poniedziałek, 30 października 2017

Szlakiem miast na "B". Barcelona




Długo nie mogłam zebrać się do napisania paru słów o Barcelonie. Co zaczynałam pisać, to twierdziłam, że to bez sensu i kasowałam tekst. Nadal ciężko mi opisać wrześniowy pobyt w tym mieście, ale już znam przyczynę tych trudności: nie zobaczyłam Barcelony takiej jaką chciałam widzieć.

- spędziłam tam zbyt mało czasu, w zasadzie były to niepełne 3 dni. Uważam, że jeśli lecieć/jechać do Barcelony, to minimum na tydzień

- nie zobaczyłam miejsc na których mi zależało (wnętrza Sagrady Familii czy wzgórze Montjuic),
natomiast odwiedziłam takie, których nie miałam w planie (np. dość odległe wzgórze Tibidabo).

- nie posmakowałam Barcelony po swojemu, włócząc się po tajemniczych uliczkach, siadając gdzieś z kubkiem czegoś dobrego na przypadkowych schodach i obserwując ludzi


Byłam w Barcelonie, ale czuję się tak, jakbym tam tylko wpadła przelotem. Koniecznie chcę wrócić do tego miasta i posmakować je po prostu po swojemu.


Barcelona Gaudim stoi i to niezwykłe barwny i figlarny styl Antoniego Gaudiego nadaje charakteru Barcelonie.
Nie ma Barcelony bez Gaudiego. Aby w pełni zrozumieć miasto, dobrze byłoby zapoznać się z twórczością tego katalońskiego architekta o nieograniczonej wyobraźni.
Kolorowe mozaiki, najróżniejsze kształty,  niestandardowość, oryginalność; styl Gaudiego ciężko scharakteryzować. Miał mega otwarty umysł, jego styl na zawsze przeszedł do historii architektury.





Powyższe dwa zdjęcia to park Ciutadella, jeden z najbardziej znanych parków Barcelony.




Najsłynniejsza salamandra świata oraz kolumnady znajdują się w parku Guell - wizytówce Barcelony. Jeśli widzisz jakieś foldery czy przewodniki o Barcelonie, na 90% na okładce widnieją właśnie zdjęcia z parku Guell, a konkretnie widok na miasto zza mozaikowej ławki. Nie miałam okazji zobaczyć na żywo tej najdłuższej na świecie ławki, obszar gdzie ona się znajdowała najprawdopodobniej jest w remoncie, bo na miejscu ławki leży tylko piach.

A to wzgórze Tibidabo, którego w planie nie miałam. Jeśli spędzacie w Barcelonie np. tydzień, można tam podjechać i zobaczyć kościół na kościele i widok z najwyższego wzniesienia miasta,  ale gdy wasz czas jest ograniczony, to raczej warto pozostać w centrum i darować sobie dość długą i paroprzesiadkową jazdę na obrzeża.
Tibidabo to także jedno z najstarszych w Europie wesołych miasteczek, z pewnością zaciekawi dzieciaki. 




Na wyjazd do Barcelony czaiłam się od ok. roku i wiązałam duże nadzieje z tym miastem.
Dziś wiem (wiedziałam to także jadąc autobusem na powrotny samolot), że muszę tu wrócić i zwiedzić miasto jeszcze raz, na spokojnie. Jeśli ktoś z Was byłby chętny na taki wypad, to dajcie, proszę znać. W planach zwiedzanie wnętrza Sagrady Familii, Muzeum Picassa, port, wzgórze Montjuic z pokazem fontann, wioską hiszpańską, zamkiem i całą resztą atrakcji, jakie skrywa to niewysokie, ale atrakcyjne wzgórze.

Czasem słyszę pytania ile kosztują moje krótkie wypady i zdziwienie w oczach pytających gdy odpowiadam.


Staram się podróżować raczej niskobudżetowo, Barcelona akurat była trochę droższym wyjazdem niż np. Budapeszt czy Praga, ale wynika to z cen w samej Hiszpanii, a te nie należą do najniższych.

