czwartek, 20 lipca 2017

Straszny lipiec czyli nie pytaj co u mnie...





"Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił -
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył..."

(fragment "Piosenki o piechocie" Bułata Okudżawy w wykonaniu Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego) 


Gdy wszystko układa się normalnie, nie ma potrzeby pisania o tym. Nie doceniamy codzienności, czasem wręcz na nią narzekamy, bo nuda, bo rutyna, bo o czym tu mówić skoro wszystko po staremu.

Miałam tak w czerwcu, zmęczenie mnie lekko przygniatało, energia uciekła, codzienność nudziła.

Potem nadszedł lipiec, w którym planowałam spakować plecak czy walizkę i ruszyć przed siebie. Gdziekolwiek.

Od paru dni czekam jedynie, by ten lipiec się skończył.
Tegoroczny lipcowy czas to koszmar.

Zaczęło się od wizyty na SORze, 3 lipca.
(Czas spędzony na SORze to temat na osobny wpis) 
6,5 godziny trwania na szpitalnym korytarzu w oczekiwaniu na wywołanie nazwiska mojej mamy. Podejrzewaliśmy złamanie ręki, łudząc się, że może to tylko mocne obicie/stłuczenie/naderwanie/w skrócie: cokolwiek byle nie złamanie.
Więc siedzisz sobie na tym korytarzu w szpitalu, których swoją drogą nie znosisz i liczysz na łut szczęścia.
Diagnoza: złamanie kości promieniowej nadgarstka.
O założeniu ortezy w takim przypadku nie ma nawet mowy, jedyna opcja to gips. Wielki, toporny gips, który po włożeniu na wagę pokazuje ciężar ok. 5 kg.
Super, co ?
A moja mama jest osobą, która cały czas coś robi, ciągle w ruchu, nie znosi nic-nie-robienia i dumania nad czymś, co można wykonać od razu.


13.07
Czuję, że zaraz padnę na twarz i nie wstanę. Strułam się czymś, do tego doszła gorączka i drgawki.
+ Stres w ilości dużej.
 Leżę w łóżku i umieram, na szczęście kolejnego dnia w miarę dochodzę do siebie.  Z naciskiem na 'w miarę', bo osłabiona jestem jeszcze parę dni.

14.07
W krzakach nieopodal domu wraz z dwoma nieznajomymi dziewczynami znajduję małego, prawdopodobnie porzuconego kota.  Po dłuższym czasie bezskutecznych prób wyciągnięcia go spod płotu/ z drzewa/ z krzaków w końcu nam się udaje. Maleńka biała kotka z rudym ogonem i rudo-kremowymi plamkami pilnie potrzebuje domu, którego nie mogę jej dać.
Z pomocą przychodzi mój wujek, od wielu lat zapierający się, że on już nie chce żadnego kota ani psa. Przygarnia kotkę i postanawia ją zatrzymać. Dwa dni później jego mała wnuczka tak bardzo pragnie tego kotka, że wujek ulega jej prośbom i kotka odjeżdża w okolice Gniezna.
Znalezienie tej koteczki było dla mnie jedynym miłym wydarzeniem ostatnich tygodni...


20.07
Najpierw telefon alarmowy. O Boże, coś się stało - szepcze intuicja.
I nie myli się, niestety.
Rzucane hasła: przychodnia, on nie oddycha od 40 minut, źle się poczuł, chcieli wezwać karetkę, ale powiedział, że zaraz mu przejdzie.
Różne myśli zaprzątają głowę, od najczarniejszych po pocieszające.
Może nagłe zasłabnięcie, może słabszy dzień, wiek też robi swoje.

Koniec.
Pani Śmierć nie pyta czy Ci teraz pasuje czy nie.
Czy może masz jeszcze coś do zrobienia albo nie chcesz odchodzić latem.
Czy chcesz się pożegnać, szepnąć 'przepraszam' albo 'dziękuję'
Nagła, niespodziewana, szybka i mam chociaż nadzieję, że bezbolesna.


Takie życie i nic na to nie poradzisz. Dzisiaj jesteś, jutro Cię nie ma ..

Wstając rano i zajmując się swoimi obowiązkami nie myślał, że za godzinę/półtorej jego życie nagle się urwie. Nikt nie myśli w taki sposób. Zwykły dzień dla niego okazał się tym ostatnim..

Żegnaj więc, do zobaczenia gdzieś kiedyś, po drugiej stronie tęczy ..

piątek, 2 czerwca 2017

Autostop i Ania. Przygód parę.

Pierwszy raz jechałam stopem w ... I klasie LO.
Był to całkowity przypadek. Dojeżdżałyśmy wraz z dwoma koleżankami, Aga i Adą 20 km do ogólniaka. Z dojazdem bywało różnie, czasem trzeba było kombinować.
Pewnego dnia dojechałyśmy autobusem prawie do naszej podpoznańskiej miejscowości. Prawie, bo zostało nam do domu jeszcze ok. 6 -7 km.
Najbliższy autobus miał jechać za dość długi czas, Ada wpadła więc na pomysł, ze złapiemy stopa.
Nastoletnia Ania nie wiedziała co o tym myśleć, nigdy nie miała do czynienia z takim sposobem nawet nie podróżowania, co dojazdu.

Złapałyśmy więc wspomnianego stopa, starszy pan podwiózł nas ok. 5 km.
Ada była prawie w domu, ja i Aga podreptałyśmy dalej jeszcze kawałek.

