niedziela, 8 kwietnia 2018

SHARE WEEK 2018, czyli blogi, które lubię najbardziej

Rzutem na taśmę pierwszy raz uczestniczę w akcji Andrzeja Tucholskiego, który w 2012 r. zapoczątkował akcję SHARE WEEK, czyli blogerzy polecają blogerów.
Pomysł wypalił, bo co tu kryć, okazał się całkiem spoko. Podobnej akcji w polskiej blogosferze nigdy wcześniej nie było, a jak widać okazała się być potrzebna.

Pisanie bloga dla jednych jest frajdą czy odpoczynkiem od rutyny, dla innych źródłem zarobku, czasem skuteczną próbą wybicia się.
Pewnie jak każdy piszący słyszę czasem pytanie: a Tobie się jeszcze chce pisać ? Po co,  przecież wszystko już było ?

Może i tak, na świecie było już wszystko, oprócz Ciebie i Twojej wrażliwości :)


Przedstawiam i polecam więc moje TOP 3, trzy blogi, które na chwilę obecną są mi najbliższe.

Miejsce 1: ODPOCZYWALNIA

 http://odpoczywalnia.blogspot.com

Czytam blog Pauliny od wielu lat i niezmiennie zachwycam się jej podejściem do życia, macierzyństwa, podróży i codzienności, która na jej blogu nigdy nie jest zwykła.

Polecam go z całego serca. Ta dziewczyna jest niesamowita, bardzo podoba mi się jej styl życia, który nie jest oczywisty. Paulina z mężem i dziećmi korzysta z każdej chwili i sprawia, że nawet pozornie zwykła wycieczka do lasu staje się niezwykłym przeżyciem. Ona wie jak celebrować codzienność, by ta stała się fascynującą przygodą. Jej dzieci z pewnością będą wspominać dzieciństwo jako najwspanialszy czas pełen miłości, radości, górskich wycieczek, spania pod namiotem i eksplorowania świata.

Często mam ochotę pokazać tego bloga wszystkim, którzy twierdzą, że gdy ma się dzieci, to można zapomnieć o swoim poprzednim życiu, pełnym wyjazdów, koncertów, przygód i atrakcji.
Autorka Odpoczywalni udowadnia, że życie z dziećmi nie musi oznaczać rezygnacji z siebie.
Jak się chce, to wszystko można połączyć i nikt na tym nie cierpi.
Podziwiam i polecam :)


2. CODZIENNIE FIT

 https://www.codzienniefit.pl

Marta zaraża pozytywną energią i pokazuje, że można żyć zdrowiej nie zatracając przy tym siebie i nie rezygnując z własnych przyjemności. Pisze ciekawie, z polotem, nie dramatyzuje i udowadnia, że zdrowiej nie oznacza bez sensu i smaku.
Mim młodego wieku Marta ma na swoim koncie już sporo całkiem zasłużonych sukcesów.
Poza pisaniem prowadzi także kanał na Youtubie z zestawami ćwiczeń, które po prostu są fajne. Co istotne - zwraca uwagę na poprawną technikę wykonywania ćwiczeń, co w klubach fitness czy na zajęciach sportowych na uczelniach nie zawsze jest normą.


3. KAROLINA PONZO

 http://www.karolinaponzo.com/pl

Zaczęłam czytać bloga Karoliny, gdy ten nosił jeszcze żartobliwą nazwę PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ, a jego autorka przemierzała Europę z zadziwiająco małym zapasem gotówki, udowadniając przy tym, że podróżowanie nie musi kosztować fortuny.
Karolina opisywała swoje podróże w szczery, ale i często bardzo zabawny sposób, którym zyskała rzesze czytelników. Jej bezpośredniość i trafność spostrzeżeń trafiła i do mnie. 


Zasady SHARE WEEK są jasne: można polecić trzy blogi. I koniec.
Ale wspomnieć poza rankingiem można jeszcze o wielu, co też uczynię w ciągu najbliższych kilku dni. Poniżej wymieniam dziewczyny, do których także zaglądam i które również polecam.
Przepraszam, że musicie poczekać na dalsze polecenia, ale mam ograniczony czas, niestety..


AIFOWY

http://aifowy.blogspot.com

Od Aife wszystko się zaczęło. Cała blogosfera.
Anita jest jak Karkonoska Czarodziejka, w jej pisaniu tkwi magia.
Ona nie tworzy zwykłych zdań, u niej każda linijka tekstu zawiera w sobie niesamowite połączenie wrażliwości z subtelnością.
Czytałam ją od początku bloga Aifowy, zachwycając się doborem słów. Przeczytałam również poprzedniego bloga, obserwując poszukiwanie swojej drogi i rozwój. Jako kobiety, blogerki, ale i artystki.
Dziś - wzięta pani fotograf, mama dwójki maluchów pisze rzadko, ale jak napisze - czapki z głów.

Jeśli kiedyś będę brała ślub, nie wyobrażam sobie na nim innego fotografa niż Anita. Jej wrażliwość rozwaliła mnie  już wiele razy na łopatki, tego się nie da podrobić.




