niedziela, 17 czerwca 2018

Miasto, za którym okrutnie tęsknię ... Mój Berlin. Cz. I



Berlin, mój ukochany Berlin ..

Gdy zakładałam tego bloga w pewien sierpniowy dzień 2014 roku, chciałam pisać właśnie o ... Berlinie.
I choć w duszy grały mi wtedy inne klimaty, wiele wydarzeń ze swojego życia przetrawiałam mimochodem w Berlinie.


Berlin. Piękny, nowoczesny, szkaradny, brudny, zatłoczony. Różnie o tym mieście się pisze. I pewnie każde z określeń do Berlina pasuje.
Miasto kontrastów, wielokulturowe, ciekawe, barwne.

Otwarte. I mentalnie i kulturowo.





Różne sytuacje mi się tam przytrafiały.

Alexanderplatz, czyli miejsce, które zna każdy, kto choć raz odwiedził Berlin.
Miejsce spotkań, główny punkt przesiadkowy, ogromny tłok.

Rozmawiamy po polsku. Zaczepia nas chłopak z Polski, sprzedający słynne berlińskie kiełbaski.
- Jesteście z Polski jak słyszę.
- Hej. Tak
- Dlaczego nie zapięłaś torebki ?  Wiesz, że jesteś w centrum Berlina ? - pyta mnie
- Oj, bez przesady, często mam otwartą torebkę
- Ale tu musisz ją zapiąć. Uwierz mi, wiele tu widziałem
- W porządku - odpowiadam, przeciągając zamkiem torebkę





 S-Bahn w kierunku centrum. Starsza pani siada naprzeciwko nas, rozmawiam akurat po niemiecku. Kobieta przysłuchuje się nam, widzę jej wzrok na sobie. Za chwilę zwraca się do mnie:
- Skąd są pani rodzice ? Mówi pani taką piękną niemczyzną, bez regionalizmów. Pięknie.
- Dziękuję. Jestem Polką.
- A Pani rodzice ? Skąd pochodzą ?
- Też z Polski
- Wirklich ?? - wpatruje się we mnie rozszerzonymi oczyma
- Tak. Naprawdę.
- Co pani tu robi ?
- Jestem tu służbowo.
- Pięknie pani mówi. Aż trudno mi uwierzyć, że pochodzi pani nie stąd. Często jest pani w Berlinie ?
- Tak, czasami kilka razy w miesiącu.
- Ja całe życie spędziłam w Berlinie. Moja rodzina od lat jest w tym mieście.  Bardzo ładnie pani mówi. Za chwilę jest mój przystanek, muszę wysiadać. Życzę wszystkiego dobrego.
- Również życzę wszystkiego dobrego.



Kreuzberg: park nieopodal głównej ulicy.
Rodzice na rowerach z małymi dziećmi w fotelikach przejeżdżający obok czarnoskórych dilerów.

Co sobie życzysz ? Haszysz, koka, marihuana ?

Patrzę obojętnym wzrokiem, nie łapiąc pytających min sprzedawców tegoż towaru. Nie zaczepiają mnie, zresztą dlaczego mieliby to robić ? Pewnie mają mnóstwo klientów.

Nie zapomnę miny mojego towarzysza, który wówczas za tą wycieczkę miał ochotę mi - mówiąc bez ogródek - wyjebać.

Wychodząc z parku na równie nieciekawą uliczkę jesteśmy świadkami próby włamania do auta. Auta na polskich tablicach rejestracyjnych, tak btw.
Oddalamy się spokojnie, a ja słyszę tylko:

"Anka, gdzie Ty mnie tu ciągniesz ? Wynosimy się stąd. To jest jeszcze Berlin czy jakieś getto murzynów-narkomanów ?"
Ano, to też Berlin.