Przez wiele lat zapomniałam o autostopie. Jeździłam pociągami, autobusami, a gdy w wieku 19 lat zdałam na prawo jazdy, także autem.

Mijały lata, nadarzały się kolejne okazje do stopowania. Był rok bodajże 2011.
Raz gdy utknęłyśmy z Justyną w jakiejś niewielkiej miejscowości, a na autobus nie można było liczyć (niby jakiś czasem jeździł, chyba raz dziennie, a tego dnia już odjechał albo wypadł), łapanie stopa wydało się jedyną możliwością wydostania z tejże miejscowości i dotarcie do Sandomierza.

Najpierw dwóch sympatycznych młodych <młodszych od nas> chłopaków podwiozło nas do sąsiedniej miejscowości. Pamiętam, że jeden z nich miał nogę (?) w gipsie.
Gdy okazało się, że z tej miejscowości także nie jesteśmy w stanie się wydostać, zawieźli nas na drogę wylotową.
Stamtąd zgarnęło nas dwóch średnio wyglądających panów dość luksusowym autkiem.
Nie wyglądali zbyt zachęcająco, czułam lekki lęk, tym bardziej, że sunęliśmy (to odpowiednie słowo)  po świetnej drodze, otoczonej lasami.
Panowie chyba byli zatroskani naszym losem, bo postanowili zawieźć nas do Mielca (zgadza się, Justyna ?) na dworzec PKS i poczekać aż wsiądziemy do  PKSa z napisem Sandomierz.
Na dworcu postanowili uciąć sobie pogawędkę z policjantami, którzy wyglądali na ich dobrych kumpli.
Do Sandomierza, do którego coś mnie ciągnęło, dojechałyśmy już grzecznie autobusem.
Żeby nie dźwigać plecaków, zostawiłyśmy je w restauracji/barze, trochę na pastwę losu, ale komu się chce tachać wielki plecak jak nie trzeba ? :P

Pamiętny był także stop na trasie Poznań-Gdańsk/Osłonino.
Na stopa wybrałam się także z Justyną, nowo poznaną w zasadzie. Umówiłyśmy się przez FB, rano poznałyśmy się na przystanku autobusowym gdzieś w okolicach ul. Głównej. Nasze poznanie polegało na krótkiej rozmowie "Cześć. Jestem Ania", "Hej. Ja Justyna. To jedziemy?". "Jedziemy" :)
I pojechałyśmy.  Jeśli dobrze pamiętam, na 8 stopów.
Jeden z kierowców, z którym jechałyśmy od Gniezna aż po Kwidzyń, troszkę nam poopowiadał. Nawet nie troszkę, on nam streścił historię swego życia, szokując nas wyznaniami typu "Nie kochałem mojej żony, ale nie chciałem jej zostawić. Na szczęście nie musiałem, bo raz wyszła z domu i zginęła w wypadku". Na nasze zaskoczone miny zareagował zdziwieniem. Szokował nas dalej, opowiadając o córce i trzech synach, którzy rzekomo mocno nie przeżyli śmierci matki (nie uwierzę w to) i szybko zżyli się z jego kolejną partnerką i jej synem. Nie oszczędził nam szczegółów poznania tej kobiety. W Kwidzyniu poczułam ulgę gdy wysiadłyśmy. Nieważne czy opowiadana historia była prawdą czy fikcją, czułam się zmęczona.
Nigdy nie wiesz czy kierowca zwierza Ci się ze swoich problemów czy wymyśla bajki. Zresztą jakie to ma znaczenie ?


Autostop ma swoje zalety, ma też i wady.
To nieprawda, że kierowcy ot tak postanawiają Cię podrzucić, często dodając kilometrów.
Oni często pragną z kimś porozmawiać i posłuchać tego co Ty masz do powiedzenia.
Tak to w zasadzie działa: ktoś Cię podwiezie, ale chce pogadać, zwierzyć się ze swoich trosk osobie, której prawdopodobnie nigdy więcej już nie spotka.

Czasem nie chce się rozmawiać, wtedy najlepiej jeśli nasz stopowy towarzysz utnie sobie pogawędkę z kierowcą. Chamskie jest milczenie, gdy kierowca aż się  rwie do rozmowy. Nie na tym to polega, by sobie po prostu podjechać za darmo.


Nie jestem wyjadaczką autostopową, czasami z premedytacją wybieram polskiego busa albo pociąg, bo ... nie nie mam ochoty rozmawiać albo chcę pobyć sama.
Jednak od czasu do czasu lubię pojeździć stopem, posłuchać ludzkich, pokręconych historii, postać na poboczu drogi z wyciągniętym kciukiem, pomazanym markerem kartonem i beztroskim uśmiechem. Uwielbiam adrenalinę, towarzyszącą stopowi.

Nigdy nie jeżdżę sama. W dwójkę jest raźniej i bezpieczniej, zdecydowanie.
Kręciło mnie wprawdzie samotne stopowanie, ale ze względu na rodzinę odpuściłam je sobie.
Niech (odpukać) coś by się stało i co oni by zrobili ?  Nie potrafię być pieprzoną egoistką i myśleć tylko o swojej zabawie. Wiadomo, że wsiadając do auta nieznajomej osoby, nawet w parę osób, zawsze można mieć pecha. Ale ja niezmiennie wierzę w ludzi i w świat :)
By nie kusić losu, postanowiłam dawno temu, że nie będę jeździła w ten sposób sama i tyle.