PIERWIASTKI

 http://pierwiastki.com

Blog Marysi odkryłam przez przypadek.
Może po kolei: Marysia jest jedyną z polecanych przeze mnie blogerek, którą widziałam kiedykolwiek na żywo.
Parę lat temu wybrałam się na tzw. spęd, organizowany przez chłopaków z "Paragonu z podróży".
Takie weekendowe spotkanie różnych ludzi z całej Polski. To był marzec i nadmorskie Osłonino.
Pamiętam, że wraz ze swoją ekipą ... smażyłam kurczaka na jedynym dostępnym palniku gdy podeszła do nas jakaś para, pytając czy już kończymy (czy jakoś tak :) ). Kompletnie ich nie pamiętam, jedyne co zapamiętałam to dziewczynę, przedstawiającą się jako Maryśka.
Nie zapamiętałam dokładnie ani twarzy Marysi i jej twarzysza ani tego czy później jeszcze rozmawialiśmy, nic.
Po jakimś czasie osoby, poznane na tym spędzie zaczęły lajkować na FB posty pisane przez Marysię.
Weszłam na nie, trafiłam na bloga "Pierwiastki" i spodobał mi się styl pisania autorki, więc zostałam.
Uważam, że dziewczyna ma naprawdę ogromny talent, trafnie operuje słowami, które brzmią tak jak brzmieć powinny. Czyli świetnie.


MAMA GINEKOLOG

 https://mamaginekolog.pl 

Cenię Nicole za bezpośredniość i sporą wiedzę ginekologiczną, przekazywaną w fajny sposób, bez nadęcia i moralizatorstwa.



RUBY TIMES

 http://rubytimes.pl

Widzieliście kiedyś śniadania Agaty i jej rodziny ? Jeśli nie, warto nadrobić :)
Agata nie tylko zachwyca mistrzowskimi zdjęciami kulinarnymi (i nie tylko), ale tez fajnie pisze. 



MISS FERREIRA

 http://missferreira.pl 

Zaglądam do Sary ze względu na jej lekkość pisania i niesamowity dobór słów.


RIENNAHERA

http://www.riennahera.com

Nie potrafię napisać co mnie przyciąga na bloga Marty. Jej bloga akurat znam najkrócej, zaledwie od paru miesięcy, a zaglądam tam najczęściej gdy jestem smutna lub coś mnie trapi.
Dlaczego ? Nie wiem.



ZORKOWNIA

 http://www.zorkownia.pl

Agnieszka - autorka Zorkowni w zasadzie nie pisze już od paru lat.
Trafiłam do niej kiedyś przez przypadek, ktoś polecał ją na innym blogu. Weszłam, przeczytałam bloga od deski do deski, choć tematyka łatwa nie jest.  (wolontariat w hospicjum)
Dopiero po paru postach zorientowałam się, że Agnieszka opisuje poznańskie hospicjum.
Cóż mogę napisać - polecam, chociaż czytanie o czyjej samotności w umieraniu przyjemne nie jest.

Jeśli znacie jakieś fajne blogi i macie ochotę je polecić np. w komentarzach, chętnie zajrzę.
Równie chętnie poznam blogi ze swojego najbliższego poznańskiego podwórka, aż jestem ich ciekawa :)

sobota, 7 kwietnia 2018

Kijów, Kijów.

Kijów 3/4/11-6.11.2017


W 2016 r. miałam okazję pobyć chwilkę we Lwowie i na ukraińskim Zakarpaciu, teraz przyszedł czas na Kijów.

Przyznam, że miasto mnie zaskoczyło i to pozytywnie. Okazało się o wiele ciekawsze i zachęcające niż np. greckie Saloniki.
Spędziliśmy tam 3 (pełne) dni i trochę miasta zobaczyliśmy.


Zatrzymaliśmy się w hostelu, z powodu chaosu organizacyjnego wylądowaliśmy w innej miejscówce niż ta, którą zarezerwowaliśmy.
(konkretniej: hostel, w który mieliśmy nocować i który powiadomiliśmy o naszym przybyciu ok. 2 w nocy, nie miał dla nas miejsc. Ktoś coś przeoczył i tym sposobem wylądowaliśmy w samym sercu miasta, na Majdanie Niezależności).

Dziwne to uczucie mieszkać w samym sercu miasta, w którym to w 2013-2014 rozegrało się krwawe piekło. Nieopodal znajdują się zdjęcia ofiar z tamtego okresu, a z ich uśmiechniętych twarzy bije młodość. Brutalnie przerwana przez śmierć młodość.

Z balkonu rozpościerał się widok na calutki Majdan. Lokalizacja świetna, warunki trochę gorsze, ale do przeżycia. Pod warunkiem, że podczas brania prysznica, nie rozglądało się za bardzo na boki i nie przyglądało średnio czystej kabinie prysznicowej i takie klimaty. Spoko, ze spokojem dało się przemieszkać.
Wiem, że standard życia na Ukrainie jest niższy niż w Polsce, wiem, że mogliśmy trafić jeszcze gorzej, wiem też, że za tak niską cenę nie można oczekiwać cudów.













Kijów jest naprawdę barwnym miastem i gdy trafi się okazja powrotu tam, chętnie wrócę i spojrzę na nie w wiosennej lub letniej odsłonie

Tymczasem prezentuję Wam Kijów po mojemu w świetnej jak na listopad aurze.

To kot z Alei Pejzażowej, jednej z alternatywnych atrakcji Kijowa, od której rozpoczęliśmy zwiedzanie ukraińskiej stolicy. Fotka wyżej i druga z posta też pochodzi stamtąd.
Miejsce świetne, nie tylko dla najmłodszych. Zaprojektowane z polotem i fantazją, usytuowane prawie w centrum. Aż żal byłoby tam nie zajrzeć. 