Ponownie centrum.
- Ej, wy mówicie po polsku, prawda ? - pyta nas młodziutki, lekko przestraszony chłopak
- Tak
- Słyszałem jak rozmawiacie i zastanawiałem się czy podejść. Jestem tu drugi dzień, po niemiecku nie znam ani słowa. Możesz mi zamówić coś do jedzenia ? Mam alergię na parę składników.
- Pewnie
- Nie mogę jeść pomidorów ani cebuli. Zamówisz mi jakiegoś zwykłego kebaba bez pomidorów i cebuli ?
- Pewnie. Już Ci zamawiam
- Dzięki.


Rozmawiamy jeszcze chwilę, po czym każdy idzie w swoją stronę. Jak się za chwilę okaże, prawie w tę samą.
Ponownie spotykamy się na stacji S-banki.
Stoi metro, S-bahny, tramwaje. Mnóstwo ludzi. Policja z psami. Policja w cywilu. Policja wszędzie.
- O cholera, co się tu dzieje.... - myślę  troszkę zaniepokojona

Stoimy więc na tej stacji, bo tak naprawdę nie mamy alternatywnego dojazdu.
Nagle ktoś do nas podchodzi

- Cześć. Ty mówisz po niemiecku ? - pyta kolejny młody chłopak nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź - Niedawno zamówiłaś mojemu kumplowi kebab. Pamiętasz ?
- Tak
- To on tam siedzi. - wskazuje ręką na swojego kolegę, który macha mi z wagonu S-banki
Wiesz, my jesteśmy w Berlinie od wczoraj. Nie znamy języka. Czy możesz powiedzieć co się tu dzieje ? Co znaczą te komunikaty ? Bomba czy co ?
(Sama jestem lekko nerwowa. Co mam odpowiedzieć ? Muszę uspokajać swoją ekipę, a teraz jeszcze ich...)
- Tak właściwie to nie wiadomo. Wyświetlają się komunikaty, że trwa akcja policji. I wszystkie środki komunikacji będą stać aż skończą akcję.
- Bomba ? - patrzy na mnie przenikliwie
- Nie wiem, nic więc tu nie podają.
- A dokąd jedziecie ? My na Spandau
- Na Marzahn
- Znaleźliśmy mieszkanie na Spandau. Byłaś tam kiedyś ? To daleko ?
- Byłam. Bardzo dużo Polaków tam mieszka. Ok. 20 minut S-3 stąd. 
- Dobra, dzięki, to idę do kumpli. Jakby się coś nowego wyświetliło, mogę do was jeszcze przyjść ?
- Jasne. Ale mam nadzieję, że to nic poważnego i że zaraz wszystko ruszy

Ile czekaliśmy na tej stacji, nie wiem. Może 20 minut, może 30.
Co się wtedy wydarzyło też nie wiem. Po powrocie pobieżnie szukałam informacji skąd taka akcja, ale nic nie znalazłam. Później stwierdziłam, że już nawet wolę nie wiedzieć.

Gdy mnie zapytano, co wtedy czułam, odpowiedziałam pospiesznie, że ulgę. Im bardziej oddalaliśmy się od centrum, tym swobodniej oddychałam.
W oddali mignął mi jarmark na Jannowitzbrücke, bajecznie kolorowy. Za plecami miałam stację, na której ewidentnie coś się wydarzało.. Przed sobą - jeszcze ok. 20 minut jazdy.
Jakby ktoś zapytał czy wtedy się bałam, nie potrafiłabym skłamać, że nie.


Byłam w Berlinie ok. 2 tygodni przed zamachem. I miesiąc po nim. Okolice Breitscheidplatz znam dość dobrze. Gdy zobaczyłam, że właśnie tam ciężarówka wjechała w ludzi, zamarłam.. 

W wolnym tłumaczeniu: "To zostanie w pamięci, ale nie zastraszycie nas waszym terroryzmem" ... 






c.d.n. ...



sobota, 2 czerwca 2018

Czarny humor z SORu

Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR) zapewne nie należy do ulubionych miejscówek nikogo, kto ma w miarę równo pod sufitem.
Praca tam łatwa ani przyjemna nie jest, zdaję sobie z tego sprawę, co nie zmienia faktu, że placówki te należałoby jakoś przeorganizować, zmienić, przewartościować. Bo jest patologicznie źle.