Opiszę kiedyś swoje stopowe wyprawy, na dziś wystarczy.

poniedziałek, 8 maja 2017

Dziwy nad dziwami cz. II, czyli a któż z nas nie bywa dziwny ? :P

1. Nie lubię smaku piwa.
Chyba od zawsze, chociaż jako nastolatka w pubach je pijałam. Pewnie dlatego, że było najtańsze.
I dlatego, że zamawiali je wszyscy, a czasem ci wszyscy dopijali moje piwo, gdy ja już na nie patrzeć nie mogłam.
Piwo smakowe (zwłaszcza arbuzowe)  jeszcze wypiję, innego, tj. tradycyjnego nie tknę.
Już tak mam, choć wiem, że czasem zadziwiam tym ludzi, zwłaszcza facetów.

2. Nie noszę kolczyków. Nie mam jak, bo nigdy nie przebiłam sobie uszu :)
Jakoś mnie nie kusiło i tak się uchowałam do dziś.

3. Lubię ostre, wyraziste kolory.
 Poprawiają mi one nastrój zwłaszcza jesienno-depresyjną porą.
Tym sposobem moja (już niestety lekko wyblakła) żółta tapeta niektórych wali po oczach. A gdy ostatnio umówiłam się ze znajomymi jedna z koleżanek nie musiała mnie nawet szukać na zatłoczonym przystanku tramwajowym, bo od razu zauważyła moją wiosenną czerwoną kurtkę.



4. Dziwna dla mojego pokolenia muzyka
Czasem wprawiam ludzi w osłupienie gdy mówię, że wybrałam się np. na koncert Edyty Geppert, bo pragnęłam usłyszeć "Nie, nie żałuję" na żywo.  Muzyki słucham skrajnie różnej, bywa i tak, że przez jakiś czas nie słucham żadnej.
Po ostatnim muzyczno-teatralnym spektaklu pt. "Dwie drogi" (Teatr Nowy, Poznań, maj 2017) zaczęłam wałkować jedną piosenkę, znaną raczej osobom 70+, a mianowicie "Modlitwę" Bułata Okudżawy.
A wers  z tego utworu:
"Jak wierzy żołnierz zabity,
że w siódmym niebie jest..." powalił mnie swym przekazem..

5. Wiesz kto był moją bajkową idolką w dzieciństwie ?
Mała Mi z Muminków :P
Uwielbiałam oglądać w dzieciństwie wraz z o rok starszym kuzynem wieczorynki, a postać uroczo złośliwej Małej Mi najmocniej utkwiła mi w pamięci.



Część I tego wpisu tutaj:

http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/02/dziwy-nad-dziwami-czyli-sama-siebie.html

niedziela, 30 kwietnia 2017

A gdyby tak .... ?


Myślę o tym od jakiegoś czasu. Roku, może więcej. Siedzi mi ta myśl od dawna w głowie i odzywa się od czasu do czasu z różną intensywnością.

Im bardziej męczy mnie codzienność, tym intensywniej mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać.
Rzucić rutyną jak szklanką i patrzeć jak jej odłamy rozpryskują się we wszystkie strony.

Już kiedyś uciekałam, wtedy niedaleko, bo do Bydgoszczy. Uciekałam od tego, co dobrze znałam, by w tym co nieznane poszukać siebie. Udało się.

Dziś nie mam na myśli wyjazdu o ok. 200 km, lecz taki o tysiące km stąd, jak nie dalej.
Odległość nie jest ważna.
Marzę nie o wyjeździe nawet, a o podróży. Podróży wgłąb siebie, przez kraje i kultury, do inności.

Potrzebuję dłuższej chwili wytchnienia, bo jest mi coraz trudniej.
Boję się, że kiedyś nie wytrzymam i płacząc rzucę wszystko w pizdu.

Nie chcę robić tego bez przygotowania, bez chociażby zarysu planu.
Bezpieczniej przygotować się do drogi, zadbać o szczepienia, o jakiś zapas gotówki, ewentualne dokumenty typu wizy itp.

Póki jeszcze jest czas. Póki jeszcze nie zakopałam się w pieluchy i kredyty.
(chociaż wiem, że gdy się uprę ani dziecko ani kasa nie będą w stanie mnie zatrzymać).

Wyjechałabym gdzieś, poznała inność, po drodze nazbierałabym doświadczenia.
Kiedyś bym wróciła, dojrzalsza o wszystkie sytuacje, jakie by mi się w drodze przytrafiły.

Na razie na powiedzmy pół roku.
Sześć miesięcy to niby niewiele, ale zawsze coś, aby liznąć czegoś innego.  Sprawdzić, czy życie w drodze to to, o czym tak marzyłam ..

Na zdjęciu:
kolorowe schody w Krakowie z wypisanymi na nich rozmaitymi hasłami (zdjęcie z lipca 2016 r.) 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Saloniki - czy warto tam pojechać ?