Przykładowe ceny:
- lot z Poznania do Barcelony: 277 zł./ os.w dwie strony (widziałam loty na grudzień za ok. 120 zł.)
- 3 noclegi: ok. 70 euro/os.  (niestety jeśli chodzi o bazę noclegową, Barcelona jest naprawdę droga. My lecieliśmy w 5 osób i zdecydowaliśmy się na 5-osobowy pokój w takim a'la pensjonacie. Gdy przeglądałam oferty hosteli, ceny niekiedy odstraszały)
- bilet do Casa Battlo: ok. 23 euro (pierwsze zdjęcie w poście to słynna Casa Battlo, jeden z zaprojektowanych przez Gaudiego domów.Warto raz wejść i zobaczyć jak to wygląda w środku, ale gdyby ktoś chciał zobaczyć wszystkie domy, które stworzył Gaudi, koszt biletów byłby niemały)
- ok. 3-6 euro trzeba liczyć na tzw. tapas, czyli to co najczęściej jadaliśmy na obiad

Na zdjęciu: tapas pierwszego dnia, czyli krokiety ziemniaczane, naprawdę smaczne.
Wino m.in. hiszpańską Sangrię można kupić w markecie  już za ok. 1,5-3 euro, a jakby ktoś chciał zabrać ją do domu czy na prezent, to na lotnisku sprzedaje się ją za ok. 5 euro


- 10 euro kosztuje bilet 10-przejazdowy na komunikację miejską, z biletu może korzystać dowolna liczba osób.  Nie warto kupować biletów pojedynczych, których koszt to ok. 2,30/2.50 euro za przejazd

- wiele muzeów oferuje bezpłatny wstęp w każdą niedzielę od godz. 15 00. Żałuję, że nie weszłam do Muzeum Picassa albo do zamku na Wzgórzu Montjuic.

- wstęp do płatnej części parku Guell to 7-8 euro

- bilet do Sagrady Familii to ok. 15 euro; gdy będę - mam nadzieję - drugi raz w Barcelonie, kupię go już przez internet w Polsce, żeby uniknąć długich kolejek.

Oto najsłynniejsze, nieukończone dzieło Gaudiego: Sagrada Familia
Architekt poświęcił jej  40 lat swojego życia, potrącony przez tramwaj w jej pobliżu przez parę dni umierał samotnie w hospicjum. Nikt nie wiedział, że to Gaudi, bo nie miał on przy sobie żadnych dokumentów, a jego strój skłaniał wiele osób do myślenia, że tramwaj potrącił bezdomnego. Smutny koniec wielkiego człowieka ...



niedziela, 29 października 2017

Dzień Śpiącej Królewny




Myślę, że też to znasz.
Dzień tak ciężki, że najlepiej spędzić go zakopując się pod grubym kocem z kubkiem czegoś ciepłego w dłoni. I robić jedno wielkie NIC.

Tak naprawdę cokolwiek chciałoby się zrobić w taki dzień i tak z pewnością skończy się to fiaskiem.

Rzadko miewam takie dni, ale gdy nadejdą, najchętniej bym zniknęła. Nie mam siły na nic, bolą mnie mięśnie, niekiedy i głowa.
Natłok zajęć i obowiązków, ba, już nawet sama myśl o tym, co należałoby wykonać, wywołuje smutek, przerażenie, a bywa, że i płacz.

Wiesz co jest jednak najbardziej zaskakujące/najgorsze ?
Fakt, że (moim zdaniem) jesteśmy pierwszym pokoleniem, któremu WOLNO mieć takie dni i które mówi otwarcie, że nie ma siły.
Wydaje mi się, że w pokoleniu naszych rodziców czy dziadków było nie do pomyślenia, że jest się zmęczonym i nie ma się energii na dalsze wykonywanie setek zadań. A już mówienie o tym ?
"Przecież to żałosne, mówić głośno, że jest się nic nie wartym leniem",
"To wasze pokolenie to do niczego się nie nadaje, ciągle zmęczeni, a nic nie robią"

Byłam świadkiem opowiadania mojego dalszego kuzyna - rocznik 1973, o jego koleżankach z pracy. Otóż koleżanki te, wiele lat od niego młodsze, po kilku godzinach pracy pytają czy mogą już pójść do domu, bo są zmęczone i nie mają już sił pracować. Cała firma oficjalnie się z nich nabija; to może skrajny przypadek, ale kuzyn ten zakodował sobie, że osoby urodzone w latach 80 i co gorsza 90, nie nadają się do życia. Nazywa ich/w sumie nas pokoleniem "Y" albo pokoleniem "wiecznie zmęczonych dziewczyn". (Czyżby faceci byli mniej zmęczeni ? Nie doprecyzował.)