Poniżej zabawne sytuacje z miejsca iście niezabawnego

1. Lipiec 2017, moja mama ze złamaną ręką spędza na SORze ok. 7 godzin.
Patologia dosłownie, jak można ze złamaniem, z opuchlizną i w stanie dość niefajnym spędzić tyle czasu w poczekalni
 Przed mamą do gabinetu wchodzi (po wielu godzinach oczekiwania) pani ok. 65-70 lat.
Wchodzi i po minutce wychodzi, bo zostaje wysłana do szpitalnej apteki po szynę.
Szyny w gabinecie się skończyły i jak pani chce mieć ją założoną, niech idzie i sobie kupi.
Więc idzie, wchodzi po kolejnym odczekaniu swego do gabinetu, po chwili wychodzi wściekła.
Szyna jednak niepotrzebna, kazali iść jej ponownie do apteki i zwrócić.
No tak, co się pani będzie nudzić w poczekalni, jak może się pani przespacerować na trasie gabinet - korytarz - apteka - korytarz - gabinet.
Spacerek to przecież ruch, a ruch to zdrowie.
A że panią boli ? Aha, to trudno, życie też boli.

2. Ta sama pani, po kolejnym spacerku wychodzi z gabinetu purpurowa.
Ktoś ją pyta co się stało.

- Wie pani, co mi powiedzieli ?
- Nie
- Lekarz powiedział, że jakbym była w jego wieku, to opłacałoby się jeszcze operować.
Ale w moim to już nie warto. Złamanie jest takie, że ręka zostanie pokrzywiona do końca życia.
Nie warto już operować .. - pani spogląda z niedowierzaniem i smutkiem na słuchających..


Kurtyna
(kurwa)


3. Tym razem ja odwiedzam SOR, ten sam zresztą.
Szczegóły w poście z lutego 2018.

Brakuje łóżek, wywalają mnie na krzesło. Dobra, nie wywalają, a proszą, abym przeszła na krzesło. Czuję się tak kiepsko, że oczywiście siadam nie tam gdzie powinnam.
Każą mi spadać na inne krzesło, to jest ich. Ich - personelu medycznego.
Siedzę sobie i czekam dalej, SORy to świetna nauka czekania.  Na cud, na uśmierzenie bólu, na nadzieję. I na wypis, który pozwoli prędkim krokiem oddalić się z tego miejsca.

Obok siedzi kobieta w wieku, który trudno mi oszacować. Może ma 55 lat, może 60, a może 65.
Dostaje wypis. Prosi lekarkę o pomoc, od razu widać, że boli ją strasznie. Nie wiem co, ale widzę ból. Otwiera dużą torebkę, którą wypełniają tabletki przeciwbólowe. Nie pomagają.

Młodziutka, drobna lekarka z ogromną charyzmą zwraca się do niej:

"A co pani myślała, że my tu panią uzdrowimy ?
Jeśli panią bolało, to i boleć będzie. Czy tutaj czy w domu czy na oddziale.
Wiadomo, że boleć nie przestanie. Do widzenia"

 Ta młoda dziewczyna wypowiedziała te słowa takim zabawnym tonem, że w niezbyt przyjemnej  sytuacji zabrzmiały jednak dość... zabawnie.
Ostro, ale aż się uśmiechnęłam.


4. Skoro trafiłam na SOR, a objawy wyglądają poważnie, muszą sprawdzić serce. Ból promieniuje albo od serca albo od kręgosłupa.
Ok, spoko.
Bardzo sympatyczna lekarka, do której jako jedynej tu czuję instynktowną sympatię coś tam bada i stwierdza, że chyba ok, bo
"głośniejszych szumów nie słyszę, delikatnych chyba też nie,  ale tu taki hałas i zamieszanie, że nie jestem pewna"

Aha ..


