piątek, 9 lutego 2018

Wariatka jedzie z SORu do kina

Tak się złożyło, że wylądowałam na SORze. O ile raczej nie narzekam na swoje zdrowie i uważam, że mam dużo szczęścia (odpukać), bo jest ono całkiem ok, to w czwartek zaszwankowało.
Tj. coś się działo od końca listopada, ale to bagatelizowałam i tłumaczyłam sobie stresem, przemęczeniem i nerwówką.
Każde tłumaczenie jest przecież dobre jeśli można nie pójść do lekarza, prawda ? :P

Więc nie szłam, czekając aż minie. Jakiś czas nawet było znośnie, ale w tym tygodniu runęło.
Bolała ręka, bolała szyja, ból promieniował i rozsadzał ciało.
Rozpieprzał mi codzienność.

Mam dość dużą odporność na ból. Czasami zadziwiam nią znajomych, bo nigdy nie biorę tabletek przeciwbólowych. Nawet nie wiem które są na co. Nie korzystam z nich, a gdy coś bardzo boli, przesypiam to, przespaceruję lub marudzę, zwijam się i leżę.
W zależności od pory roku i tego co boli.

Jedynie mocno bolący ząb wywołuje płacz i lejące się po twarzy łzy.


Wracając do SORu, wylądowałam tam sobie. No nie ze swojej woli, aż taka odważna/zdesperowana nie jestem.
Zresztą szpitali też nie lubię i unikam ich.
Zawieziono mnie. Karetką.

Porobiono badania, bo sytuacja poważna.
Tj. boli. Cały czas boli, ale już oswoiłam ten ból i nie reaguję na niego tak panicznie jak lekarze.
Przyczyna nadal nieznana i wiem, że mam problem.
Muszę się wziąć i to ogarnąć. Porobić kolejne badania, od których wiele może zależeć.

Ból jednak mobilizuje.
Nie będę Was częstować szczegółami, w każdym razie coś jest nie halo z moją lewą ręką i szyją.


Po nie wiem ilu godzinach na SORze (ale nie było ich wiele) - może 3 albo 4, już sama nie wiem, straciłam tam rachubę czasu, telefonicznie uspokoiłam rodzinę, że żyję. Zabrałam wyniki, skierowania i wyszłam o własnych siłach. Przytomna, świadoma i wiedząca, że muszę się od jutra zabrać za kolejne załatwiania, wsiadłam w tramwaj i stwierdziłam, że skoro i tak boli i boleć nie przestanie, to nie zmieniam planów. W weekend umówiłam się z koleżanką na czwartek do kina na "Plan B", więc pojadę. Rodzina uspokojona, ból nieopanowany, więc nieważne czy napieprza mnie ręka gdy siedzę w pokoju, przykryta kocem czy gdy siedzę w kinie. Zawsze mogę przecież okryć się kurtką. 

Wiem, dziwny tok rozumowania, ale przynajmniej trochę się rozluźniłam oglądając film i rozmawiając z koleżanką.

Już wróciłam do domu, zmyłam z siebie wspomnienie szpitalnego łóżka i krzesła.
Uspokoiłam po raz kolejny swoją rodzinę. Siebie uspokoję później jak porobię badania.
Na razie ... boli.

środa, 24 stycznia 2018

Film "Najlepszy". Kontrowersyjny wątek.

Powinnam zacząć: UWAGA, SPOILER :)

O filmie "Najlepszy" w reżyserii Łukasza Palkowskiego jakiś czas temu zrobiło się głośno. Głośno na tyle, że o nim usłyszałam. Zaciekawiona wybrałam się do kina, mimo, że o triathloniście Jerzym Górskim w życiu nie słyszałam. Triathlony i sport wyczynowy zresztą to temat mi dość obcy.