 



Kot na drzewie wykonany z plastikowych widelcy, a jeżyk ze starych śrub. Fantazji autorom tych stworów z pewnością nie brakuje :)


Kijów to i najgłębsza stacja metra na świecie - Arsenalna, mieszcząca się aż 105 metrów pod ziemią. Wydostanie się ze stacji na powierzchnię zajmuje ok. 8-10 minut. Za pierwszym razem jest to atrakcja, ale dla mieszkańców, którzy muszą pokonywać taką trasę codziennie, pewnie ciut upierdliwa.
Kijów to także Dniepr, szeroki i potężny. Z ładnym brzegiem i o dziwo - stosunkowo czystą wodą. Dla spragnionych adrenaliny z atrakcją w postaci przejażdżki tyrolką nad rzeką.



Fajną miejscówką jest Muzeum Michaiła Bułhakowa. Niewielkie, lecz klimatyczne.
Minus stanowi zwiedzanie go w języku ukraińskim lub rosyjskim.
Można oczywiście wejść do niego z anglo- lub niemieckojęzycznym przewodnikiem, tylko, że takie zwiedzanie należy zamówić wcześniej. Musi także uzbierać się odpowiednia grupa, co w sezonie pozaturystycznym, listopadowym pewnie bywa problematyczne.
Ukraińska stolica (jak i Ukraina ogólnie) zresztą nie jest miastem nastawionym na turystów.
Kraj dość biedny, z toczącym się konfliktem zbrojnym czy kiepskimi drogami nie przyciągnie tłumów. I dobrze, przynajmniej jest tam tak .. prawdziwie.


Po muzeum Bułhakowa oprowadzała nas przesympatyczna pani przewodnik. Pewnie widziała nasze zdezorientowane miny, sugerujące, że nie bardzo rozumiemy o czym mówi, więc poświęcając swój prywatny czas została dla naszej czwórki dłużej. I przeszła z nami jeszcze raz przez muzeum, starając się najprostszym rosyjskim sprawić, abyśmy wynieśli z tego miejsca jak najwięcej wiedzy. Miły gest z jej strony.

I motywacja, by wolne chwile poświęcić na naukę chociaż podstaw rosyjskiego.

 Kijów to także dobra kuchnia, murale, staruteńkie tramwaje, biały grzaniec, piękne i tanie rękodzieło, mnogość muzeów, metro na żetony.

I największy zabytek oczywiście - Ławra Peczerska, czyli cały kompleks świątyń prawosławnych. Miejsce kultu religijnego, największe tego typu w całej Ukrainie, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Spędziliśmy tam pół dnia, obiekt naprawdę jest imponujący.




Widok z naszego hostelowego balkonu: 