Czy przyznam mu rację ?
Niezupełnie.

Sama jestem zdania, że każde kolejne pokolenie robi coraz mniej, a jest coraz bardziej zmęczone.
Ale wynika to z wielu składowych, m.in. z coraz szybszego tempa życia, stresu  oraz przebodźcowania.


Cieszę się, że żyję w czasach, w których mogę przyznać, że nie mam na coś siły i że słaniam się na nogach. Tylko, że mogę tak powiedzieć wśród osób w podobnym wieku.
Takie stwierdzenie w obecności osób z pokolenia moich rodziców wywołuje chyba tylko uśmieszek politowania i niewypowiedziane "patrzcie, oto kolejna księżniczka, która nie ma sił żyć".

Tak, mam dni, kiedy z mojej energii zostaje 1%, kiedy motywacją mogę sobie trzasnąć o ścianę, a jeśli miałabym porównać się do baterii, to tylko do wyładowanej.
Tylko, że w takie dni zwykle czułam silne wyrzuty sumienia. Bo jak to mogę nie mieć energii, kiedy trzeba ogarnąć projekt, odpowiedzieć na maile i wysłać kolejne, skosić trawę i krótko mówiąc zapierdalać dalej.
A ja nie mogę, bo .. nie mam sił.
I wiesz co ? Świat się nie zawali jak czasem wrzuci się na luz, odpuści kolejne zadania i popatrzy otępiałym wzorkiem w okno.
Tylko takiego podejścia trzeba się nauczyć, a my wychowywani przez pokolenie ludzi, którym nie wolno było mieć gorszego dnia, także czujemy, że nie możemy odpuścić, bo trzeba działać, a nie się mazać.

Gdy czuję się jak królewna w śpiączce, niewiele z siebie wyłuskam.
Naprawdę, prędzej potknę się o własne nogi i przetnę palec nożem podczas krojenia chleba niż będę takiego dnia produktywna i kreatywna.
Czasami trzeba odpuścić.

Gorszy dzień minie, energia powróci, świat to przeżyje, serio. 

Uczę się więc. Odpuszczania od czasu do czasu.

* Oczywiście nie mówimy o ciągłym odpuszczaniu sobie i ogólnym lenistwie życiowym. Mam nadzieję, że przekaz posta - mimo chaotyczności, jest jasny.

poniedziałek, 23 października 2017

Bałtyk jesienną porą, czyli wydmy w październiku




Miło spędzić 3 październikowe dni nad Bałtykiem, z dala od gwaru, pełnych plaż, uroczo tandetnych budek z pamiątkami i zatłoczonych dróg dojazdowych.

  Na słynnych wydmach byłam pierwszy raz w życiu i naprawdę polecam to miejsce.

Zarówno słynna wydma Łącka jak i mniejsza Wydma Czołpińska robią niesamowite wrażenie.
Taka mini-pustynia w Polsce, unikat na skalę europejską.


Wyjechaliśmy z Poznania w czwartkowe popołudnie, by trzy kolejne dni móc spędzić na słynnych wydmach w Łebie i Smołdzinie.

Pomimo końca sezonu turystycznego wydmy przyciągnęły nielicznych turystów, spragnionych piasku i ... wiatru.


Znaczną część soboty przeznaczyliśmy na spacer - najpierw z leśnego parkingu do samych wydm (około 5 km), a później przez wydmy wybrzeżem w drogę powrotną. Nie wiem ile to dokładnie kilometrów, z pewnością naście.
Z parkingu prawie pod same wydmy można podjechać zarówno meleksem jak i wypożyczonym rowerem. My szliśmy pieszo przez fajnie wytyczone leśne ścieżki - jak macie odpowiedni zapas czasu i lubicie spacerować po lesie, to polecam taką opcję.







