na twarz i nie wstanę. Strułam się czymś, do tego doszła gorączka i drgawki.
+ Stres w ilości dużej.
 Leżę w łóżku i umieram, na szczęście kolejnego dnia w miarę dochodzę do siebie.  Z naciskiem na 'w miarę', bo osłabiona jestem jeszcze parę dni.

14.07
W krzakach nieopodal domu wraz z dwoma nieznajomymi dziewczynami znajduję małego, prawdopodobnie porzuconego kota.  Po dłuższym czasie bezskutecznych prób wyciągnięcia go spod płotu/ z drzewa/ z krzaków w końcu nam się udaje. Maleńka biała kotka z rudym ogonem i rudo-kremowymi plamkami pilnie potrzebuje domu, którego nie mogę jej dać.
Z pomocą przychodzi mój wujek, od wielu lat zapierający się, że on już nie chce żadnego kota ani psa. Przygarnia kotkę i postanawia ją zatrzymać. Dwa dni później jego mała wnuczka tak bardzo pragnie tego kotka, że wujek ulega jej prośbom i kotka odjeżdża w okolice Gniezna.
Znalezienie tej koteczki było dla mnie jedynym miłym wydarzeniem ostatnich tygodni...


20.07
Najpierw telefon alarmowy. O Boże, coś się stało - szepcze intuicja.
I nie myli się, niestety.
Rzucane hasła: przychodnia, on nie oddycha od 40 minut, źle się poczuł, chcieli wezwać karetkę, ale powiedział, że zaraz mu przejdzie.
Różne myśli zaprzątają głowę, od najczarniejszych po pocieszające.
Może nagłe zasłabnięcie, może słabszy dzień, wiek też robi swoje.

Koniec.
Pani Śmierć nie pyta czy Ci teraz pasuje czy nie.
Czy może masz jeszcze coś do zrobienia albo nie chcesz odchodzić latem.
Czy chcesz się pożegnać, szepnąć 'przepraszam' albo 'dziękuję'
Nagła, niespodziewana, szybka i mam chociaż nadzieję, że bezbolesna.


Takie życie i nic na to nie poradzisz. Dzisiaj jesteś, jutro Cię nie ma ..

Wstając rano i zajmując się swoimi obowiązkami nie myślał, że za godzinę/półtorej jego życie nagle się urwie. Nikt nie myśli w taki sposób. Zwykły dzień dla niego okazał się tym ostatnim..

Żegnaj więc, do zobaczenia gdzieś kiedyś, po drugiej stronie tęczy ..

piątek, 2 czerwca 2017

Autostop i Ania. Przygód parę.

Pierwszy raz jechałam stopem w ... I klasie LO.
Był to całkowity przypadek. Dojeżdżałyśmy wraz z dwoma koleżankami, Aga i Adą 20 km do ogólniaka. Z dojazdem bywało różnie, czasem trzeba było kombinować.
Pewnego dnia dojechałyśmy autobusem prawie do naszej podpoznańskiej miejscowości. Prawie, bo zostało nam do domu jeszcze ok. 6 -7 km.
Najbliższy autobus miał jechać za dość długi czas, Ada wpadła więc na pomysł, ze złapiemy stopa.
Nastoletnia Ania nie wiedziała co o tym myśleć, nigdy nie miała do czynienia z takim sposobem nawet nie podróżowania, co dojazdu.

Złapałyśmy więc wspomnianego stopa, starszy pan podwiózł nas ok. 5 km.
Ada była prawie w domu, ja i Aga podreptałyśmy dalej jeszcze kawałek.

Przez wiele lat zapomniałam o autostopie. Jeździłam pociągami, autobusami, a gdy w wieku 19 lat zdałam na prawo jazdy, także autem.

Mijały lata, nadarzały się kolejne okazje do stopowania. Był rok bodajże 2011.
Raz gdy utknęłyśmy z Justyną w jakiejś niewielkiej miejscowości, a na autobus nie można było liczyć (niby jakiś czasem jeździł, chyba raz dziennie, a tego dnia już odjechał albo wypadł), łapanie stopa wydało się jedyną możliwością wydostania z tejże miejscowości i dotarcie do Sandomierza.