wtorek, 3 kwietnia 2018

W teatralnym Poznaniu czasem coś zaskrzypi, czasem poruszy + uzupełnienie



Poznański Teatr Polski niegdyś był jedną z moich ulubionych miejscówek. Chadzałam tam często, raz na tydzień/dwa tygodnie, oglądając w zasadzie wszystkie spektakle.
Niektóre siedzą mi w głowie do dziś mimo, że od ich obejrzenia minęło parę latek.
"Mistrza i Małgorzatę" widziałam dwukrotnie tak samo jak mniej znane, ale niesamowite "Zażynki", poruszające tematykę aborcji.
Moim zdaniem 90% spektakli sprzed kilku lat, które były pokazywane w Teatrze Polskim można nazwać dobrymi. Zdarzały się takie, które uznawałam za wpadki (jak np. "Wieczny kwiecień" czy "Ufo"), ale w ostatecznym zestawieniu prawie wszystko przypadało mi do gustu. Długo mogłabym pisać o niesamowitym teatrze z tamtych lat. (ok. 2011 - 2015)
A później po rzekomych konfliktach zespołu aktorskiego z ówczesnym dyrektorem zaczęły się zmiany. Zmienił się dyrektor teatru, nastąpiły oczywiste zmiany w repertuarze i polityce tego magicznego dla mnie miejsca.
Na początku nie odczuwałam aż takich różnic, z czasem jednak zaczęło mi tam wiele spraw zgrzytać.
Niespostrzeżenie wycofano wiele świetnych spektakli, nawet nie nastąpiło oficjalne pożegnanie z tytułem jak to wcześniej miało miejsce.
Spektakle znikały cichaczem, a w ich miejsce wchodziły nowe. Z bogatszą scenografią, nowymi aktorami, ale z niezadowalającą mnie tematyką i ogólnie poziomem artystycznym.
Nowe spektakle okazywały się być coraz bardziej pokręcone, a za scenicznym pokręceniem - jak dla mnie, kryła się pustka.
Po "Trojankach" nie miałam ochoty na częstsze wizyty w Teatrze Polskim. Od skądinąd świetnego pomysłu na spektakl bolała mnie głowa. Co z tego, że ktoś miał super pomysł jak realizacja okazała się cholernie męcząca dla widza.
Na "Hymnie do miłości" zastanawiałam się co mnie skłoniło tego dnia do przyjścia do teatru i czy to co dzieje się na scenie na pewno można jeszcze nazwać przestawieniem teatralnym.
Trzecią szansę dałam i teatrowi i sobie, wybierając się na "Odysa". Parę dni po spektaklu kolega - bardziej związany z teatrem niż ja - wysłał mi wiadomość ostrzegawczą pt. "tylko nie idź do Polskiego na 'Odysa', bo tego się oglądać nie da'. Za późno, już zdążyłam zobaczyć najnowszą premierę teatru. Premierę głośną, rozreklamowaną w poznańskich mediach, z gościnnym udziałem bardziej znanych aktorów.
O 'Odysie' pisano, że takiej formy teatru jeszcze poznańska publiczność nie znała i że widzowie będą zaskoczeni.
Czy byłam zaskoczona ? Niespecjalnie.
Czy wreszcie przestanę marudzić i napiszę, że mi się podobało ?
Nie.
Znowu nie :/
Niestety ponownie postawiono na szokowanie publiczności, tylko czy ta publiczność nie ma już dosyć takich eksperymentów ?
Czy (dramatyczny) Teatr Polski zamienia się w Teatr Eksperymentalny ?
Czy każdy jeden spektakl musi być przede wszystkim dziwny, a dopiero w dalszej kolejności opowiadać o czymś, o czymkolwiek  ?
O czym miał być 'Odys' ciężko stwierdzić. W necie pojawiają się wprawdzie recenzje i  bogaty opis poruszanych w tymże spektaklu wątków. Ciekawsze niż te recenzje są jednak dla mnie rozmowy (i miny) widzów chociażby w kolejce do teatralnej toalety. Ziewających, lekko (?) znudzonych, zastanawiających się o czym to znowu, do cholery jest. Słychać jeszcze opinie, że ZNOWU jakieś dziwne coś, tak samo dziwne jak "Malowany ptak" (którego jeszcze nie widziałam).
Po przerwie nie wszyscy wracają na drugą część spektaklu.
W 'Odysie' pozornie jest wszystko. Świetna scenografia, całkiem fajna oprawa muzyczna, nieźli aktorzy, niby miała być też fabuła, ale może się rozmyśliła i nie dotarła.
Pojawia się sporo nagości, co gorsze - niczym nieuzasadnionej nagości.
Nie jestem fanką nagości w teatrze, nie przeszkadza mi ona jednak gdy widzę jaki jest jej cel.
Po co jej tyle w 'Odysie'? Nie wiem, może to celowy zabieg, mający na celu przyciągnięcie spragnionych widoku nagich ciał widzów do teatru. Nagość w tym spektaklu jest niepotrzebna, chwilami aż nachalna i dla wielu zapewne krępująca. Może dla aktorów to nic takiego, szkoły teatralne w końcu przesuwają ich granice intymności i komfortu dość skutecznie. Ale dla siedzącej w przednich rzędach młodej grupy (licealnej albo wczesno-studenckiej) <sądząc po ich minach> sytuacja niezbyt komfortowa.
Tak samo jak specyficzna interakcja z widzami, tak naprawdę służąca... niczemu.
Mamy więc aktorów przechodzących przez krzesła widzów, siadających publiczności na kolanach, proszących o przytulenie czy pocałowanie.
Tylko, że te kontakty na linii aktor/aktorka - widz nie mają żadnego odzwierciedlenia w spektaklu.
Czy to właśnie te interakcje + nagość miały być wabikiem i sprawić, że "Odys" okaże się sukcesem ?
Nie wyszło, sorry.
Ale jak to się mawia w środowisku teatralnym: Przyjdzie inteligentny widz, to się połapie. I tym stwierdzeniem teatry są w stanie odeprzeć wszelkie zarzuty.
Wspomniany wcześniej kolega odpuszcza sobie Teatr Polski, bo już nie jest w stanie znieść ich 'spektakli'.
Ja, sentymentalna z natury, jeszcze dam szansę tej scenie.
Jeszcze wierzę, że w końcu postawią na coś dobrego i któryś spektakl okaże się po prostu fajnym i wartościowym przeżyciem.



Kiedyś często bywając w Teatrze Polskim, okazyjnie chadzałam do Teatru Nowego.
Dziś - dokładnie odwrotnie.
Teatr Nowy wystawił niedawno spektakl, o którym poniżej.
Można powiedzieć spektakl muzyczny, oparty na utworach Jacka Kaczmarskiego.
Oszczędna scenografia; na scenie oprócz mikrofonów znajdują się jedynie czarne parasole, których symbolika wydaje się dość oczywista.

Utwory Kaczmarskiego słyszymy w damskiej odsłonie z jednym męskim akcentem. I to właśnie ten męski pierwiastek sprawił, że postanowiłam napisać o "Kanapce z człowiekiem".
Oprócz pięciu aktorek na scenie pojawia się (gościnnie) nieznany mi wcześniej Marcin Januszkiewicz i swoim wokalem pozytywnie rozwala spektakl.
Po wyjściu z teatru powiedziałam do kolegi, że ten chłopak najbardziej mi się podobał i żałuję, że nie on śpiewał najbardziej rozpoznawalne teksty Kaczmarskiego takie jak "Nasza klasa" i "Mury".
Chłopak ma mocny i niezwykle emocjonalny jak na faceta, wokal. Zajebisty wokal, można rzec.