Trochę poczytałam o życiu Górskiego. Konkretnie o tym jak były narkoman wydostał się z bagna, w jakim tkwił wieeele lat. Pokazał, że można wyjść z nałogu, chociaż taka droga nigdy nie będzie łatwa. Jemu się udało odrzucić narkotyki i zaangażować się w coś wartościowego, tj. w sport. Heroiczny wysiłek doprowadził go na szczyt podium.
O życiu Górskiego powstała książka: „Najlepszy” autorstwa Łukasza Grassa.
Wydaje mi się, że jeśli kogoś temat bardziej zainteresuje, to warto po nią sięgnąć.


Nie czytałam jej (jeszcze) i na tym zakończę temat samego Jerzego Górskiego. Niewiele o nim wiem i w żaden sposób nie chcę się o nim wypowiadać.
Wszystkie moje refleksje dotyczą tylko i wyłącznie filmu "Najlepszy", a niestety nie wiem (bo nie zagłębiłam się w biografię Górskiego; patrz wyżej) na ile % film "Najlepszy jest fabularyzowany.
Krótko na temat samego triathlonisty można przeczytać tutaj:

http://www.przegladsportowy.pl/magazyn-przegladu-sportowego,jerzy-gorski-cale-zycie-w-transie-triathlon-stal-sie-narkotykiem-reportaz-,artykul,826031,1,13283.html


Film - moim zdaniem - jest dość DOBRY. Zarówno pod względem aktorskim jak i fabularnym.
Jest w miarę wiarygodny (jest jeden wątek, który mnie w życiu nie przekona, ale o nim w dalszej części), a historia nie skupia się tylko wokół głównego bohatera (Jakub Gierszał), co stanowi akurat zaletę. Mnie osobiście najbardziej poruszył wątek ojca Grażyny, pierwszej dziewczyny Górskiego.
Postać, grana przez Adama Woronowicza z determinacją walczy o swoją jedyną córkę.

Młody Jerzy wcześnie wpada w narkotyki, choć ma szansę na sukcesy sportowe. Wpada w nie po uszy i co gorsza, w narkotykowy świat wciąga swoją dziewczynę, Grażynę.
Dziewczyna leci za Jerzym jak w ogień, nie bacząc ani na ojca ani na swoją przyszłość. Dziewczyna wymyka się wszelkimi możliwymi sposobami z domu, a szkołę zamienia na ćpanie.
Wychowywana przez ojca-komendanta Grażyna zatraca się w dragach i niestety kończy tak jak większość. Na cmentarzu.

I to jest wątek, który najbardziej mną wstrząsnął.
W ferworze zachwytów nad filmem i nad historią głównego bohatera, który wykaraskał się z dragów, nie da się zapomnieć o dziewczynie, która tyle szczęścia nie miała.
Można by rzec: i co z tego, że jemu się udało, że tyle osiągnął, skoro ona zmarła.
Nie, nie przez niego, ale sorry - to on pokazał jej taki świat. W pewnym sensie wciągnął ją w nałóg i w takie towarzystwo. Dziewczynie z dobrego domu pokazał inny świat: świat narkotyków, strzykawek odlotów, kradzieży i speluny.
Nie zdołał jej już z niego wyciągnąć.
W tym momencie dalsze sukcesy, poprzedzone ciężkim odwykiem w Monarze  (świetna rola Janusza Gajosa, wcielającego się w Marka Kotańskiego), mordercze treningi, samozaparcie, dyscyplina, upadki i ciągłe podnoszenie się, tracą swoją moc.


Jerzy Górski wyznał w wywiadzie, że bohaterki filmu - Grażyna i Ewa - są wypadkową wielu kobiet jego życia.
Być może historia Grażyny była całkowicie wymyślona, a w historię miłości lekarki i byłego narkomana nigdy nie uwierzę. Może, co nie zmienia faktu, że filmowy wątek Grażyny porusza.
I żadne sukcesy nie przyćmią zmarnowanego życia młodej dziewczyny i tragedii małej, pozbawionej matki, dziewczynki.

Chwilami można odnieść wrażenie, że bohater cały czas potrzebuje niesamowicie mocnych wrażeń i po prostu zamienia ćpanie na bieganie. Podziwiam determinację i siłę walki, ale nie potrafię zapomnieć tego co po drodze.
Nie chcąc zdradzać więcej szczegółów filmu napiszę tylko, że jednak odpowiedzialność za innych przemawia do mnie mocniej niż nawet najbardziej spektakularne sukcesy.