A tak wiało na wieży nieopodal wydm:

 i na samej Wydmie Łąckiej:


Oprócz pobytu na wydmach zwiedziliśmy również skansen w Klukach (Muzeum Wsi Słowińskiej), wdrapaliśmy się na latarnię w Czołpinie, dotarliśmy pod wieżę Rokowół (niestety z powodu silnego wiatru nie mogliśmy na nią wejść). W planie było jeszcze szybkie zwiedzenie Słupska, lecz czas gonił i wystarczyło go jedynie na obiad i króciutki spacer przez rynek.

środa, 4 października 2017

Jesień zagląda w okna



"Już jesień, już liście spadają z jaworów,
Nastaje czas chłodnych i długich wieczorów,
Już ptak odlatuje ku ciepłej krainie.
Co było – nie wróci, co będzie –
.. przeminie."

Miron Białoszewski, "Powitanie jesieni"


Od jakiegoś czasu jesień zagląda nam w okna. Po długich czerwcowych wieczorach nie ma już śladu, po 19 na dworze robi się nieprzyzwoicie ciemno, a deszczowe strugi coraz częściej spływają po szybie i brzegach parasola.

Jesień polubiłam zaledwie parę lat temu. Wcześniej kojarzyła się z końcem wakacji, krótszym dniem i smutkiem. Kolorowe liście, tanecznym krokiem spadające z drzew nie nastrajają pozytywnie. Zawsze zwiastowały one nadchodzący rok szkolny/akademicki, coraz dłuższe wieczory, kałuże w drodze na przystanek. I tą paskudną CIEMNOŚĆ, która odbiera energię.

Jesień dzisiaj smakuje już inaczej, mimo, że wiatr nadal gwiżdże za oknem, a dzień tak szybko się starzeje.
Nadal wolę swoją ukochaną wiosnę, ale jesienne słoty już zaakceptowałam.  
Zresztą nie ma wyboru, jesień i tak sobie przyjdzie, czy ją lubisz czy też nie.



Na razie nie jest jeszcze tak źle, bywają dni deszczowo-depresyjno-paskudne, lecz przełom września i października okazał się dość łaskawy. Dokładnie tydzień temu w środę przemierzałam ulice Berlina ... w sandałkach. Serio, między 15 a 19 30 było bardzo słonecznie, więc cieplejsze buty zostały w torbie. Jedynie wracając wieczorem czułam lekki powiew wiatru po bosych stopach, ale na tyle delikatny, że nie zdążyłam zmarznąć.

Korzystam więc z tegorocznej jesieni, która dla mnie - po ciężkim lecie, przyszła nieoczekiwanie szybko.


A ona niezmiennie od lat nie lubi jesiennego zimna, chłodniejsze dni i noce spędza najczęściej tak:
 :)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Najczęściej czytane teksty na moim blogu

Jednego dnia napiszę coś, co wydaje mi się całkiem spoko i z czystym sumieniem puszczam to w wirtualny świat. Innego - stworzę post, co do którego nie do końca jestem przekonana i publikuję go z przekonaniem, że i tak przecież nikt tego nudziarstwa nie będzie czytać.

Jak to się ma do statystyk wyświetlenia poszczególnych wpisów ? Heh, po prostu nijak :)

Często mnie zaskakujecie, bo w moim odczuciu przeciętny post bije blogowe rekordy wyświetleń, a coś, co napisałam wkładając w to sporo serca, tkwi gdzieś na dole pod względem ilości "przeczytań".

Oczywiście pisać zamierzam dalej, a ilość wyświetleń poszczególnych postów, mimo, że bywa zaskakująca, nie wpływa na tematykę kolejnych wpisów.
Piszę o tym, co mi w głowie siedzi i duszę uciska, o tym, co ważne, o wyjazdach, które wpłynęły na moje życie. Tak naprawdę ja muszę pisać, bez tego czuję, że czegoś mi brakuje.

Potrzebuję kogoś, kto pomógłby mi ogarnąć blog pod kątem informatyczno-technicznycm, niestety ta strona blogowania u mnie leży i kwiczy z rozpaczy.