Najpierw dwóch sympatycznych młodych <młodszych od nas> chłopaków podwiozło nas do sąsiedniej miejscowości. Pamiętam, że jeden z nich miał nogę (?) w gipsie.
Gdy okazało się, że z tej miejscowości także nie jesteśmy w stanie się wydostać, zawieźli nas na drogę wylotową.
Stamtąd zgarnęło nas dwóch średnio wyglądających panów dość luksusowym autkiem.
Nie wyglądali zbyt zachęcająco, czułam lekki lęk, tym bardziej, że sunęliśmy (to odpowiednie słowo)  po świetnej drodze, otoczonej lasami.
Panowie chyba byli zatroskani naszym losem, bo postanowili zawieźć nas do Mielca (zgadza się, Justyna ?) na dworzec PKS i poczekać aż wsiądziemy do  PKSa z napisem Sandomierz.
Na dworcu postanowili uciąć sobie pogawędkę z policjantami, którzy wyglądali na ich dobrych kumpli.
Do Sandomierza, do którego coś mnie ciągnęło, dojechałyśmy już grzecznie autobusem.
Żeby nie dźwigać plecaków, zostawiłyśmy je w restauracji/barze, trochę na pastwę losu, ale komu się chce tachać wielki plecak jak nie trzeba ? :P

Pamiętny był także stop na trasie Poznań-Gdańsk/Osłonino.
Na stopa wybrałam się także z Justyną, nowo poznaną w zasadzie. Umówiłyśmy się przez FB, rano poznałyśmy się na przystanku autobusowym gdzieś w okolicach ul. Głównej. Nasze poznanie polegało na krótkiej rozmowie "Cześć. Jestem Ania", "Hej. Ja Justyna. To jedziemy?". "Jedziemy" :)
I pojechałyśmy.  Jeśli dobrze pamiętam, na 8 stopów.
Jeden z kierowców, z którym jechałyśmy od Gniezna aż po Kwidzyń, troszkę nam poopowiadał. Nawet nie troszkę, on nam streścił historię swego życia, szokując nas wyznaniami typu "Nie kochałem mojej żony, ale nie chciałem jej zostawić. Na szczęście nie musiałem, bo raz wyszła z domu i zginęła w wypadku". Na nasze zaskoczone miny zareagował zdziwieniem. Szokował nas dalej, opowiadając o córce i trzech synach, którzy rzekomo mocno nie przeżyli śmierci matki (nie uwierzę w to) i szybko zżyli się z jego kolejną partnerką i jej synem. Nie oszczędził nam szczegółów poznania tej kobiety. W Kwidzyniu poczułam ulgę gdy wysiadłyśmy. Nieważne czy opowiadana historia była prawdą czy fikcją, czułam się zmęczona.
Nigdy nie wiesz czy kierowca zwierza Ci się ze swoich problemów czy wymyśla bajki. Zresztą jakie to ma znaczenie ?


Autostop ma swoje zalety, ma też i wady.
To nieprawda, że kierowcy ot tak postanawiają Cię podrzucić, często dodając kilometrów.
Oni często pragną z kimś porozmawiać i posłuchać tego co Ty masz do powiedzenia.
Tak to w zasadzie działa: ktoś Cię podwiezie, ale chce pogadać, zwierzyć się ze swoich trosk osobie, której prawdopodobnie nigdy więcej już nie spotka.

Czasem nie chce się rozmawiać, wtedy najlepiej jeśli nasz stopowy towarzysz utnie sobie pogawędkę z kierowcą. Chamskie jest milczenie, gdy kierowca aż się  rwie do rozmowy. Nie na tym to polega, by sobie po prostu podjechać za darmo.


Nie jestem wyjadaczką autostopową, czasami z premedytacją wybieram polskiego busa albo pociąg, bo ... nie nie mam ochoty rozmawiać albo chcę pobyć sama.
Jednak od czasu do czasu lubię pojeździć stopem, posłuchać ludzkich, pokręconych historii, postać na poboczu drogi z wyciągniętym kciukiem, pomazanym markerem kartonem i beztroskim uśmiechem. Uwielbiam adrenalinę, towarzyszącą stopowi.