Na zakończenie sam Jerzy Górski

„W wieku 35 lat, po 14 latach narkomanii, ćpania niezliczonej ilości morfiny i heroiny, picia wódki i palenia 100 papierosów dziennie, po sześciu latach terapii, udowodniłem, że ograniczenia w ludzkim życiu stawiamy sobie sami. One istnieją tylko w naszej głowie. Ulegają im ci, którzy mówią zamiast działać".

sobota, 6 stycznia 2018

Dziwy nad dziwami cz. III, czyli 10-krotna porcja szczerości


1. Kiedyś, będąc w 2 albo w 3 klasie liceum pojechałam do szkoły w dwóch różnych butach.
Pojechałam, przesiedziałam w nich na wielu lekcjach, poszłam na pociąg powrotny.
I siedząc na peronie na dworcu Poznań Garbary, przez przypadek zerknęłam w dół.
Schyliłam się do plecaka, a mój wzrok zatrzymał się na butach.
Ups.. Każdy inny.
Dobrze, że były chociaż podobne, ale jednak różnicę dało się zauważyć.
Może kogoś rozbawiłam chociaż


2. Gdy śpię, muszę być czymś przykryta. Nieważne czy to upalne lato czy mroźna zima, nie prześpię nocy gdy nie mogę przykryć się kołdrą, kocem, kurtką. Czymkolwiek.
Na wyjazdach, w autobusach gdy nie mam ze sobą koca itp., szczelnie otulam się kurtką.
Gdy "otulina" się zsunie, budzę się i mam wrażenie, że jest zimno, najzimniej okrutnie. 


3. Zawsze marzyłam o siostrze. Gdy byłam małą dziewczynką pisałam pocztówki do siostry, którą tak bardzo pragnęłam mieć.
Miała mieć na imię Magda (takie imię mieli przygotowane rodzice dla ewentualnej drugiej córki), a gdy zamiast wymarzonej siostry urodził się mój młodszy brat, nie byłam zachwycona.
Zazdrościłam koleżankom sióstr, babskich rozmów, wyjazdów i przede wszystkim siostrzanej bliskości.


4. Nie mam drugiego imienia. Na bierzmowaniu przyjęłam imię Magdalena.
Patrz: punkt 2 :)
Niespecjalnie interesował mnie rodowód tejże świętej, jeszcze mniej interesował mnie ówczesny trend na przyjmowanie imienia Wiktoria, jakie wybrała przewaga dziewczyn.
Podobało mi się, że "moja" Magdalena wyróżnia się w gąszczu prawie samych Wiktorii.


5. Być może z silnego, niezaspokojonego pragnienia 'posiadania' siostry wynika moje ogromne marzenie, o którym już niejednokrotnie pisałam.
Marzę o córce, a najlepiej od razu o dwóch.
Pochodzę z rodziny, w której od zawsze rodzi się zdecydowanie więcej chłopców. Ba, u mnie w rodzinie nie zdarza się, aby ktoś miał dwie córeczki. Jak urodzi się chociaż jedna, już jest radość.
Ciocia na wieść, że będzie miała upragnioną wnuczkę, szalała z radości i otwierała szampana.
Trudno się dziwić, skoro calutkie życie spędziła najpierw otoczona dwoma braćmi, a później dwoma synami.


 6. Uwielbiam imię Alicja.
Żadne inne imię nie podoba mi się aż tak bardzo. Sama nie wiem dlaczego akurat Alicję tak lubię; uważam, że jej brzmienie jest przepiękne. Może to zbitka liter "cj" połączona z samogłoską "a", nie wiem.
Jakbym była Alicją, używałabym tylko i wyłącznie pełnej formy imienia.