A oto pięć najczęściej czytanych postów od momentu powstania bloga do dziś,
czyli w okresie czasu:  27.08.2014 -  20.08.2017:

1. "Samotne mini-podróżowanie", bijące totalnie wszystkie inne wpisy na głowę

http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2015/10/samotne-mini-podrozowanie.html


2. "Lista 11 miejsc w Polsce, w których chciałabym się kiedyś znaleźć"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2015/06/lista-11-miejsc-w-polsce-w-ktorych.html


3. "Komentarz zbędny"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2015/03/komentarz-zbedny.html


4. "Ola, Kamil, Marcin"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2014/11/ola-kamil-marcin.html


5. "Mniej, czyli jak to jest" 

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/03/mniej-czyli-jak-to-jest.html


Z najnowszych postów najczęściej czytany jest ten, który moim zdaniem jest wręcz... nudny, a mianowicie

(6.)  "XII LO we wspomnieniach absolwentki".

http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2017/02/xii-liceum-ogolnoksztacace-we.html

O swoim ogólniaku napisałam przede wszystkim dla siebie samej, nie sądziłam, że kogokolwiek mogą zainteresować wspomnienia licealne sprzed ponad 10 lat, jednak miło mi, że post okazał się nie aż tak nudnawy jak przypuszczałam.

Trochę mniejszym, ale i tak sporym zainteresowaniem (na tle wszystkich wpisów) cieszą się jeszcze poniższe trzy posty, czyli:

- "taka mała dziewczynka"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2014/09/taka-mala-dziewczynka.html

- "Punkty widokowe Poznania"

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/07/punkty-widokowe-poznania.html

- "Dziwy nad dziwami, czyli sama siebie zaskakuję"

http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/02/dziwy-nad-dziwami-czyli-sama-siebie.html


Dlaczego akurat te znacząco 'wyprzedziły' inne ? Nie mam pojęcia :), ale dziękuję każdemu za spędzony u mnie czas. To miłe, że w tym przebodźcowanym świecie macie ochotę wpadać na mojego pokręconego równie jak moja głowa, bloga.
Dziękuję i zapraszam cały czas ! :)

sobota, 19 sierpnia 2017

Emocjonalne inspiracje: film, książka i wywiad




O ile nie oglądam TV, o tyle lubię chodzić do kina. Jest w Poznaniu parę świetnych, kameralnych kin, spośród których jedno szczególnie się wyróżnia. Kino Muza, czyli ulubione kino poznaniaków, od lat przyciąga mnie repertuarem, przemiłym zespołem kinowym, rozmaitymi przeglądami filmowymi i magią. Jednosalowe (niebawem powiększy się o kolejne 2 sale), mieszczące się w starej kamienicy w samym sercu Poznania kino przyciąga tłumy widzów, spragnionych dobrych filmów. Od paru lat w kinie istnieje Cafe Muza, serwująca m.in. pyszną czekoladą na gorąco, którą można zabrać ze sobą na seans.
Bywam tam stosunkowo często. Jakiś czas temu wybrałam się na film, który bardzo chciałam zobaczyć, czyli "Światło między oceanami".

 Pokiereszowany przeżyciami z I wojny światowej Tom postanawia zaszyć się gdzieś z dala od świata i ludzi. Obejmuje posadę latarnika, by pewnie w spokoju lizać powojenne rany.
Wkrótce na oddaloną od cywilizacji wyspę dołącza dopiero co poślubiona żona Isabel. Zapowiada się sielankowe życie, ale zamiast niego zaczyna się dramat. Para, bardzo pragnąca dziecka, musi zmierzyć się z poronieniami. Na wyspie zamiast dziecięcego śmiechu pojawiają się krzyże nagrobne.
Gdy Isabel szaleje z rozpaczy po kolejnej stracie dziecka, na brzegu oceanu dryfuje łódka z martwym ciałem mężczyzny i żywym noworodkiem. W tym momencie zapada jedna z dwóch kluczowych w tej historii decyzji - decyzja, po której życie dwóch rodzin już nigdy nie będzie takie samo.
Ubłagany przez żonę Tom  z wahaniem zgadza się, aby znalezioną w łodzi dziewczynkę uznać za ich dziecko. Dziewczynka otrzymuje imię Lucy, a Isabel odzyskuje radość życia. Sielankowe życie rodziców i małej trwa, chociaż Toma czasem dręczą wyrzuty sumienia.
Któregoś dnia Tom spostrzega na cmentarzu rozpaczającą po zaginięciu męża i małej córeczki kobietę, jak zapewne nietrudno się domyślić, jest to biologiczna matka ich Lucy. Kilka lat później na pewnym przyjęciu i Isabel ma okazję poznać prawdziwą matkę ich córki.
Mała Lucy ma ok. 4 lat, gdy jedno z jej kochających nad życie, ale przybranych rodziców, w tajemnicy przed drugim podejmuje decyzję ...