5.  SOR w Bielsku-Białej, gdzie trafiam wraz z koleżanką.
Sytuacja poważna, trzeba coś zrobić z krwotokiem. Krew się leje, ona osłabiona, ja zdezorientowana.
Na oddziale kolejka jak za komuny po mydło i masło. Naprawdę.
Mimo, iż na szczęście stanie w kolejce za komuny mnie nie dotyczyło, to jednak dużo, oj dużo o nich się nasłuchałam..

Każą czekać. Zarejestrować się i czekać. Na wezwanie, które kiedyś nastąpi. 

Tłum w poczekalni zastygł w oczekującym bezruchu.
Kolejka się nie rusza. Mija pół godziny, godzina, dwie.... Nic, zero ruchu.
W końcu koleżanka wchodzi do gabinetu i pyta czy wiadomo ile jeszcze trzeba czekać i co właściwie zamierzają z nią zrobić, skoro krwotok ustał.

W odpowiedzi słyszy, że ma czekać, ale już jej nie pomogą, bo jedyna lekarka, która jest z tej specjalizacji skończyła dyżur. Ahaaaaaa ....
Co zatem zamierzają ? Ano, niewiele, wypiszą jej receptę jak chce. Na lek, który - o ironio - ma w domu. Zresztą bez recepty też go otrzyma.

Jedna pani z poczekalni, czekająca w kolejce ze swoim schorowanym, ok. 90-letnim tatą także zaczyna się irytować. Czeka od wczesnego ranka, właśnie nastaje popołudnie i ojciec jest zmęczony, źle się czuje, musi coś zjeść. A reakcji żadnej.


Czekać, panie, czekać.
Tylko na co, na zbawienie czy na lepsze czasy ?

niedziela, 27 maja 2018

Magda Rusinek. O kobiecie, która siłą i inteligencją powalała



Pojawiają się sugestie, abym podrzucała więcej poleceń książek, filmów i muzyki. Może być z tym ciężko, bo piszę tylko o tym, co mną jakoś potrząśnie. Wydawać by się mogło, ze takich inspiracji znajduję dużo, ale właśnie niekoniecznie. A może też niespecjalnie szukam :)
Za ciekawe muzyczne polecenia byłabym wdzięczna, w kinie nie byłam już kilka miesięcy, a przeczytane ostatnio książki (w niezbyt imponującej ilości, szczerze przyznaję) nie zrobiły na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia.

Poza jedną, która jeszcze jest w stanie czytania - "Dziewczyny wojenne" Łukasza Modelskiego.
Książka jeszcze się czyta i choć nie należy do łatwych i przyjemnych rozrywek, jej treść porusza.


Często myśląc o wojnie, myśli się o niej z męskiego, analitycznego punktu widzenia. Od czasów nastoletnich interesowało mnie kobiece spojrzenie na wojnę, która nadchodząc przekreśliła tyle pięknych planów na życie. Przerwane studia, porozwalane związki, rozłąka z rodziną, często niestety już ostateczna.

Dziś o kobiecie, której historia nie jest zwykła.
Magdę Rusinek wojna zastała gdy ta miała zaledwie 14 lat. Młodziutka, chorowita dziewczyna jeszcze nie wiedziała co ją czeka i jakie decyzje przyjdzie jej podejmować.
Tak jak i wiele innych młodych ludzi, którym nadejście II wojny światowej zniszczyło plany na przyszłość. Zniszczyło plany, ale nie nadzieje na wolność i godne życie, na miłość i przyjaźń.
Bo poza wojną toczyło się życie. Nie było ono normalne, okoliczności na to nie pozwalały, ale obok wojny była jakaś teraźniejszość.