7. Silnie oddziałują na mnie kolory. Przede wszystkim mocne. Zwłaszcza czerwony i żółty.


8. Rozwala mnie wokal  Igora Herbuta z zespołu "LemON" i chociaż teksty zespołu nie zawsze do mnie trafiają (może za stara już jestem ?), uważam, że jego głos zawiera tyle emocji, że mógłby nimi obdzielić wiele osób.
Niesamowite, że można być facetem i śpiewać z tak wielką dozą emocji.
Jego wrażliwość jest nie do podrobienia. 
 "Against All Odds" w jego wykonaniu to mistrzostwo. Hey-owski "List" również.


9.  Jakiś czas temu miałam paromiesięczny zakaz jedzenia orzechów. Ze względu na nasilającą się alergię (na brzozę, olchę i leszczynę) od ok. marca do ok. września nie mogłam ich ruszyć. To tzw. alergia krzyżowa, orzechy mogłyby nasilić alergię na pyłki.
Myślałam, że gdy orzechowy szlaban minie, wreszcie bezkarnie będę mogła je chrupać.
Nic z tego, orzechy po prostu przestały mi smakować..

10. Nie przepadam za zakupami przez internet.
Lubię dotknąć (materiał), powąchać (herbatę, książki), podotykać sobie i zobaczyć czy coś mi pasuje.
Czasem np. sweterek, który na zdjęciu prezentuje się ekstra,  po rozpakowaniu paczki okazuje się niemiły w dotyku, szorstki, nieładny i w ogóle ble.
Ja ogólnie lubię zobaczyć coś na żywo, nie przez monitor komputera. 
Ostatnio trzykrotnie miałam też przeboje z przesyłkami, co tylko pogłębiło moją niechęć.
Najpierw list utknął na poczcie i leżakował tam tydzień.
Następnie moja przesyłka wylądowała u sąsiada.
A przedwczoraj nie mogłam odebrać paczki z paczkomatu z powodu jego przepełnienia, więc musiałam popylać po nią do sklepu, z którym mi nie po drodze.
Gdy ją odebrałam i rozpakowałam, okazało się, że wszystko jest super, tylko zapomniano odczepić klips zabezpieczający. Wrr... A celowo zdecydowałam się na zakup w sklepie internetowym (wcześniej mierzonego stacjonarnie towaru), bo mi się nie chciało po sklepach chodzić. Nachodziłam się podwójnie - po paczkę i do sklepu w celu odpięcia klipsa.

piątek, 5 stycznia 2018

Pani Ewa. Siła, jaką ona w sobie ma.

Pani Ewa zna mnie od czasu, gdy byłam małym berbeciem.
To znajoma mojego taty poznana przez pracę. Dziś bliska przyjaciółka mojej rodziny.

Kobieta, która jest przykładem jak po ciężkich przeżyciach zachować optymizm i radość życia.

Jej życie usłane słodyczą nie było. Przeciwnie, od dziecka rzucano jej kłody pod dziecięce jeszcze nóżki.
Miała 4 latka, gdy zmarła jej mama. Zaledwie 26-letnia.
Jej siostra miała jeszcze mniej, chyba pół roku czy jakoś tak.

Ojciec został sam z dwoma małymi córeczkami. Nie były to jednak czasy, w jakich obecnie żyjemy my.
Dziś gdy ojcowie kąpią, przewijają, usypiają, karmią dzieci i wstają do nich w nocy, tylko czasy, w których od dzieci była matka, a ojciec zarabiał. I najczęściej poza krótką zabawą potomstwu czasu nie poświęcał, bo to wtedy niemęskie się wydawało.

Ojciec pani Ewy po jakimś czasie ponownie się ożenił. Mała Ewa i jej młodsza siostra zyskały więc macochę, a za jakiś czas przyrodnią siostrzyczkę.

Macocha najbardziej kochała swoją rodzoną córkę, a pozostałe dwie dziewczyny pewnie trochę mniej. One były starsze i miały więcej obowiązków.
I tak jak one musiały pomagać w domu, tak najmłodsza, rozpieszczona dziewczynka żyła bardziej beztrosko.
Czy pani Ewa ma dziś o to do macochy żal ? Trochę tak, ale czuje i wdzięczność za wychowanie.