Nigdy nie jeżdżę sama. W dwójkę jest raźniej i bezpieczniej, zdecydowanie.
Kręciło mnie wprawdzie samotne stopowanie, ale ze względu na rodzinę odpuściłam je sobie.
Niech (odpukać) coś by się stało i co oni by zrobili ?  Nie potrafię być pieprzoną egoistką i myśleć tylko o swojej zabawie. Wiadomo, że wsiadając do auta nieznajomej osoby, nawet w parę osób, zawsze można mieć pecha. Ale ja niezmiennie wierzę w ludzi i w świat :)
By nie kusić losu, postanowiłam dawno temu, że nie będę jeździła w ten sposób sama i tyle.

Opiszę kiedyś swoje stopowe wyprawy, na dziś wystarczy.

poniedziałek, 8 maja 2017

Dziwy nad dziwami cz. II, czyli a któż z nas nie bywa dziwny ? :P

1. Nie lubię smaku piwa.
Chyba od zawsze, chociaż jako nastolatka w pubach je pijałam. Pewnie dlatego, że było najtańsze.
I dlatego, że zamawiali je wszyscy, a czasem ci wszyscy dopijali moje piwo, gdy ja już na nie patrzeć nie mogłam.
Piwo smakowe (zwłaszcza arbuzowe)  jeszcze wypiję, innego, tj. tradycyjnego nie tknę.
Już tak mam, choć wiem, że czasem zadziwiam tym ludzi, zwłaszcza facetów.

2. Nie noszę kolczyków. Nie mam jak, bo nigdy nie przebiłam sobie uszu :)
Jakoś mnie nie kusiło i tak się uchowałam do dziś.

3. Lubię ostre, wyraziste kolory.
 Poprawiają mi one nastrój zwłaszcza jesienno-depresyjną porą.
Tym sposobem moja (już niestety lekko wyblakła) żółta tapeta niektórych wali po oczach. A gdy ostatnio umówiłam się ze znajomymi jedna z koleżanek nie musiała mnie nawet szukać na zatłoczonym przystanku tramwajowym, bo od razu zauważyła moją wiosenną czerwoną kurtkę.



4. Dziwna dla mojego pokolenia muzyka
Czasem wprawiam ludzi w osłupienie gdy mówię, że wybrałam się np. na koncert Edyty Geppert, bo pragnęłam usłyszeć "Nie, nie żałuję" na żywo.  Muzyki słucham skrajnie różnej, bywa i tak, że przez jakiś czas nie słucham żadnej.
Po ostatnim muzyczno-teatralnym spektaklu pt. "Dwie drogi" (Teatr Nowy, Poznań, maj 2017) zaczęłam wałkować jedną piosenkę, znaną raczej osobom 70+, a mianowicie "Modlitwę" Bułata Okudżawy.
A wers  z tego utworu:
"Jak wierzy żołnierz zabity,
że w siódmym niebie jest..." powalił mnie swym przekazem..

5. Wiesz kto był moją bajkową idolką w dzieciństwie ?
Mała Mi z Muminków :P
Uwielbiałam oglądać w dzieciństwie wraz z o rok starszym kuzynem wieczorynki, a postać uroczo złośliwej Małej Mi najmocniej utkwiła mi w pamięci.



Część I tego wpisu tutaj:

http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/02/dziwy-nad-dziwami-czyli-sama-siebie.html

niedziela, 30 kwietnia 2017

A gdyby tak .... ?


Myślę o tym od jakiegoś czasu. Roku, może więcej. Siedzi mi ta myśl od dawna w głowie i odzywa się od czasu do czasu z różną intensywnością.

Im bardziej męczy mnie codzienność, tym intensywniej mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać.
Rzucić rutyną jak szklanką i patrzeć jak jej odłamy rozpryskują się we wszystkie strony.

Już kiedyś uciekałam, wtedy niedaleko, bo do Bydgoszczy. Uciekałam od tego, co dobrze znałam, by w tym co nieznane poszukać siebie. Udało się.