Tym, co na początku zaskoczyło mnie w historiach kobiet, które przeżyły wojenny koszmar,  były opowieści o miłości, o narzeczonym, który nie wiadomo gdzie jest i czy jeszcze w ogóle gdzieś jest. O ślubie w tak smutnych okolicznościach, w jakich nikt nigdy nie powinien go brać. O przyjaźni, ulubionej letniej sukience...O mieszkaniu, w którym chwilkę przed wybuchem bomby, jedna z dziewczyn zdążyła jeszcze po prostu się umyć.

Zaskoczyło mnie to tylko na chwilkę, bo chyba tak naprawdę tego właśnie oczekiwałam. Czekałam na dziewczęce emocje, na ich spojrzenie na wojenną rzeczywistość. Bo wojna wojną, a młodość młodością. Wojna to beznadziejny czas na miłość, ale takie czasy akurat ich pokoleniu zesłał los. Robili co mogli, by mimo toczącego się horroru, jakoś żyć.


MAGDA RUSINEK

Nieżyjąca już niestety porucznik Magdalena Grodzka - Gużkowska zd. Rusinek od urodzenia miała niezły charakterek. Zdrowie szwankowało jej od dziecka (trepanacja czaszki, sepsa, paraliż części twarzy), lecz specjalnie się nim nie przejmowała. Żyła szybko i aktywnie, zafascynowana sportem. Tłukła się z chłopakami, wywijała w szkole, z której prawie zresztą wyleciała. Niezła agentka, można podsumować.
Pochodziła z inteligenckiej rodziny, rodzice bardzo dbali o edukacją Magdy i jej starszej siostry. Znała kilka języków, należała do harcerstwa, świetnie jeździła na nartach, co później się przydało do przeprowadzania lotników (na nartach) na Słowację. Młoda Magda bezpiecznie przeprowadziła wiele osób zanim gestapo wpadło na jej trop. By ratować pozostałych ucieka, dociera do Warszawy i stamtąd daje znać znajomym, że mogą wszelkie podejrzenia i zarzuty zrzucać na nią.

W Warszawie Magda przeprowadza rozmowę z ojcem, który by ocaleć ucieka z Polski do Londynu.
Dziewczyna ma 16 lat i odtąd musi zająć się mamą i siostrą. Dowiaduje się, że jej mama jest uzależniona od morfiny, a siostra Marysia chora psychicznie. Ojciec wyjeżdża, Magdy poszukuje gestapo, na mamę i siostrę liczyć nie może.
Wydarza się tragedia, matka Magdy po wstrzyknięciu sobie (prawdopodobnie) insuliny, zapada w śpiączkę.

Tutaj na jakiś czas muszę odłożyć książkę.
Los Magdy staje się coraz bardziej dramatyczny...
Boże, przecież ona ma zaledwie 16 lat ... 

"Myślałam o tym, że jestem w konspiracji, że gestapo prędzej czy później mnie znajdzie, że wtedy nikt nie będzie mógł się mamą zająć. Poprosiłam lekarzy, żeby nie ratowali mamy. Wtedy właściwie skazałam ją na śmierć. Jako szesnastolatka przestałam być dzieckiem"

...

Po śmierci matki do Magdy i Marysi przyjeżdża rodzina, by zapewnić im opiekę. Magda już jednak sama potrafi zadbać o siebie i siostrę. Szybko dorasta. Ukrywa się w wielu mieszkaniach w Warszawie. Wkrótce poznaje swego przyszłego narzeczonego, późniejszego męża, Romka. Wstępuje do organizacji, przechodzi szkolenie jako jedyna dziewczyna w swojej grupie. Często z powodu płci musi udowadniać, że jest wystarczająco dobra, szybka, że wie po co tu jest.
Trafia do sekcji, która rozpracowuje i wykonuje wyroki śmierci. Z powodu młodego wieku sama nie likwiduje wrogów, rozpracowuje ich i wskazuje innym na zasadzie "temu kulkę w łeb".