Ojciec zmarł nagle w wieku chyba 56 lat. Albo mniej, nie pamiętam.
Serce.
Pojechał do miasta załatwiać szkołę dla najmłodszej córki. Nie wrócił już żywy.

Mała Ewa opuściła dom rodzinny w wieku 12 lat, udając się do szkoły z internatem.
I pewnie mniej więcej w tym czasie poczuła, że musi stać się niezależna.
Albo inaczej: zależna najlepiej od siebie samej.

Szybko się usamodzielniła i zaczęła troszczyć sama o siebie.
Praca, znajomi, przyjaciele; wszystko co ma zawdzięcza sobie.

Nigdy nie wyszła za mąż, choć wielokrotnie miała ku temu okazję.
Dziś żartuje, że gdyby wzięła ślub, byłaby już pięciokrotną wdową.  Wszyscy jej absztyfikanci leżą w grobach, a ona z uśmiechem mówi, że to nie przez nią.

Pani Ewa parę lat temu pochowała już młodszą, biologiczną siostrę. Zmarła ona na raka trzustki, a bohaterka posta troszczy się o jej osieroconą, jedyną córkę i wnuka.
Mimo, że małżeństwo siostry uważała za pomyłkę jej życia, a dziwacznego szwagra nie darzyła sympatią. Wielokrotnie o nim opowiadała, np. o tym jak rzeczony szwagier postanowił sobie wyjść ze szpitala, tj. uciec i wyszedł w białych, szpitalnych ciuchach. W tych ubraniach przejechał tramwajem przez pół miasta, wyglądając jak uciekinier z zakładu zamkniętego.

Pamiętam jak przeżywała odejście siostry, paliła wtedy jak smok.
Podniosła się z tej straty.

Dziś, będąc po 70-tce, pani Ewa postanowiła na poważnie zająć się stanem (nie)zdrowia swojej macochy. Niezadowolona ze zbyt luzackiego podejścia do sprawy przyrodniej siostry wzięły sprawy w swe ręce.
Wykorzystując urlopy i opiekę (tak, tak, ona cały czas pracuje zawodowo) stara się zapewnić swojej drugiej mamie jak najlepsze warunki po przebytej operacji.

Mimo mikrourazów z dzieciństwa, to właśnie ona okazała się osobą, która najbardziej przejęła się zdrowiem macochy. 

A macocha..
Całe życie chuchając i dmuchając na jedyną, biologiczną córkę, na starość pomocną dłoń przyjmuje od nierodzonej, silnej i niezależnej córki.

Zahartowana przez życie pani Ewa nauczyła się, że najlepiej liczyć zawsze na siebie.
I iść przed siebie, z uśmiechem, bez narzekania, bo ono nic nie daje.

Jej radość świata rozbraja.
Przebywanie w jej towarzystwie jest przyjemnością - mimo ciężkiego życia zachowała w sobie ogromne pokłady optymizmu, ciepła, uśmiechu.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

"Mustang". Film, który przewierca duszę.



Jeśli w styczniu 2018 piszę o filmie, obejrzanym w kwietniu 2016, znaczy to najczęściej jedno - film musiał być więcej niż dobry. Albo niezwykle emocjonalny, bo takie przemawiają do mnie najbardziej.

"Mustang" pozostaje w pamięci na długo, a po wyjściu z kina słychać jedynie ciszę.. Cisza przy opuszczaniu sali, cisza przy wyjściu z budynku kina.

Milczenie lepiej obrazuje uczucia po seansie niż jakiekolwiek słowa.

Turecka wioska, czasy współczesne.
5 sióstr wychowywanych przez babcię i wujka ma mówiąc wprost, przerąbane.
Młodziutkie dziewczyny są zdane na łaskę i niełaskę  żyjącej w innych czasach starszej, konserwatywnej kobiety i wuja, którego sumienie raczej nie jest czyste. 
Bez rodziców i bez jakiegokolwiek wsparcia muszą stawiać czoła niezbyt normalnym dla ich wieku sytuacjom.