Saloniki nigdy nie znajdowały się na mojej podróżniczej liście, w zasadzie nawet o tym mieście pod kątem wyjazdowym nie myślałam. Jeśli rozważałam wypad do kontynentalnej Grecji, to myślałam/nadal myślę raczej o Atenach. 
Więc jak to się stało, że tam wylądowałam ? 
Jako, że od powrotu z sylwestra nigdzie nie byłam, a czułam, że już muszę gdzieś wyruszyć, bo zwariuję,  czaiłam się na okazyjne loty. DOKĄDKOLWIEK, byle móc odpocząć i naładować zmęczone zimą i zastojem akumulatory.
 I chciałam lecieć już teraz, za chwilę, szybko :)

Podróż buzowała w głowie, aż się urzeczywistniła. Lot do Salonik wpadł w oko, znaleźli się chętni, więc decyzja zapadła szybko. Najpierw zabukowaliśmy bilety, później mieszkanie - pierwszy raz w życiu przez Airbnb, a dopiero po kilku dniach zaczęłam przeglądać internet w poszukiwaniu ciekawostek, związanych z tymże miastem. Na blogach, w przewodnikach itp. Salonikom poświęca się jednak niewiele miejsca. 
Gdy któregoś popołudnia zajrzałam do empiku, by poszperać na półkach z przewodnikami turystycznymi i gdy w grubym przewodniku zatytułowanym "Grecja kontynentalna" znalazłam o tym mieście dosłownie jedną kartkę, zastanawiałam się czy aby decyzja o wyjeździe nie zapadła zbyt pochopnie. Postanowiłam przekornie przekopać się przez blogi podróżnicze i znaleźć w Salonikach coś, co mnie bardziej zainteresuje.

Wypisałam ciekawsze miejscówki, wydrukowałam informację o (nielicznych) zabytkach. 

Saloniki nie są brzydkie, lecz..  takie jakieś; niby tętnią życiem, ale czegoś jednak w nich brakuje.
To miasto typowo portowe, które niestety wiele traci przez brak chociaż jednej plaży.

Jeśli chodzi o komunikację miejską, w Salonikach do dyspozycji mamy jedynie autobusy, które niestety lata świetności mają już dawno za sobą. W zasadzie należałoby powiedzieć, że niektóre z nich to złomy. Do tego (czego akurat na zdjęciach nie widać) potwornie zatłoczone.


Jazda nimi stanowiła dla nas konieczność, chociaż nie miała w sobie nic z przyjemności. 

Problemem pewnie nie tylko Salonik, ale ogólnie Grecji są bezpańskie psy.
Te wylegujące się przed zabytkami czy w parkach psiaki olewają obecność ludzi; jednak zdarzyły nam się także sytuacje nieprzyjemne, gdy czułam oddech psiaka zbyt blisko swojej twarzy. Zbyt duża liczba wrogo szczekających psów zmusiła nas także do skrócenia pobytu w miejscowości Epanomi, oddalonej o ok. 20 km od Salonik.

Wybraliśmy się do Epanomi, by zobaczyć najbliższą plażę i pospacerować jej brzegiem, planowaliśmy tam pobyć sami, bez psów. Nie polecam tej miejscówki - plaża poza sezonem nie zachwyca, a widok psów wywołuje nie tylko smutek i bezsilność, ale i strach.


W spacerze wzdłuż linii brzegowej towarzyszył nam jeden pies, który wydawał się wyjątkowo spokojny. Maszerował przed nami dłuższy czas. Gdzie my, tam on, gdy zmienialiśmy drogę, on także, gdy się cofaliśmy, on robił to samo. Kiedy postanowiliśmy wracać na przystanek autobusowy, nagle wyskoczył skądś jakiś agresywny wilczur i przegonił "naszego" psiaka.
Nie nazwałabym się panikarą, czasem robię różne, głupie rzeczy, ale w tamtej sekundzie tak cholernie się bałam, że chciałam tylko znaleźć się na bezpieczniejszym gruncie.



Parasolki to pozostałość po Europejskiej Stolicy Kultury, którą to Saloniki były w 1997 r.

Do najważniejszych zabytków Salonik zalicza się z pewnością Biała Wieża. To dawne więzienie, kiedyś nazywana była także Krwawą Wieżą.


Obecnie na wieży znajduje się punkt widokowy, z którego możemy spojrzeć na panoramę miasta.
W jej wnętrzu mieści się również Muzeum Historii Salonik.
Wieża - jaka jest - każdy widzi, jak na główny zabytek drugiego miasta Grecji, szału nie ma.


Kolejnym zabytkiem, który wstyd się przyznać, ale prawie przeoczyłam jest Rotonda/Rotunda
św. Jerzego. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że byłam już mocno zmęczona, a moją uwagę przykuła pięknie rozwinięta .. czereśnia, znajdująca się nieopodal Rotundy.


Rotunda to najstarszy zabytek Salonik, pochodzący z IV wieku. W przeszłości była połączona drogą misyjną z Łukiem Galeriusza.
Jej wnętrza zdobią mozaiki, przedstawiające świętych czy męczenników,  ale także kuropatwy, pawie i kaczki.

 Historia tego budynku jest trochę poplątana, gdyż wybudowano go jako mauzoleum, przez dłuższy czas, czyli przez parę wieków Rotunda służyła jako kościół katolicki, a następnie mieścił się w niej minaret. Dziś jest udostępniana zwiedzającym <bilet wstępu to zaledwie 1 euro>, słyszałam, że ma zostać poddana renowacji.

Powyżej: zachowane do dziś fragmenty Łuku Galeriusza 

W Salonikach znajdziemy także sporo ciekawych kościołów i innych perełek architektonicznych, lecz zabytki te są 'powciskane' między nowoczesne budownictwo i łatwo je ominąć. 

Poniżej: fragment Forum Romanum 
Jeden z ciekawszych kościołów 
Widok z górnej części miasta, oddalonej od Białej Wieży o ok. 2-3 km. 