"Byłam bardzo opanowana, nie mdlałam, nie trzęsły mi się ręce. Raczej nie jestem taka do mdlenia. Kiedy zapadł wyrok, trzeba było drania znaleźć i zlikwidować".

Magda załatwia siostrze pracę i aby zapewnić jej bezpieczeństwo, zrywa z nią kontakt.

Któregoś dnia podczas łapanki wpada i trafia na Pawiak. W wagonie, zmierzającym do Majdanka poznaje ciężarną dziewczynę, wraz z nią  i dwoma innymi kobietami udaje im się uciec.

Wraca do Warszawy pieszo.
Tam otrzymuje kolejne zadania, m.in. ukrywanie żydowskich chłopców. Często zmienia tożsamość i mieszkania. Zaczyna zabijać. Sama wspomina, że nie jest z tych, które się patyczkują. Gdy jej chłopak został postrzelony, po prostu poszła i zastrzeliła tego, który za to odpowiadał.
Nie dziwi mnie to, podziwiam jednak jej odwagę i opanowanie.. Zwłaszcza opanowanie.

Swoją odwagą wprawia wielu młodych chłopaków w osłupienie. Jest szybka, sprytna, inteligentna, ma świetną pamięć i orientację w terenie.
Któregoś dnia przeprowadza dowództwo armii kanałami, m.in. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Nie robią na niej wrażenia szczury, nie rozumie dlaczego ludzie gubią się w kanałach, dla niej kanały i ich topografia to nic trudnego.

W 1945 Magda otrzymuje propozycję studiów na uniwersytecie, ale odrzuca ją ze względu na Romka, już oficjalnie swojego narzeczonego. Po postrzeleniu jego ręka nadal jest w stanie nieciekawym.
Poza tym Magda nie wie co z jej ojcem. Poznaje kogoś, kto przez kogoś innego zna jej tatę. Wraz z tą osobą udaje się do Włoch.
We Włoszech poznaje generała Andersa i pułkownika Dzwonkowskiego, prosi ich o pomoc w ściągnięciu narzeczonego i leczenie jego ręki. Z wdziękiem i uporem załatwia wszystko.
Romek jest operowany, Magdzie w 1946 udaje się odnaleźć ojca.
Wkrótce wspólnie przepływają do Anglii. W 1947 Magda i Romek biorą ślub, niedługo na świecie pojawia się ich syn.

"Jędruś rodził się trzy doby, był wielki, a ja marzyłam o dziewczynce"

Oh, jak ja ją rozumiem. Świetnie rozumiem pragnienie o pojawieniu się na świecie córeczki. I już niejednokrotnie nieźle mi się za to oberwało, na zasadzie "co Ty możesz wiedzieć, ważne, żeby zdrowe było, a nie wielkie marzenia i nadzieje, żeby to tylko dziewczynka była"

Wiadomo, że każdy marzy o zdrowym dziecku, to podstawa. Co nie zmienia faktu, że niektórzy pragną zdrowej dziewczynki :)

Magdy marzenie o córeczce nigdy się nie spełnia. W 1951 rodzi drugiego chłopca, cztery lata później Romek zostawia rodzinę.

Wcześniej Magda stwierdza, że ona może zrezygnować ze studiów, ale Romek koniecznie musi studiować.

Kurcze, skąd w kobietach takie poświęcenie dla ukochanego faceta ?
Mijają lata, całe wieki, a kobiety cały czas rezygnują ze swoich marzeń, aby tylko mężczyzna był szczęśliwy.
Też wpadłam w tą pułapkę; jeśli ktoś chce wiedzieć dlaczego, to niestety nie odpowiem. Mogę jedynie odesłać do pierwszych wpisów na tym blogu, choć wstyd mi strasznie za swoją głupotę.

"Uznałam, że Romek, taki zdolny, niech studiuje, a ja dorobię jakąś pracą. I poszedł, idiota, do college'u , zamiast na uniwersytet. I został kreślarzem".