Niewinne zabawy w wodzie po zakończonym roku szkolnym stają się początkiem końca ich beztroski. Naprawdę szokujące jest oglądanie na ekranie jak ludzie radosną zabawę nastolatek traktują jako obrazę majestatu.
Niesamowity klimat niby nowoczesnych czasów kontrastuje ze sposobem myślenia starszych mieszkańców wioski, co smutniejsze: kobiety kobietom czasem potrafią zgotować straszny los.

Dziewczyny, które dotąd żyły w umiarkowanie swobodnej atmosferze, z dnia na dzień zostają zamknięte w ciasnej klatce pokoju i ograniczeń ludzkich.
Bikini i krótkie szorty są zmuszone zamienić na niekobiece, bure łachy, a falujące na wietrze włosy upinać w warkocze.  W ich oknach pojawiają się kraty.

Co gorsza, babcia postanawia jak najszybciej wydać je za mąż. Wszystkie po kolei. Żeby przed śmiercią zobaczyć jeszcze ich szczęście,  czytaj: żeby mieć je z głowy.
Najstarsza z dziewczyn nie jest jeszcze w tak tragicznej sytuacji jak siostry nr 2 i 3.
Babka pozwala jej poślubić chłopaka, z którym się spotyka. Niby wszystko ok, tylko jaką ta młoda dziewczyna może mieć pewność, że nastoletnie uczucie przetrwa całe życie ?
Ciężko nam, wychowanym w wolnym kraju, zrozumieć zniewolenie kobiet z krajów muzułmańskich.
Przykro ogląda się tragedię tych młodziutkich, walczących o swoją wolność i godność dziewczyn.

One nie mają wyboru.
Najprościej byłoby uciec. Jeśli ma się dokąd.
Rodzice nastolatek najprawdopodobniej nie żyją, o innych krewnych w filmie nie ma mowy.
Wydaje mi się, że nawet jakby miały gdzieś jeszcze jakąś rodzinę, niewiele by to zmieniło.
Potrzeba czasu, by pokonać bariery tkwiące w ludzkich głowach.
Bycie kobietą w tamtym świecie oznacza przegranie losu na loterii.

Najmłodsza siostra, Lale jest nad wyraz bystra i nieustraszona. 
Dziewczynka o charakterze "nie dam się wam" jako jedyna walczy do końca. Mocny charakter nie daje się stłamsić, Lale widząc co się święci, wszczyna bunt. 
Jej starsze siostry nie mają tyle siły i samozaparcia. Na początku buntują się, ale z czasem ich zbyt słaby upór zostaje złamany. Niestety...
Lale jako tytułowy mustang, uparta jak osioł, pełna życia i wiary buntowniczka, ratuje tyle ile zdoła, czyli siebie i jedną z sióstr.
Jako jedyna stawia się porządnie, nie ma oporów, by zjechać nadgorliwą sąsiadkę czy napluć do herbaty tym, którzy zagrażają jej rodzeństwu. Lale konwenanse ma gdzieś.
Uwielbiam takich ludzi.

Druga z sióstr zostaje zmuszona do małżeństwa z chłopakiem, do którego widać, że jedyne co czuje, to niechęć.
Teściów też ma niczego sobie. Gdy po nocy poślubnej ląduje w szpitalu w celu testu dziewictwa (w XXI wieku !), jej teściowi towarzyszy broń.
'Super' życie los jej zgotował.. 

Trzecia siostra, najprawdopodobniej cierpiąca na depresję (cóż, trudno się dziwić) popełnia samobójstwo.

Czwarta tylko dzięki odwadze najmłodszej Lale, otrzymuje jeszcze szansę na poprawę swego losu.
Lale wraz z Nur uciekają. Przerażona, już zrezygnowana Nur i jeszcze pełna nadziei, niezmordowana Lale. Gnają przed siebie. Do Stambułu, do jedynej osoby, na którą Lale - miejmy nadzieję - może jeszcze liczyć..