Czy warto pojechać do Salonik ?  
Uważam, że wszędzie warto pojechać i w każdym miejscu na świecie odkryć coś 'swojego', jednak są miasta, w których można spędzić 2 dni i takie, w których 2 tygodnie to zbyt mało. 
Saloniki według mnie zaliczają się do pierwszej grupy i 2 dni to optymalny czas na poznanie tego greckiego miasta. 

Osobiście troszkę żałuję, że nie dotarłam do słynnych Meteorów, czyli klasztorów, zawieszonych na skałach, ale może innym razem :)




niedziela, 5 marca 2017

Introwertyczka. Post nr 100.



 Wielokrotnie słyszałam dwa przymiotniki: dziwna i/lub dzika. Tak o mnie czasem mówili, a ja zastanawiałam się o co chodzi. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale co ?

Unikanie dużych imprez, niechęć do tłumnych balang, omijanie głośnych klubów szerokim łukiem.
Większe wyjścia muszę później odreagować, bo .. wypompowują ze mnie energię.

Z głośnych imprez mam ochotę wybiec po godzinie.
Nie znoszę ścisku w autobusie czy tramwaju, brakuje mi wtedy 'przestrzeni'.

Wolę pójść z 3 osobami do kawiarni niż z 30 na imprezę.

Optymalnie spędzony wolny weekend = 1 dzień z ludźmi,
1 dzień dla siebie.

 Wiesz co się ze mną dzieje, gdy dłuuugi czas nie mam kompletnie czasu dla siebie ?
Spuść powietrze z balona i popatrz jak flaczeje ..
Właśnie tak się czuję.


Kiedyś gdy byłam młodsza i spotkałam się z określeniem 'introwertyzmu', nie odniosłam tego do  siebie. Bo jak to ? Nie jestem nieśmiała, nie mam problemów z zaczepieniem obcych ludzi, lubię poznawać nowe osoby, nie stresuje mnie bycie wśród nieznajomych.

Nie w tym jednak rzecz.
Nie będę zanudzać Was tu typami introwertyzmu, chociaż to ciekawy temat.


Ja muszę, MUSZĘ mieć czas dla siebie. Gdy go nie mam, jest ... źle.
Lubię ludzi, nie lubię .. tłumu.
Po większych wypadach po prostu ładuję baterie.

Nie oczekuj ode mnie, że będę zmuszać się do wyjść, na które nie mam ochoty.
Robiłam tak mając naście lat, chcąc być taka jak wszyscy. Ale mimo wysiłków - nie byłam, nie potrafiłam się dobrze bawić np. na jakiejś szkolnej imprezie. Starałam się, ale mi nie wychodziło.

Nie rozumiałam dlaczego.
Słuchałam tez wyrzutów mamy, która mówiła coś w stylu: bądź jak wszyscy, idź w piątek na imprezę jak ludzie
czy: w twoim wieku to się na dyskoteki chodzi.

Może i tak, ale ja takich imprez nie lubiłam, źle się czułam w tym cholernym tłumie.
Wolę po prostu mniejsze grupki, bardziej kameralne wyjścia. Takie mnie nie męczą, lecz relaksują.

Nigdy nie potrafiłam uczyć się np. w bibliotece i podziwiałam osoby, które preferują taki sposób przyswajania wiedzy. Ja najefektywniej uczę się w samotności, w ciszy.

Z chęcią przejdę kilometr, by znaleźć w miarę pustą plażę podczas wakacji.

Już tak mam, po prostu. 
Szkoda, że nie zrozumiałam tego wcześniej.

Kiedyś rozmawiałam z kolegą, który stwierdził, że on spotyka się z ludźmi co drugi dzień. Częściej nie daje rady, musi pobyć troszkę sam. Świetnie go rozumiem.

 Introwertycy to nie dzikusy, które najchętniej zamknęłyby się w swoim świecie i nie wpuściłyby tam nikogo; to osoby, które potrzebują samotności, by odpocząć, nabrać sił czy zregenerować się.
Gdy zabierze im się chwile, spędzane we własnym towarzystwie, poczują się zagubieni jak dziecko w gęstej mgle.

Wbrew pozorom introwertyk nie jest trudny w obsłudze. Wystarczy jedynie dać mu trochę czasu i trochę przestrzeni dla siebie.

środa, 15 lutego 2017

XII Liceum Ogólnokształcące we wspomnieniach absolwentki


 Moje LO i chwile w nim spędzone z perspektywy czasu jawią się jako ważny czas.

Nie wszystko było fajne i łatwe, męczyłam się tam okrutnie wiele razy.
Gdyby ktoś zapytał czym były dla mnie lekcje matematyki, odpowiedziałabym bez wahania: udręką.
Zabrały mi wiele energii i czasu, który mogłabym poświęcić chociażby na doszkolenie się z języków obcych.
Zaliczenie fizyki zawdzięczam tylko dobrej woli pani od tego przedmiotu, która trochę w życiu przeszła i chyba instynktownie czuła, że z niektórych jednostek niewiele da się wykrzesać.
Np. z takich jak ja, dla których te licealne zadania brzmiały tak samo niedorzecznie jak czarna magia.
Fizyka fizyką, a człowiek człowiekiem i dziś mogę pani od fizyki podziękować za szansę daną totalnej humanistce, która bujała sobie w obłokach zamiast w końcu zejść na ziemię.

Przed fizyką często spędzaliśmy czas przy szerokim oknie, spoglądając na pociągi, mijające stację Poznań Garbary.  Niejeden raz wolałabym wskoczyć do któregoś pociągu i pojechać w świat zamiast iść na lekcję z przedmiotów ścisłych.