Decyzja ta pokaże, że w tej historii nie ma dobrego rozwiązania, od teraz każdy jeden krok przysporzy komuś bólu.
Każda decyzja dla kogoś okaże się być złą.  Nie da się zakombinować tak, by wszyscy byli szczęśliwi. Komuś musi roztrzaskać się serce i to na miliony kawałeczków.

Piękne, surowe zdjęcia, film emocjonalny, ale nieprzekombinowany, bez happy endu i bez amerykańskiego efekciarstwa. Prosty, autentyczny, taki, który zostaje w pamięci na dłużej. Polecam.



Polecam również książkę, również o dziewczynce, tym razem już dorosłej, która odkrywa, że jej przeszłość to jedno wielkie, chociaż szczęśliwe, kłamstwo.
Książka "Nie mów nic" Barbary Freethy:
Zaintrygował mnie jej opis i postanowiłam po nią sięgnąć.
Nie jest to arcydzieło,  jednak warto zagłębić się w historię Julii, która za wszelką cenę chce dowiedzieć się prawdy o swoim pochodzeniu. Kto nie wie skąd pochodzi, nie jest szczęśliwy.  Julia gotowa jest postawić na szali nawet swoje życie, by tylko dociec kim naprawdę jest.
Wychowana w USA przez matkę Sarah i ojczyma Gina dziewczyna aż do śmierci mamy nie szuka swoich korzeni, choć czuje, że nie pasuje do rodziny, przeczuwa, że coś jest nie tak. Wyróżnia się zarówno fizycznie (jedyna niebieskooka blondynka w dużej rodzinie) jak i pod kątem zainteresowań, pasji (zamiłowanie do muzyki), które jej mama od dzieciństwa tłumi.
Intuicja nie zawodzi, a dziewczyna przechodzi długą drogę, by odnaleźć siebie. Prawda okazuje się zaskakująca, a Julia, która najprawdopodobniej wyparła przeszłość, zaczyna przypominać sobie dzieciństwo: z przebłysków świadomości wyłania się zamazany obraz biologicznych rodziców i siostry-bliźniaczki.
Ta, którą całe życie uważała za matkę, wprawdzie nie urodziła jej, lecz wychowała i kochała najmocniej jak potrafiła. Zresztą Sarah także ma swoją tajemnicę, a by móc wychowywać obce dziecko, musiała wyrzec się całego swego dotychczasowego życia i porzucić rodzinę.  Są decyzje, które wywracają świat do góry nogami, a gdy się je podejmie, nie ma już odwrotu. Julia jest zdeterminowana i mimo grożącego nie tylko jej niebezpieczeństwa, brnie w przeszłość.

Po kolei odkrywa karty swojej historii, a te zawiodą ją daleko, bo aż do Rosji.
Co 28-letnia Amerykanka, która nigdy nie była za granicą, ma wspólnego ze zdjęciem małej dziewczynki, stojącej za bramą rosyjskiego sierocińca ?
Co się stało z jej bliźniaczką Eleną i jak to możliwe, że na długie lata mogła zapomnieć siostrę ?

Książka wciąga i ciężko się od niej oderwać, w historii Julii nic nie jest oczywiste.