Dziś nie mam na myśli wyjazdu o ok. 200 km, lecz taki o tysiące km stąd, jak nie dalej.
Odległość nie jest ważna.
Marzę nie o wyjeździe nawet, a o podróży. Podróży wgłąb siebie, przez kraje i kultury, do inności.

Potrzebuję dłuższej chwili wytchnienia, bo jest mi coraz trudniej.
Boję się, że kiedyś nie wytrzymam i płacząc rzucę wszystko w pizdu.

Nie chcę robić tego bez przygotowania, bez chociażby zarysu planu.
Bezpieczniej przygotować się do drogi, zadbać o szczepienia, o jakiś zapas gotówki, ewentualne dokumenty typu wizy itp.

Póki jeszcze jest czas. Póki jeszcze nie zakopałam się w pieluchy i kredyty.
(chociaż wiem, że gdy się uprę ani dziecko ani kasa nie będą w stanie mnie zatrzymać).

Wyjechałabym gdzieś, poznała inność, po drodze nazbierałabym doświadczenia.
Kiedyś bym wróciła, dojrzalsza o wszystkie sytuacje, jakie by mi się w drodze przytrafiły.

Na razie na powiedzmy pół roku.
Sześć miesięcy to niby niewiele, ale zawsze coś, aby liznąć czegoś innego.  Sprawdzić, czy życie w drodze to to, o czym tak marzyłam ..

Na zdjęciu:
kolorowe schody w Krakowie z wypisanymi na nich rozmaitymi hasłami (zdjęcie z lipca 2016 r.) 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Saloniki - czy warto tam pojechać ?



Saloniki nigdy nie znajdowały się na mojej podróżniczej liście, w zasadzie nawet o tym mieście pod kątem wyjazdowym nie myślałam. Jeśli rozważałam wypad do kontynentalnej Grecji, to myślałam/nadal myślę raczej o Atenach. 
Więc jak to się stało, że tam wylądowałam ? 
Jako, że od powrotu z sylwestra nigdzie nie byłam, a czułam, że już muszę gdzieś wyruszyć, bo zwariuję,  czaiłam się na okazyjne loty. DOKĄDKOLWIEK, byle móc odpocząć i naładować zmęczone zimą i zastojem akumulatory.
 I chciałam lecieć już teraz, za chwilę, szybko :)

Podróż buzowała w głowie, aż się urzeczywistniła. Lot do Salonik wpadł w oko, znaleźli się chętni, więc decyzja zapadła szybko. Najpierw zabukowaliśmy bilety, później mieszkanie - pierwszy raz w życiu przez Airbnb, a dopiero po kilku dniach zaczęłam przeglądać internet w poszukiwaniu ciekawostek, związanych z tymże miastem. Na blogach, w przewodnikach itp. Salonikom poświęca się jednak niewiele miejsca. 
Gdy któregoś popołudnia zajrzałam do empiku, by poszperać na półkach z przewodnikami turystycznymi i gdy w grubym przewodniku zatytułowanym "Grecja kontynentalna" znalazłam o tym mieście dosłownie jedną kartkę, zastanawiałam się czy aby decyzja o wyjeździe nie zapadła zbyt pochopnie. Postanowiłam przekornie przekopać się przez blogi podróżnicze i znaleźć w Salonikach coś, co mnie bardziej zainteresuje.

Wypisałam ciekawsze miejscówki, wydrukowałam informację o (nielicznych) zabytkach. 

Saloniki nie są brzydkie, lecz..  takie jakieś; niby tętnią życiem, ale czegoś jednak w nich brakuje.
To miasto typowo portowe, które niestety wiele traci przez brak chociaż jednej plaży.

Jeśli chodzi o komunikację miejską, w Salonikach do dyspozycji mamy jedynie autobusy, które niestety lata świetności mają już dawno za sobą. W zasadzie należałoby powiedzieć, że niektóre z nich to złomy. Do tego (czego akurat na zdjęciach nie widać) potwornie zatłoczone.


Jazda nimi stanowiła dla nas konieczność, chociaż nie miała w sobie nic z przyjemności. 