Liceum to nie mury, to ludzie właśnie. 
Ludzie, którzy pojawili się na mojej drodze w czasie dość spokojnego, ale jednak kształtowania się osobowości.

Polonistka, dzięki której przeczytałam więcej lektur niż zakładał program.
Sięgnęłam po wiele książek i wiele z nich wyciągnęłam dla siebie. Holocaust, literaturę współczesną moja klasa 'przerobiła' trochę dokładniej, z czego bardzo się cieszę.
Zeszyty od języka polskiego są pełne genialnych myśli, wniosków, opisów, z których mogę czerpać po prostu w ..  życiu.


Wuefistka, której los nie rozpieszczał, oprócz aerobiku i tańca nauczyła nas, że gdy pojawia się problem, należy go rozwiązać.
Powtarzała nam często, że ciało jest stworzone do ruchu, o czym przez wiele lat pamiętałam intensywnie trenując prawie codziennie aerobik, a przez ostatnie 2 -3 lata lekko zapomniałam. Od wczoraj  te słowa ponownie nabrały znaczenia.
"Gdy masz trudności z wykonaniem jakiegoś ćwiczenia, od dziś powinno stać się ono twoim ulubionym" - powtarzała nam często.

Wraz z żeńską częścią klasy siedziałyśmy więc w świetlicy na podłodze i rozmawiałyśmy, słuchając kogoś, kto był od nas mądrzejszy w wiedzę i w doświadczenie.
Hatha joga w tamtych czasach na licealnym w-fie naprawdę stanowiła coś, co należy docenić.
Wiele z nas doceniło, ale pewnie po latach. Jako osoba nieznosząca koszykówki i siatkówki, lubiłam te lekcje - spokojne 45 minut często o 7 30 rano, podczas których można było wschłuchać się w swoje ciało, w siebie, zrelaksować  przed cięższymi przedmiotami.
Panią od w-fu spotkałam kiedyś po skończeniu liceum, na obiedzie w jakiejś poznańskiej stołówce. Nie wiem co dziś u niej słychać, czy jeszcze pracuje w tym ogólniaku, ale wspominam ją miło. 



Chociaż dzisiaj utrzymuję kontakt z garstką ludzi z tamtego czasu, wspominam swoje licealne lata bardzo dobrze.
LO to jeszcze dzieciństwo, nastoletni, beztroski czas, odmierzany sprawdzianem z matematyki i odpytywaniem z angielskiego.
Największy problem w tamtych latach stanowiło oblanie kartkówki z matmy i strach przed historią w pierwszej klasie. Niechęć do paru koleżanek w klasie i przygotowania do matury, która jawiła się jako coś nieznanego, acz fascynującego.
Z jaką przyjemnością powtarzałam język polski do matury, 'przejazd' przez epoki był świetną rozrywką - musicie uwierzyć na słowo :)

LO to i inne wspomnienia..  To i K., poznany przecież w murach naszego liceum ..
Studniówka, odbywająca się na szkolnej sali gimnastycznej.
I ona -  matura, którą mimo stresu wspominam bardzo przyjemnie.
Przedmaturalna impreza, która - nie przesadzam, naprawdę - wywarła wpływ na całe moje życie.

Pamiętam, że płakałam na oficjalnym zakończeniu szkoły, stałam na schodach wejściowych i płakałam, że to już koniec. Bo ja naprawdę lubiłam to miejsce, tą szkołę, te lekcje i te przerwy. Gdyby tak nie było, nie napisałabym tego posta, bo i po co.
Mimo uczenia się przedmiotów, które niewiele mnie obchodziły jak np. biologii, polubiłam te szkolne sale i korytarze. Swoją drugą ławkę. Szkolną świetlicę. Salkę, w której w I klasie odbywała się religia. Lubiłam dyżury, które każda klasa odbywała w szatni, przyjmując i wydając kurtki.

Chciałabym tam wrócić, na dzień albo dwa i spojrzeć w oczy sobie sprzed lat.
Tamtej młodziutkiej, wrażliwej, beztroskiej i naiwnej nastolatce .. Marzycielce, która po szkole pisywała opowiadania.

Liceum ma i swoją gorzką stronę i nie mam tu na myśli męczenia się z przedmiotami ścisłymi.
Dorosłam i dojrzałam 4 lata po opuszczeniu jego murów, wraz z odejściem K.
Gdy wspominam licealne lata, widzę K. na szkolnym korytarzu, przed salą do biologii. Drugie piętro, sala zaraz przy schodach.
Później widzę go przy sali do historii, pierwsze piętro, gdzie pokazuje mi mapkę. Widzę go bardzo wyraźnie mimo upływu lat. W sali od historii spędziłam zresztą wiele godzin, bo gdy po 2 latach bycia w klasie o profilu ogólnym przyszło nam wybierać profil (tak, tak, dopiero po 2 klasie), a mając do wyboru: matematykę (yh...), biologię (no cóż..) i historię, bez zastanowienia zdecydowałam się na trzecią opcję i od tego czasu 6 godzin historii w tygodniu stało się moją codziennością.

Pewnie zawsze z przyjemnością będę wspominać w-fy na cytadeli, gdy na naszej szkolnej sali gimnastycznej zawalił się sufit. I sprawdziany z polskiego i ostatnie lekcje, na których myślało się już o wyjściu na dwór i tamte przyjaźnie i parę rozmów ...
Klasę maturalną, gdy nauczyciele traktowali nas już trochę inaczej, jak prawie dorosłych, mimo, że nadal byliśmy dzieciakami.
Lubiłam moją 'dwunastkę', dała mi sporo cennych życiowych lekcji, nauczyła troszkę o ludziach.