Magda pracuje dużo i ciężko, by finansowo ogarnąć życie. Ma problemy ze zdrowiem, chorują także chłopcy. Nie jest jej łatwo, na szczęście może liczyć na pomoc ojca.
Z czasem poznaje swojego drugiego męża, Krzysztofa Gużkowskiego, z nim w latach 70-tych wraca do Polski.

W kraju zajmuje się terapią dzieci autystycznych, prowadzi z mężem obozy rehabilitacyjne, pisze książki. W domu Magdy powstaje Polska Akcja Humanitarna.

Magdalena Grodzka-Gużkowska zd. Rusinek (7.01.1925 - 6.01.2014).

https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/magdalena-rusinek,38455.html#1


Wszystkie cytaty pochodzą z książki Łukasza Modelskiego pt. "Dziewczyny wojenne" z rozdziału
nr 2 "Magda Rusinek. Po poręczy".

Historia Magdy mocno mnie poruszyła. Mam świadomość, że kiedyś ludzie byli mocniejsi psychiczni, że czasy, w jakich przyszło im żyć, nauczyły ich hartu ducha, jednak odwaga i inteligencja Magdy zasługują na szczególne upamiętnienie.

Przeczuwam oczywiście, że ten post nie będzie cieszył się wielką popularnością, ale mimo wszystko warto pisać o takich kobietach jak Magda.
Nawet jeśli historię tej niezwykłej dziewczyny dzięki mojemu wpisowi pozna zaledwie 100 czytających, a zainteresuje się nią 5 - i tak warto.

środa, 23 maja 2018

Małe miasteczka nie tylko według Andrzeja Bursy




"Boże jaki miły wieczór        
tyle wódki tyle piwa
a potem plątanina
w kulisach tego raju
między pluszową kotarą
a kuchnią za kratą
czułem jak wyzwalam się
od zbędnego nadmiaru energii
w którą wyposażyła mnie młodość
możliwe
że mógłbym użyć jej inaczej
np. napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek

ale
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka"


"Sobota" Andrzej Bursa



O małych miasteczkach trochę wiem, wychowałam się w jednym takim około 10-tysięcznym. 
I choć dziś potrafię dostrzec i wady i zalety mniejszych miejscowości, w czasach nastoletnich marzyłam, by jak najszybciej wyrwać się do Poznania. Z jednego podstawowego powodu, który brzmiał: anonimowość. 
Miałam dość miasteczka, w którym każdy każdego zna.  Chociaż chyba nawet nie to było najgorsze. 
Znieść nie mogłam świadomości, że tutaj każdy o każdym wszystko wie. A jak nie wie, to sobie dopowie. I puści plotki w świat. 

Nie znoszę plotek, nie interesuje mnie życie sąsiadów. Mam gdzieś kto z kim, kiedy i po co. 
Naprawdę - do dziś nie potrafię zrozumieć co jest takiego pasjonującego w plotkowaniu. 
Czy nie przyjemniej wsadzić nos w książkę niż do czyjegoś życia ? 

Marzyłam o liceum w większym mieście, w którym mogłabym poczuć się anonimowa. 
Nawet nie rozważałam innej opcji, o ogólniaku gdzieś bliżej domu słyszeć nie chciałam. 
I nigdy nie narzekałam, że muszę wstawać o 6, by na 7 30 dotrzeć do szkoły. Nie przeszkadzało mi to. Nigdy.

Potrzebowałam wolności, odcięcia się od małomiasteczkowości. Małe miasta potrafią wykończyć. Wszystko-o-wszystkich-wiedzyzm mnie dobijał. Od dziecka nie przejawiałam zainteresowania życiem innych ludzi, kompletnie mnie nie obchodziło kto z kim się hajtnął, kto rozwiódł, komu urodziło się dziecko i które to już. Zawsze miałam swój wewnętrzny bogaty świat, w którym czułam się świetnie. Pisałam pamiętniki, dzienniki, opowiadania, sporo czytałam i nie potrzebowałam wokół siebie ogromnej ilości osób. Pewnie już urodziłam się introwertyczką, choć w dzieciństwie nie wiedziałam, że takie pojęcie w ogóle istnieje. 