Zaintrygował mnie na tyle, że z ciekawości sprawdziłam czy w internecie są dostępne jakieś jego własne utwory/interpretacje Kaczmarskiego/Gintrowskiego.
Materiałów jest sporo, przesłuchałam jakąś ich część.
I szczerze mówiąc zaskoczyło mnie, że mimo TAKIEGO głosu Marcin Januszkiewicz nie jest znany szerszej publiczności.
Współpracujący z Piotrem Rubikiem czy Natalią Sikorą - której The Voice of Poland dał nie tylko zwycięstwo, ale przede wszystkim rozpoznawalność, chłopak w (warszawskim ?) środowisku teatralno-artystycznym znany świetnie.
Poza nim - chyba słabiej.
Jego wykonanie "Wybacz Mamasza" ze słowami Agnieszki Osieckiej i muzyką Przemka Gintrowskiego przewierca jakieś delikatne struny w duszy.
Jest genialne, nie da się ukryć. Emocjonalnie rozpieprza system.
Szokuje fakt, jak mało wyświetleń ma tak świetne wykonanie.

https://www.youtube.com/watch?v=Fq0RMcCRjpM

Cudnie byłoby kiedyś usłyszeć na żywo jak śpiewa ten wers: "Ja się zmienię, świat się zmieni" :)


 "Na kulawej naszej barce" podczas Debiutów w Opolu 2013 też zaśpiewał wyraziście.
 https://www.youtube.com/watch?v=ALuKhKerjS8

Młody, zdolny, przystojny. Tako nim piszą.
Dodałabym: ze świetną dykcją i sporą dozą emocjonalności, jaka nie zawsze towarzyszy męskim interpretacjom.
Śpiewający Osiecką, jeśli się nie mylę - wydał już płytę "Osiecka po męsku", na którą jeszcze nie wiem czy się skuszę.
Niektóre jego interpretacje ("Niech żyje bal") średnio do mnie trafiają, mimo, że - podkreślam, głos uważam za przenikający, mocny, pełen emocji. Głos mącący wodę, poruszający jej nurt.

Słucham tego co jest dostępne na youtubie i zastanawia mnie jedno: dlaczego posiadając tak niezwykły talent nie zdołał bardziej się wybić ? Nawet teksty pisze sam, nie tylko dla siebie, ale i dla innych wykonawców polskiej sceny, wszystkich bardziej znanych od siebie jak chociażby Margaret.

Ten jeden z najlepszych obecnie męskich wokali w Polsce, który chętnie usłyszałbym w utworze na miarę "Wybacz Mamasza". I nie wątpię, że taki powstanie. Może tekst napisze sam Marcin, może znajdzie go kiedyś w kopercie zaadresowanej na swoje nazwisko i dopiskiem "do korekty" :)


Wracając do spektaklu "Kanapka z człowiekiem": warto się na niego skusić.
Przede wszystkim ze względu na udział Marcina Januszkiewicza i jego końcowy występ, wywołujący ciarki.  ("Powrót", śpiewany w oryginale przez nieodżałowanego Przemka Gintrowskiego)
Ale także ze względu na możliwość posłuchania utworów *Kaczmarskiego w nieco innej, odświeżonej <nie zawsze trafionej> odsłonie. Odsłonie damskiej, współczesnej, zaskakującej.

Muzyka Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego ma pewien atut, zapewniający jej wieczne przetrwanie.
Można nie znać dokładnie okoliczności powstawania danego utworu, można się pogubić w historii, ale nie w emocjach.

"Nasze klasie" i "Murom" w "Kanapce....." niestety zabrakło emocji, jak dla mnie zbyt płasko zaśpiewane. Szkoda, że tych utworów nie zaśpiewał Januszkiewicz - to właśnie jemu w czasie trwania spektaklu najbardziej uwierzyłam.
Nie chciałabym nikogo urazić, ale jak dla mnie on mógłby być jedynym wokalistą w "Kanapce..".
Mimo niezaprzeczalnego talentu i dobrego głosu pozostałych aktorek, tym razem mnie nie przekonały mnie. Nic a nic, przepraszam.

Chociaż z drugiej strony interpretacje z założenia miały być inne niż w oryginale, by pokazać jak teksty Kaczmarskiego można odbierać dzisiaj, wiele lat po jego śmierci i minionych wydarzeniach historycznych, w których powstawały.


Zdjęcia przedstawiają Teatr Polski w trochę mniej oficjalnej wersji, pochodzą one z tzw. przechadzek teatralnych z marca 2015 r.
Po zakamarkach teatru w całkiem fajny sposób oprowadzał wówczas Igor Warzocha, którego już chyba (?) też w teatrze nie ma.

* Z tekstami Kaczmarskiego oswajam się od jakichś 10 lat.
 K. (http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/09) bardzo lubił twórczość  Kaczmarskiego, zapewne rozumiał ją bardziej niż ja, co wynikało z jego sytuacji życiowej i ogromnej jak na tak młodego chłopaka dojrzałości.
Ja zdecydowanie bardziej polubiłam głos Przemysława Gitnrowskiego, od którego biło jakieś-takie ciepło. I spokój.
Intuicyjnie darzyłam go większą sympatią.
W 2011 r. przy okazji jakiegoś pobytu w Warszawie byłam na grobie Kaczmarskiego, później znów wałkowałam jego utwory. Trochę szukałam w nich przekazu, jaki odnalazł K.
I znów odnajdywałam to co chciałam, ale u Gintrowskiego.
I choć uważam Jacka Kaczmarskiego za artystę-geniusza, to wokalnie wolę Przemysława Gintrowskiego. I tak już zapewne zostanie. 

niedziela, 18 marca 2018

Emocjonalne inspiracje II. Blog, utwór muzyczny i wywiad.

Mroźny, teoretycznie ostatni zimowy weekend spędziłam częściowo na planszówkach w większym gronie (uwielbiam Dixit, po prostu uwielbiam), częściowo w domu.

Gęsta ciemność i szczypiący w policzki mróz nie sprzyjają aktywnościom na zewnątrz, za to stanowią świetne tło dla książek i muzyki. I czytania wszystkiego co wpadnie w ręce.
Jak np. poniższego, szczerego i dobrego wywiadu.