I trzecie polecenie, tym razem wywiad z matką zmarłej aktorki Anny Przybylskiej:

 http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,20403642,anna-przybylska-rozmowa-z-krystyna-przybylska-mama-aktorki.html?disableRedirects=true

Z wywiadu wyłania się obraz świetnej, ciepłej i zżytej ze sobą rodziny.  Rodziny, rozdzielonej przez przedwczesną śmierć, która pomimo tej straty musi iść dalej przez życie. I idzie razem, wspierając się wzajemnie.


niedziela, 13 sierpnia 2017

3 dni w górach. Potęga Tatr.




Lipcowe zawirowania sprawiły, że wyjazdy zeszły na jakiś hen hen odległy, nierealny plan.

Tylko raz spakowałam big-plecak, dopchany karimatą i śpiworem i ruszyłam do Zakopanego, w którym nawet nie pamiętam kiedy ostatnio byłam, możliwe, że 12-15 lat temu.


Wyjazd zorganizował kolega, a ja pochłonięta tym, czym nieoczekiwanie dowalił mi lipiec, nie miałam czasu i energii, by chociażby prześledzić trasy na mapie czy ogarnąć jakiś nocleg.   
Zdałam się w 100% na niego. 

Tatry, jak każde góry mają wiele odsłon - spektakularne widoki zastępowała ulewa, która dwukrotnie  przemoczyła i nas i nasze plecaki. Raz wędrowaliśmy w pięknej pogodzie i po suchych skałach, by za chwilę wspinać się na czworakach, zastanawiając się która skała okaże się mniej śliska.

Trasa Morskie Oko - Dolina Pięciu Stawów - Przełęcz Krzyżne - Murowaniec dała się we znaki i nie wyobrażam sobie podążać nią zimą. Widokowo jest super, technicznie też nie jest najtrudniej, jednak wędrówka w strugach deszczu bywała średnio przyjemna (ślisko).

Widok z Przełęczy Krzyżne jest naprawdę oszałamiający. Nie mam lęku wysokości, ale gdy usiadłam na szczycie aż zakręciło mi się w głowie. Tak troszkę mocniej.


Podczas zejścia  zrobiliśmy sobie przerwę na odpoczynek, zresztą takich przerw sobie raczej nie szczędziliśmy.
Siedzieliśmy na skałach, gdy minęło nas paru trochę starszych od nas chłopaków. Popatrzyli na mnie i nie wiem czy miałam minę a'la sierotka Marysia czy było widać po mnie totalne wyrąbanie, ale jeden z nich tak po prostu powiedział, że może wziąć mój duży plecak, a ja mogę się przepakować do małego i iść na lekko. Źrenice pewnie rozszerzyły mi się na maxa, bo wpatrywałam się w niego, pytając jak to sobie wyobraża, skoro przecież niesie i swój plecak. Odparł, że da radę i potraktuje to jako trening, bo właśnie wracają z Orlej Perci (tu moje oczy zrobiły się jeszcze większe, a samo wejście na Orlą przeraża mnie jak cholera). Zgodziłam się, a inny z chłopaków stwierdził, że w takim razie i on weźmie plecak mojej koleżanki. Asia zastanawiała się chwilę, po czym także przystała na propozycję. Stwierdzili, że do Murowańca, w którym mieliśmy nocować i my i oni, jest jeszcze daleka droga, a oni zrobią ją w 40 minut. Szybko zniknęli nam z oczu, Asia zastanawiała się jeszcze co zrobimy jak plecaki znikną, ale nawet na to nie wpadłam, ufam ludziom, a oni byli sympatyczni i zatroskani pewnie naszym wolnym tempem wędrówki :D
Plecaki oczywiście dotarły i to jeszcze suche, w odróżnieniu od nas. Urwanie chmury spotkało nas ok. godziny od schroniska, parę minut po tym jak mówiliśmy, że śliczna pogoda się na koniec dnia zrobiła. Lało tak, że szlak dosłownie płynął. A my wraz z nim.


Lubię góry, jest w nich coś baśniowego.
Można w nich pobyć, tak ze spokojem sobie pobyć. Ze sobą, oderwać się od problemów.





Góry kolejny raz mi pokazały, że moje granice leżą dalej niż mi się wydawało.
Że gdy myślę, że już nie mogę, to mogę i to jeszcze długo.
Gdy czuję, że brak mi sił, to te siły jednak jeszcze gdzieś we mnie tkwią.