Problemem pewnie nie tylko Salonik, ale ogólnie Grecji są bezpańskie psy.
Te wylegujące się przed zabytkami czy w parkach psiaki olewają obecność ludzi; jednak zdarzyły nam się także sytuacje nieprzyjemne, gdy czułam oddech psiaka zbyt blisko swojej twarzy. Zbyt duża liczba wrogo szczekających psów zmusiła nas także do skrócenia pobytu w miejscowości Epanomi, oddalonej o ok. 20 km od Salonik.

Wybraliśmy się do Epanomi, by zobaczyć najbliższą plażę i pospacerować jej brzegiem, planowaliśmy tam pobyć sami, bez psów. Nie polecam tej miejscówki - plaża poza sezonem nie zachwyca, a widok psów wywołuje nie tylko smutek i bezsilność, ale i strach.


W spacerze wzdłuż linii brzegowej towarzyszył nam jeden pies, który wydawał się wyjątkowo spokojny. Maszerował przed nami dłuższy czas. Gdzie my, tam on, gdy zmienialiśmy drogę, on także, gdy się cofaliśmy, on robił to samo. Kiedy postanowiliśmy wracać na przystanek autobusowy, nagle wyskoczył skądś jakiś agresywny wilczur i przegonił "naszego" psiaka.
Nie nazwałabym się panikarą, czasem robię różne, głupie rzeczy, ale w tamtej sekundzie tak cholernie się bałam, że chciałam tylko znaleźć się na bezpieczniejszym gruncie.



Parasolki to pozostałość po Europejskiej Stolicy Kultury, którą to Saloniki były w 1997 r.

Do najważniejszych zabytków Salonik zalicza się z pewnością Biała Wieża. To dawne więzienie, kiedyś nazywana była także Krwawą Wieżą.


Obecnie na wieży znajduje się punkt widokowy, z którego możemy spojrzeć na panoramę miasta.
W jej wnętrzu mieści się również Muzeum Historii Salonik.
Wieża - jaka jest - każdy widzi, jak na główny zabytek drugiego miasta Grecji, szału nie ma.


Kolejnym zabytkiem, który wstyd się przyznać, ale prawie przeoczyłam jest Rotonda/Rotunda
św. Jerzego. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że byłam już mocno zmęczona, a moją uwagę przykuła pięknie rozwinięta .. czereśnia, znajdująca się nieopodal Rotundy.


Rotunda to najstarszy zabytek Salonik, pochodzący z IV wieku. W przeszłości była połączona drogą misyjną z Łukiem Galeriusza.
Jej wnętrza zdobią mozaiki, przedstawiające świętych czy męczenników,  ale także kuropatwy, pawie i kaczki.

 Historia tego budynku jest trochę poplątana, gdyż wybudowano go jako mauzoleum, przez dłuższy czas, czyli przez parę wieków Rotunda służyła jako kościół katolicki, a następnie mieścił się w niej minaret. Dziś jest udostępniana zwiedzającym <bilet wstępu to zaledwie 1 euro>, słyszałam, że ma zostać poddana renowacji.

Powyżej: zachowane do dziś fragmenty Łuku Galeriusza 

W Salonikach znajdziemy także sporo ciekawych kościołów i innych perełek architektonicznych, lecz zabytki te są 'powciskane' między nowoczesne budownictwo i łatwo je ominąć. 

Poniżej: fragment Forum Romanum 
Jeden z ciekawszych kościołów 
Widok z górnej części miasta, oddalonej od Białej Wieży o ok. 2-3 km. 

Czy warto pojechać do Salonik ?  
Uważam, że wszędzie warto pojechać i w każdym miejscu na świecie odkryć coś 'swojego', jednak są miasta, w których można spędzić 2 dni i takie, w których 2 tygodnie to zbyt mało. 
Saloniki według mnie zaliczają się do pierwszej grupy i 2 dni to optymalny czas na poznanie tego greckiego miasta. 

Osobiście troszkę żałuję, że nie dotarłam do słynnych Meteorów, czyli klasztorów, zawieszonych na skałach, ale może innym razem :)