1. Wywiad-zwierzenia maszynisty pociągu

Czy zastanawialiście się jak tak naprawdę wygląda praca maszynisty pociągu ?

Któż z nas nie lubi jeździć pociągami ? Wielu upodobało sobie zajmowanie miejsca przy oknie, by móc obserwować zmieniający się za szybą krajobraz. Ja też. W pociągu - w odróżnieniu od autobusów - mogę spokojnie czytać, gapić się za okno, odpocząć.
Najbardziej lubię długie trasy typu Poznań-Lublin czy Poznań-Kraków i jazdę w dzień, gdy jasno za oknem. Swego czasu regularnie kursowałam na trasie Poznań-Bydgoszcz.
Wiadomo, że w pociągach różnie bywa, zdarzało mi się jechać w strasznie zimnym składzie jak i w potwornej gorączce i syfie (zostawionym zapewne przez poprzednich podróżnych). W gwarze i ścisku, z przyciśniętym do szyby nosem i z niemożliwością zrobienia kroku. Jak i w pustym wagonie, gdy byłam jedyną pasażerką, a do celu (Bydgoszczy) pozostawało jeszcze niepokojąco daleko.

W poniższym wywiadzie poczytacie jak to wygląda z perspektywy drugiej strony - kierującego lokomotywą.
Zew wolności, codziennie inne widoki, ciągle w innych miastach. Z pewnością nie ma mowy o nudzie czy rutynie.

Wywiad momentami jest dość przerażający, więc ostrzegam już teraz.
Tak jak i praca - wprawdzie ciekawa, ale czasami narażająca na takie sytuacje, że tylko usiąść i płakać. Nieprzewidywalna, bo czy rano (często nocą) wsiadając jak zawsze do swojego składu i planując jak zawsze dojechać do celu, można przewidzieć, że dziś celu się nie osiągnie ? Nie, a samobójców na torach jest niepokojąco wielu. Maszynista pociągu nie ma wyboru, nie ma szans, by wyhamować i zatrzymać się przed nosem niedoszłego samobójcy. Jest tylko kilka sekund i świadomość, że nic nie można zrobić. NIC.
I o tym opowiada bohater wywiadu. O wolności jaką daje praca, o trudach, jakie trzeba ponieść, o oczach samobójców, o katastrofie kolejowej pod Szczekocinami, w której stracił kolegów.
O kolejowej codzienności. Po prostu.
Milknę więc i zostawiam link:

https://magazyn.wp.pl/artykul/prosze-zachowac-ostroznosc-i-odsunac-sie-od-krawedzi-peronu


2. Utwór wykonywany przez Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego przy akompaniamencie Zbigniewa Łapińskiego.

 https://www.youtube.com/watch?v=Dn4-tAFdOxY

Jedna z bardziej znanych ich piosenek, którą ja osobiście usłyszałam niedawno po raz pierwszy.
W *teatrze na spektaklu z utworami Jacka Kaczmarskiego. Piosenka "Powrót" kończyła spektakl i naprawdę wyciskała łzy z oczu.

Teatr Nowy w Poznaniu, spektakl pt. "Kanapka z człowiekiem"


3. Jeden z najlepszych tekstów, jaki przeczytałam na polskich blogach.
Tekst mądry,  niezwykle dojrzały i po prostu w dzisiejszych czasach bardzo potrzebny.
Paulina z "Odpoczywalni" szczerze o tym, że czasem w życiu musi być ciężej.
Gdyby ciągle było zbyt różowo, nie potrafilibyśmy docenić prostych przyjemności.


http://odpoczywalnia.blogspot.com/2018/03/post-na-post-czyli-pochwaa-nie-dostatku.html

Planuję napisać post o blogach, które sama czytam. Blog Pauliny z pewnością się tam znajdzie, bo czytam go od wielu, wielu lat i bardzo do mnie trafia. 

sobota, 10 marca 2018

Zbyt wiele się działo - styczeń i luty 2018




Chciałam napisać nowy post o tym, że wreszcie zrobiło się trochę spokojniej. Że mój świat zwolnił i że mogłam delektować się długimi, zimowymi wieczorami..

Nic z tego. Działo się wiele cały czas, aż nie mogłam nadążyć.

Styczeń 2018:

Zaczęło się od wizyty od dentysty, która miała być zwyczajna. Nastawiona na normalne leczenie zęba nie przypuszczałam, że gabinet opuszczę zmasakrowana, opuchnięta i z wyrwanym zębem.
Spokojnie, to ósemka, przeżyłam.
Po dłuuugiej próbie leczenia tegoż zęba niestety trzeba było go usunąć.
Eh, jakbym wiedziała, że skończy się wyrwaniem, od razu bym o nie poprosiła. Uniknęłabym sporo bólu, stresu, potu i łez.


Kolejny dzień. Lekko pozbierana po ósemko-rwaniu postanawiam pozałatwiać parę rzeczy na mieście. Moja lista "tam pójść, tu coś odebrać, tam zanieść i wyskoczyć jeszcze do kina" jest długa.
Nagle piękna, styczniowa pogoda zmienia się w totalną śnieżycę. Już wiem, że powrót do domu wydłuży się. Drogi białe, z nieba sypie, wszystko stoi. Zawijam się wcześniej i wracam. Ponad 1.5 godziny zajmuje przejechanie ok. 20 km...