W filmie przewija się temat wujka, którego normalnym nazwać nie można. Zarysowany wątek pozostawia wątpliwości czy niektóre z dziewczyn nie były przez niego molestowane.
Tak naprawdę należałoby obejrzeć film jeszcze raz pod tym kątem.

niedziela, 31 grudnia 2017

O tym jak zrezygnowałam z sylwestra, o jakim wielu marzy




Wielu pomyśli, że beznadziejną decyzję podjęłam. Przecież tyle osób marzy o tym, by na sylwestra zaszyć się gdzieś w górach i z dala od cywilizacji powitać nowy rok.
Sama kiedyś też o tym marzyłam. Pamiętam jaka podekscytowana jechałam na sylwestra 2014/2015 do Lubawki. Spełniło się to o czym zawsze myślałam - spędzenie sylwestra w górach.
Pierwszy raz w życiu byłam wówczas zimą w górach. Serio.
Wszystko wydawało się być takie nowe, takie inne.

Uważam, że to był mój najlepszy sylwester w życiu.
To, że jechałam chora, z gorączką i katarem nie miało znaczenia. Byłam szczęśliwa. Nawet wtedy gdy wracałam popołudniami w przemoczonych butach.
Spodobało mi się tak bardzo, że kolejnego sylwestra także postanowiłam spędzić w śnieżnobiałych górach. Podobny scenariusz, podobna grupa, podobne wszystko. Tylko, że już zniknęła ekscytacja, już mi się średnio podobało. Siedząc wtedy, w Kudowie w pokoju, pomyślałam sobie, że to już raczej mój drugi i ostatni sylwester w tym stylu.

Zeszłoroczny sylwester spędziłam w Wiedniu i Bratysławie i aż mi smutno na myśl, że rok temu o tej porze zwiedzałam stolicę Słowacji. Tj. smutno mi, bo było świetnie i chciałam bardzo to powtórzyć. Tylko w innym mieście, Lwowie, Amsterdamie, Lublanie czy Wilnie. Najbardziej we Lwowie..
Ale nie wyszło.

Pojawiła się możliwość ponownego powitania Nowego Roku w górach. W Lubawce, tam gdzie wtedy. Mógł być sylwester sentymentalny.
Na początku nawet nie brałam tego pod uwagę, nie chciałam trzeci raz spędzać końcówki roku w podobny sposób. Później, gdy wszystkie plany lotowo-wyjazdowe poszły się pieprzyć, rozważałam ta propozycję. Nie było już miejsc i nie ukrywam, że mnie to ucieszyło.
Gdy miejsce się znalazło, myślałam długo. Nie wiedziałam: jechać czy nie jechać ?
Wstępnie się zdecydowałam, choć wszystko we mnie aż krzyczało: nie, nie, nie chcę.
Nie chciałam, bardzo nie chciałam.
Nie miałam ochoty, po prostu. Ani na przebieraną imprezę, których nie znoszę.
W ogóle typ ze mnie wybitnie antyimprezowy.
Ani na tak liczne towarzystwo.
Ani na zimę.
Ani na powtórkę z rozrywki.
I miejsce, które już znam.
Ani na kombinowanie z dojazdem.

Dlaczego ?
Wiele znajomych osób pojechało, mogłam pójść po najmniejszej linii oporu i po prostu do nich dołączyć.

Skąd we mnie taki bunt ? Skąd nastawienie na NIE ?

Nastrój pod koniec roku bardziej chujowy niż imprezowy.
Przemęczenie, dwie śmierci 27.12 - kuzynki mojej babci i najmłodszego brata mojego dziadka, o którym pisałam tu:

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/06/wnuczka-swojego-dziadka.html

Może gdyby nie fakt, że uznałam, że chcę pójść na pogrzeb ciotki (nie, nie dlatego, że wypada) pojechałabym jeszcze do Lubawki. Mogłam jechać dzień później, 30.12 i zostać do 2.01, trochę bym pobyła jeszcze.
Ale nie. Zrezygnowałam i niestety nie żałuję.

Obawiam się, że żadna siła nie jest w stanie przekonać mnie do przebieranej imprezy.