Może to był taki czas pomiędzy byciem dzieckiem a dorosłym ?
Dobry, licealny czas, do którego za dziesiąt lat będzie się wracać z uśmiechem na ustach ..

Nie jest ważne ile dziś zostało nam w głowie z tangensów i cotangensów.  Większe znaczenie ma dla mnie to, że matematyczka okazała mi dużo serca gdy mozoliłam się z tą znienawidzoną przeze mnie matmą.

Od czasu skończenia ogólniaka byłam tam tylko raz - tego samego roku, w wakacje, gdy moja koleżanka poprawiała maturę. Przejeżdżałam i przechodziłam obok wiele razy,  ale nigdy już nie weszłam do środka. Bo po co ?

Licealny rozdział zamknięty, niczego nie da się ani poprawić ani zmienić. Moja klasa nigdy nie była zgrana, raczej każdy po lekcjach wracał do swojego świata. Nie spotykamy się, nie świętujemy kolejnych rocznic matury. Fajnie byłoby się kiedyś spotkać, jednak obawiam się, że po paru chwilach radość ze spotkania po latach by zgasła. Jeśli nie wytworzyła się między nami więź, gdy byliśmy nastolatkami i spędzaliśmy ze sobą codziennie wiele godzin, trudno szukać takiej więzi po latach.
Smutne, lecz prawdziwe.
Szkoda, że nie jeździliśmy na szkolne wycieczki, na nich mielibyśmy szansę bardziej się poznać i zgrać.

Bliższe osoby znalazłam w równoległych klasach, bo ja jak to ja z reguły bywałam nie tam, gdzie większość.


Na zdjęciu powyżej: droga do LO, którą przemierzałam w różnych nastrojach tyleeeee razy...

Pamiętam rozmaite dwunastkowe sytuacje..

Historyczkę, która uczyła nas w I klasie i nie zwracała się do nas imieniem, tylko numerem z dziennika. Stoły w jej klasie były poustawiane wokół sali, a my przestraszeni siedzieliśmy według kolejności alfabetycznej.

Panią od biologii, z którą mieliśmy lekcje w I i w III klasie. Lubiłam ją i dzięki niej lekcje biologii jakoś bezboleśnie mijały. Prosiła, abyśmy ważniejsze rzeczy zapisywali od wielkiej, kolorowej kropy.  I twierdziła, że jesteśmy rozmemłani. No cóż, tacy byliśmy :)

Nauczycielka historii z II klasy nauczyła mnie najwięcej, opowiadała historię ciekawie, z pasją.
Szkoda, że tylko przez rok mieliśmy z nią zajęcia.

Polonistka, nasza wychowawczyni, która pewnego dnia przyłapała nas (koleżankę), swoją klasę na grzebaniu w jej rzeczach w poszukiwaniu pytań na kartkówkę ze znajomości lektur. Zawiedliśmy ją wtedy jako jej klasa..

Lekcje religii w klasie maturalnej, na które uczęszczała tylko połowa klasy i dopiero wtedy w mniejszym gronie zajęcia te nabrały sensu. Ksiądz traktował nas jako dorosłych i wraz z nami delikatnie rozmawiał np. o lekturach, o szkolnym życiu. Szkoda, że tylko delikatnie, mógł bardziej pociągnąć wiele tematów. Na zakończenie szkoły podarował każdemu karteluszkę z przesłaniem i swoistym błogosławieństwem na dorosłe życie. Noszę ją w portfelu calutki czas.

Zdarzały się momenty zabawne, wzruszające, trudne, miłe, jak to w liceum. Parę intensywnych szkolnych lat, które minęły bardzo szybko..

Na fali popularności serwisu społecznościowego nasza-klasa.pl na chwilę odnowiliśmy licealno-wirtualną relację. Klasowa buntowniczka - jak to zwykle w życiu bywa - odkryła swą kobiecość.
Najbardziej ogarnięty chłopak w klasie opuścił Polskę, by w Europie zawalczyć o swoje marzenia.
Sympatyczna i skromna dziewczyna, którą zawsze lubiłam, ale z którą jednak nigdy nie nawiązałam bliższej relacji,  urodziła córeczkę.
Chwilowe rozmowy, wspomnienia, zdjęcia. Minęły tak samo jak popularność tejże strony.
Jedni mieli więcej szczęścia, inni mniej. Życie.

sobota, 21 stycznia 2017

Szlakiem miast na "B". Bratysława (31.12.2016)

Nie sądziłam, że w roku 2016 uda mi się zobaczyć Bratysławę. Znajdowała się ona w wiosennym planie wraz z Wiedniem, a w zasadzie Wiedeń wraz z Bratysławą :)



Plany sobie, życie sobie. A jak to się stało, że dotarłam do stolicy Słowacji wcześniej
niż planowałam ?
Przerwałam dwuletnią tradycję górskich sylwestrów, decydując się na spędzenie końca roku inaczej, w jakimś europejskim mieście. Lubię zmiany.
 Sylwester miał być w Wilnie, połączony z jednym dniem w Rydze i jednym w Tallinie - wyjazd z pewnym pseudo-biurem, niezbyt pewnym, ale za to tanim i oferującym wiele atrakcji w krótkim czasie. Coś za coś, 'biuro'  można rzec - w ostatniej chwili postanowiło tak po prostu wyjazd odwołać.
Hmm, połowa grudnia i cóż tu zrobić, by gdzieś pojechać i zmieścić się w zaplanowanym budżecie ?