Tydzień później.
Chwilę po północy rozlega się potężny huk.
Huk taki jakby spadł samolot. Serio, nie przesadzam.
Buczy cały czas, wyglądam przez okno i zamieram.
Kolana mi się uginają, przerażenie rozszerza mi źrenice.
Ogień. Gigantyczne płomienie ognia, które wydają się być bardzo blisko.
Dwa ogniste jęzory pożerają moje miasto. Nigdy w życiu nie widziałam takiego pożaru, wpadam w popłoch, nie wiem co się dzieje.
Samolot zleciał, to pierwsza myśl.
Zaraz wszystko spłonie, co robić ?
Ktoś biegnie, krzyczy, że cysterna się zapaliła.
Straże, policja, pogotowie kursują.
Telefony.
Ogień nie zmniejsza się, jest ogromny i przerażający.
Buczy. Nie słychać nic poza hukiem.
Serce wali z przerażenia i bezsilności.
To nie samolot, to nie cysterna.
Płoną domy.
Boże, nie wierzę ..

Następnego dnia cały kraj wie o pożarze w mojej rodzinnej miejscowości.
Na szczęście obyło się bez ofiar. Oszczędzę Wam jednak opisu piekła, jakie przeżyli ludzie, uciekający ze swoich domów. W piżamach i kapciach wybiegający z płomieni.


Luty 2018

Zwykła wizyta u lekarza rodzinnego kończy się na SORze.
Ląduję tam o dzień za wcześnie, bo całą kolejną noc i dzień umieram z bólu. Bólu tak potwornego, że rozrywa mi rękę. I duszę przy okazji.

Potem trafiam do paru lekarzy, gdzie - w zatłoczonych poczekalniach pewnie łapię jakiegoś wirusa. Ten przykuwa mnie do łóżka na parę dni, śmiejąc się w twarz z moich planów.  Moimi towarzyszami  stają się gorączka i termofor.

 Moje zimowe (zawieszone) pisanie najlepiej opisują poniższe zdania:

 "Trzeba wydukać parę zdań
  i kołek z drewna włazi w krtań
  w cesarskich cięciach rodzę każde z prostych słów ..."  ("Rękawiczki" Joanna Zagdańska)

Ostatni weekend lutego to Bałtyk zimą. Śnieżne, mroźne powietrze oczyszcza myśli.
Szczelnie opatuleni ludzie, obsypywani śniegiem, przemieszczają się w różnych kierunkach, pochłonięci swoimi sprawami.







Luty to także trochę kina, książek czytanych pod kocem i planów czynionych na wiosnę.

piątek, 9 lutego 2018

Wariatka jedzie z SORu do kina

Tak się złożyło, że wylądowałam na SORze. O ile raczej nie narzekam na swoje zdrowie i uważam, że mam dużo szczęścia (odpukać), bo jest ono całkiem ok, to w czwartek zaszwankowało.
Tj. coś się działo od końca listopada, ale to bagatelizowałam i tłumaczyłam sobie stresem, przemęczeniem i nerwówką.
Każde tłumaczenie jest przecież dobre jeśli można nie pójść do lekarza, prawda ? :P

Więc nie szłam, czekając aż minie. Jakiś czas nawet było znośnie, ale w tym tygodniu runęło.
Bolała ręka, bolała szyja, ból promieniował i rozsadzał ciało.
Rozpieprzał mi codzienność.

Mam dość dużą odporność na ból. Czasami zadziwiam nią znajomych, bo nigdy nie biorę tabletek przeciwbólowych. Nawet nie wiem które są na co. Nie korzystam z nich, a gdy coś bardzo boli, przesypiam to, przespaceruję lub marudzę, zwijam się i leżę.
W zależności od pory roku i tego co boli.

Jedynie mocno bolący ząb wywołuje płacz i lejące się po twarzy łzy.


Wracając do SORu, wylądowałam tam sobie. No nie ze swojej woli, aż taka odważna/zdesperowana nie jestem.
Zresztą szpitali też nie lubię i unikam ich.
Zawieziono mnie. Karetką.

Porobiono badania, bo sytuacja poważna.
Tj. boli. Cały czas boli, ale już oswoiłam ten ból i nie reaguję na niego tak panicznie jak lekarze.
Przyczyna nadal nieznana i wiem, że mam problem.
Muszę się wziąć i to ogarnąć. Porobić kolejne badania, od których wiele może zależeć.

Ból jednak mobilizuje.
Nie będę Was częstować szczegółami, w każdym razie coś jest nie halo z moją lewą ręką i szyją.


Po nie wiem ilu godzinach na SORze (ale nie było ich wiele) - może 3 albo 4, już sama nie wiem, straciłam tam rachubę czasu, telefonicznie uspokoiłam rodzinę, że żyję. Zabrałam wyniki, skierowania i wyszłam o własnych siłach. Przytomna, świadoma i wiedząca, że muszę się od jutra zabrać za kolejne załatwiania, wsiadłam w tramwaj i stwierdziłam, że skoro i tak boli i boleć nie przestanie, to nie zmieniam planów. W weekend umówiłam się z koleżanką na czwartek do kina na "Plan B", więc pojadę. Rodzina uspokojona, ból nieopanowany, więc nieważne czy napieprza mnie ręka gdy siedzę w pokoju, przykryta kocem czy gdy siedzę w kinie. Zawsze mogę przecież okryć się kurtką. 

Wiem, dziwny tok rozumowania, ale przynajmniej trochę się rozluźniłam oglądając film i rozmawiając z koleżanką.

Już wróciłam do domu, zmyłam z siebie wspomnienie szpitalnego łóżka i krzesła.
Uspokoiłam po raz kolejny swoją rodzinę. Siebie uspokoję później jak porobię badania.
Na razie ... boli.