Byłam skłonna za to wyruszyć sama do Lwowa (tj. sama na zorganizowany wypad) i myślę, że gdyby nie pogrzeb cioci zdecydowałabym się na to.

Trudno. Sylwester jest co roku.


Tymczasem w Nowym Roku życzę Wam więcej energii i sił na spełnianie marzeń,
mniej smutnych chwil,
nie łamania rąk ani nóg
odwiedzania przyjemniejszych miejsc niż szpitale i SORy
zdrowia, które docenia się dopiero gdy zaczyna szwankować
ludzi, którzy nie będą nawalać gdy Wam na czymś zależy
prawdziwych znajomych i przyjaciół
i poczucia, że zawsze obok jest ktoś, na kogo można liczyć

To chyba najważniejsze. 

:)


Na zdjęciu: zeszłoroczny Wiedeń sylwestrowy.

wtorek, 26 grudnia 2017

Takim dzieckiem byłam

Ciekawym świata. Robiącym na przekór. Zbyt emocjonalnym. Wrażliwym.

Wyobrażałam sobie, że przedmioty czują.
Gdy miałam podać stos czegokolwiek, nigdy nie sięgałam po pierwszy z brzegu i najbardziej oczywisty. Wiedziałam, że stosiki też mają duszę i potrafiłam podać najbardziej środkowy. Wiesz dlaczego ? Odpowiedź prosta: bo ten środkowy musiałby czekać na swoją kolej, a przecież na pewno byłoby mu smutno, więc aby nie sprawiać mu smutku, chwytałam właśnie po niego.

Robiłam tak ze wszystkim. Starannie układałam grzyby w koszyku, aby ich nie pokaleczyć. Przecież grzyby musi boleć jak się je połamie, skaleczy czy naderwie.
Nalegałam, by odpady czy zaślimaczone grzyby zostawiać na skraju lasu, aby leśne zwierzęta mogły je zjeść, bo przecież one są głodne. Nie mają tak dobrze jak domowe, rozpuszczone koty i psy.
Co nie przeszkadzało mi zaniedbywać moich królików, ale tutaj wiedziałam, że dziadek dba o nie bardziej niż ja i zawsze mają co jeść.


Czytając kiedyś u rodziców w pracy "O sierotce Marysi i siedmiu krasnoludkach" rozmyślałam o losie krasnali i zastanawiałam się czy aby nie mogłyby wpaść do mnie i wykonać jakiejś pracy za moją rodzinę.
O autorce "Sierotki..." niewiele wiedziałam. W zeszłym roku znalazłam się na jej grobie we Lwowie, na Cmentarzu Łyczakowskim i dopiero tam dowiedziałam się jaką charakterną kobietą była Konopnicka.
Silna, niezależna, nie odnajdująca się w roli, jaką często przypisywano kobietom w jej czasach.
Rozwiodła się z mężem; dzisiaj to normalka, ale wtedy...
Jej stosunek do własnych dzieci ciężko określić, jedne kochała bardziej, inne.. no, troszkę mniej.
Prawdopodobnie była biseksualna, chociaż jeśli się dobrze orientuję, nie ma dowodów, które by to oficjalnie poświadczyły.
Postać z niej z pewnością nietuzinkowa.


"Małego Księcia" pokochałam miłością absolutną i bezgraniczną, taką do końca życia.
 "Oswoić znaczy stworzyć więzy", czyż to nie krótkie i idealne podsumowanie wielu relacji i związków ?
To, że "decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez" odczułam na własnej skórze już wielokrotnie, niby starając się uważać, komu ufam. Właśnie, niby, bo pomyliłam się nie raz.


Wiele zbyt emocjonalnych zachowań zostało mi do dziś i pewnie kiedyś wraz z nimi umrę, bo nie potrafię pozbyć się sentymentów i nie reagować tak silnie. Nie potrafię też nie dzielić włosa na czworo i puszczać w niepamięć słowa, których wielu ludzi nawet nie pamięta. Ja pamiętam i mimo upływu czasu pewne słowa z przeszłości  tkwią mi pod skórą.
Wybaczam, ale nie zapominam.