 Na zdjęciu powyżej: Slovenske Narodne Divadlo, czyli Słowacki Teatr Narodowy.

Znalazł się groupon, z kilku możliwości różnych wyjazdów w oczy rzucił się Wiedeń + Bratysława. To w drogę !

Wyjazd zorganizowany zapewniał noclegi, a wiadomo, że w okresie sylwestrowym z nimi bywa rożnie.
Nie doczytałam, że noclegi są 2 godziny jazdy autokarem od Wiednia, zakładałam, że skoro śpimy w Czechach, to zapewne na samej granicy, czyli ok. godzinki drogi.  No trudno, da się przeżyć :)

Na Bratysławę zaplanowane było zaledwie kilka godzin, gdy pytałam ile czasu tam spędzimy, usłyszałam, 'przecież to niewielkie miasto' :) Tyle to ja sama wiem. Nic dobrego o stolicy Słowacji nie słyszałam, przeważają opinie, że nic tam nie ma i nie warto sobie tym miastem głowy zawracać.

Na blogach podróżniczych po Bratysławie jedzie się ostro.
Nie jest to stolica, która zachwyca jak Wiedeń czy Budapeszt, położona jest jeszcze bardzo blisko tychże miast, więc dla wielu stanowi tylko punkt po drodze, do którego czasem się wpadnie na godzinną kawę.

Bratysława nie ma szans, by dorównać stolicy Austrii czy Węgier pod względem ilości zabytków czy uroczych alejek, ale nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że nic w niej nie ma.

I pewnie zaskoczę wielu, ale zamierzam tam jeszcze wrócić na dzień czy dwa i zobaczyć to, na co podczas sylwestrowego wypadu zabrakło czasu.
Np. wjechać windą do najsłynniejszej słowackiej kawiarni, zwanej ufo.

Kawiarnia, mieszcząca się na moście rzuca się w oczy i zapewne można z niej obserwować zarówno Dunaj jak i ścisłe centrum miasta.
Wjazd jest płatny kilka euro, ale moim zdaniem warto poświęcić te trochę drobnych. 

W czasie wolnym, którego było ok. 1 h 20 min można było tam wjechać, ale niestety nie każdy zdążył :)

Słowackie ufo w 2016 r. widziałam jedynie z okolic zamku:





















Z zamku już prosta droga (w dół) do katedry św. Marcina i na (niewielką) starówkę.









































Spacerując po starówce spotyka się różne pomniki, niekoniecznie historyczne, lecz takie zabawne, mające stanowić atrakcję dla turystów jak np. Cumil - figurka faceta, wychylające się z kanału, przy którym postawiono znak "Man at work"



Znak ten postawiono z podobno jednego, ważnego powodu - parkujące auta, zwłaszcza te, prowadzone przez wiecznie spieszących się kurierów miejskich wielokrotnie .. wjeżdżały w Cumila.


Nieopodal pomnika Cumila znajduje się inny, przedstawiający "Pięknego Ignasia" - prawdziwy Ignaś był sprzątaczem o nienagannych manierach, podobno uwielbiającym .. kobiety.
Każdą potrafił w bardzo grzeczny sposób zaczepić, odzywając się do niej w języku, w jakim wydawało mu się, że dana dama mówi.
W I połowie XX w. Bratysława była wielokulturowym miastem, w którym obowiązywały m.in.  języki: słowacki, węgierski, niemiecki.

 Przy Pięknym Ignasiu ustawiały się kolejki chętnych do wspólnego zdjęcia, nie udało mi się sfotografować go samego.

 Jednak to nie pomniki podobały mi się najbardziej, bo nie oszukujmy się, mniej lub bardziej ciekawe pomniki znajdziemy  .. wszędzie. 

Jedno miejsce w stolicy Słowacji chciałam zobaczyć szczególnie, co połowicznie mi się udało. Miejsce to znajduje się na pierwszym zdjęciu w tym poście, a jest to modry kostolik, czyli niebieski kościół.

Niebieski kościół pw. św. Elżbiety wzniesiono w latach  1907-1913.
Trafić do niego niby prosto, chyba, że nie ma się ani mapy ani GPSa, a pytani o ten kościół przechodnie kierują zdezorientowaną pytającą w różne strony. W pobliżu jest też klasztor św. Elżbiety, ale jego budynek niczym specjalnym się nie wyróżnia,

Dojście ze starówki do niebieskiego kościółka zajmuje 10 minut, ale trzeba wiedzieć którędy iść :) Nigdzie nie ma oznaczeń ani tablic informujących jak dotrzeć do tego zabytku.



Modry kostolik widziałam jedynie z zewnątrz.
Jego wnętrze również jest całe w delikatnym odcieniu niebieskiego, z chęcią je obejrzę .. następnym razem. Jak większość kościołów na Słowacji i ten był zamknięty. Żeby było śmieszniej, kościółek miał zostać otwarty za 15-20 minut od momentu, w którym tam byłam, ale uczestniczyłam w wyjeździe zorganizowanym, a czas wolny był ograniczony i właśnie mijał - nie mogłam czekać ..


Ciekawym miejscem, oddalonym 8 km od centrum Bratysławy są ruiny zamku Devin, które również chciałabym kiedyś zobaczyć.. Wygląda na to, że muszę tam wrócić :)