środa, 24 stycznia 2018

Film "Najlepszy". Kontrowersyjny wątek.

Powinnam zacząć: UWAGA, SPOILER :)

O filmie "Najlepszy" w reżyserii Łukasza Palkowskiego jakiś czas temu zrobiło się głośno. Głośno na tyle, że o nim usłyszałam. Zaciekawiona wybrałam się do kina, mimo, że o triathloniście Jerzym Górskim w życiu nie słyszałam. Triathlony i sport wyczynowy zresztą to temat mi dość obcy.

Trochę poczytałam o życiu Górskiego. Konkretnie o tym jak były narkoman wydostał się z bagna, w jakim tkwił wieeele lat. Pokazał, że można wyjść z nałogu, chociaż taka droga nigdy nie będzie łatwa. Jemu się udało odrzucić narkotyki i zaangażować się w coś wartościowego, tj. w sport. Heroiczny wysiłek doprowadził go na szczyt podium.
O życiu Górskiego powstała książka: „Najlepszy” autorstwa Łukasza Grassa.
Wydaje mi się, że jeśli kogoś temat bardziej zainteresuje, to warto po nią sięgnąć.


Nie czytałam jej (jeszcze) i na tym zakończę temat samego Jerzego Górskiego. Niewiele o nim wiem i w żaden sposób nie chcę się o nim wypowiadać.
Wszystkie moje refleksje dotyczą tylko i wyłącznie filmu "Najlepszy", a niestety nie wiem (bo nie zagłębiłam się w biografię Górskiego; patrz wyżej) na ile % film "Najlepszy jest fabularyzowany.
Krótko na temat samego triathlonisty można przeczytać tutaj:

http://www.przegladsportowy.pl/magazyn-przegladu-sportowego,jerzy-gorski-cale-zycie-w-transie-triathlon-stal-sie-narkotykiem-reportaz-,artykul,826031,1,13283.html


Film - moim zdaniem - jest dość DOBRY. Zarówno pod względem aktorskim jak i fabularnym.
Jest w miarę wiarygodny (jest jeden wątek, który mnie w życiu nie przekona, ale o nim w dalszej części), a historia nie skupia się tylko wokół głównego bohatera (Jakub Gierszał), co stanowi akurat zaletę. Mnie osobiście najbardziej poruszył wątek ojca Grażyny, pierwszej dziewczyny Górskiego.
Postać, grana przez Adama Woronowicza z determinacją walczy o swoją jedyną córkę.

Młody Jerzy wcześnie wpada w narkotyki, choć ma szansę na sukcesy sportowe. Wpada w nie po uszy i co gorsza, w narkotykowy świat wciąga swoją dziewczynę, Grażynę.
Dziewczyna leci za Jerzym jak w ogień, nie bacząc ani na ojca ani na swoją przyszłość. Dziewczyna wymyka się wszelkimi możliwymi sposobami z domu, a szkołę zamienia na ćpanie.
Wychowywana przez ojca-komendanta Grażyna zatraca się w dragach i niestety kończy tak jak większość. Na cmentarzu.

I to jest wątek, który najbardziej mną wstrząsnął.
W ferworze zachwytów nad filmem i nad historią głównego bohatera, który wykaraskał się z dragów, nie da się zapomnieć o dziewczynie, która tyle szczęścia nie miała.
Można by rzec: i co z tego, że jemu się udało, że tyle osiągnął, skoro ona zmarła.
Nie, nie przez niego, ale sorry - to on pokazał jej taki świat. W pewnym sensie wciągnął ją w nałóg i w takie towarzystwo. Dziewczynie z dobrego domu pokazał inny świat: świat narkotyków, strzykawek odlotów, kradzieży i speluny.
Nie zdołał jej już z niego wyciągnąć.
W tym momencie dalsze sukcesy, poprzedzone ciężkim odwykiem w Monarze  (świetna rola Janusza Gajosa, wcielającego się w Marka Kotańskiego), mordercze treningi, samozaparcie, dyscyplina, upadki i ciągłe podnoszenie się, tracą swoją moc.


Jerzy Górski wyznał w wywiadzie, że bohaterki filmu - Grażyna i Ewa - są wypadkową wielu kobiet jego życia.
Być może historia Grażyny była całkowicie wymyślona, a w historię miłości lekarki i byłego narkomana nigdy nie uwierzę. Może, co nie zmienia faktu, że filmowy wątek Grażyny porusza.
I żadne sukcesy nie przyćmią zmarnowanego życia młodej dziewczyny i tragedii małej, pozbawionej matki, dziewczynki.

Chwilami można odnieść wrażenie, że bohater cały czas potrzebuje niesamowicie mocnych wrażeń i po prostu zamienia ćpanie na bieganie. Podziwiam determinację i siłę walki, ale nie potrafię zapomnieć tego co po drodze.
Nie chcąc zdradzać więcej szczegółów filmu napiszę tylko, że jednak odpowiedzialność za innych przemawia do mnie mocniej niż nawet najbardziej spektakularne sukcesy.

Na zakończenie sam Jerzy Górski

„W wieku 35 lat, po 14 latach narkomanii, ćpania niezliczonej ilości morfiny i heroiny, picia wódki i palenia 100 papierosów dziennie, po sześciu latach terapii, udowodniłem, że ograniczenia w ludzkim życiu stawiamy sobie sami. One istnieją tylko w naszej głowie. Ulegają im ci, którzy mówią zamiast działać".