Małe miasteczko z mentalnością "wszystko mnie interesuje, a najbardziej co u sąsiadów się dzieje" kłóciło się z moim "a co mnie to właściwie obchodzi ?". Męczyły mnie pytania choćby cioci o to, co się u mnie w klasie dzieje, kto z kim się lubi, a kto nie lubi itp., mnie to po prostu nie obchodziło. 

Irytowało mnie, że gdy kupowałam w kiosku gazetę, kioskarka odpowiadała, że przecież moja mama kupi ten tytuł między 8 00 a 8 30.
Byłam wściekła, że ktoś komentował: "o ta mała blondynka to jest od tych, a ta ciemnowłosa od tamtych z ulicy tej i tej". Nie czułam się "tamtą ciemnowłosą od tamtych", już wtedy budził się mój dziecięcy jeszcze indywidualizm. 
Uciekałam od plotkujących, nie chciałam słuchać co się w miasteczku dzieje. W dupie to miałam. 

Niewiele się zmieniło.  Nadal mam swój świat, nadal nie obchodzi mnie codzienność moich koleżanek i kolegów ze szczenięcych lat. Jeśli utrzymuję z kimś kontakt, wiem co u tej osoby słychać. 
Jeśli z jakiegoś powodu kontaktu brak, brak też zainteresowania życiem tejże osoby. 

W małych miasteczkach życie toczy się innym rytmem niż w stolicach, chociażby województw. 
Nie można w nich liczyć na rozrywki, jakich pragną nastolatki. Nie ma kin, teatrów, fajnych knajpek czy urokliwych kawiarenek. Jak jest knajpa, to występuje w liczbie pojedynczej i z reguły przesiadują w niej podpici "wujkowie". Jeśli zdarzy się dyskoteka, często szybko przeobraża się w spelunę, w której śliniący się podstarzali i brzuchaci panowie lustrują skąpo odziane licealistki. O kinie pomarzyć sobie można. W snach jedynie.
Takie były moje doświadczenia. O ile barów i dyskotek do szczęścia nie potrzebowałam, o tyle za filmem w klimatycznym kinie czasem zatęskniłam. 
Kawiarenki, kina, teatry, festiwale, anonimowość (znowu !) i wiele innych rzeczy odnalazłam w najbliższym większym mieście - Poznaniu.

 
Andrzej Bursa pewnie też miał swoje powody, które sprawiły, że w dupie miał małe miasteczka.
Znienawidzona praca, od której uciekał w poezję być może przyczyniła się do powstania tegoż wiersza. Może w wolną sobotę miał w planie napisać reportaż o jakimś mniejszym mieście, w końcu takowych reportaży trochę się w swoim krótkim życiu napisał. Co nie znaczy, że lubił taką pisaninę ..


Poezję Bursy poznałam będąc nastolatką i ten wiersz utkwił mi w pamięci najbardziej. 
Oh, jak ja od zawsze nie znosiłam mentalności niewielkich miast..  
Dalej nie trawię plotkarstwa i wtykania nosa w cudze sprawy. Jest tyle fascynujących spraw, którym można poświęcić czas zamiast interesować się co Kasia powiedziała Piotrowi na temat tej młodej z ulicy X, która ma dziecko z tym od tych, no wiesz, od tych, którzy przeprowadzili się tu w latach 60-tych.... 

Jestem na takim etapie w życiu, że lubię wypośrodkowanie w wielu dziedzinach. Doceniam więc i to, co mniejsze miasta oferują: ciszę, spokój, zieleń, bliskość lasu, możliwość wyjścia z domu i po krótkim czasie znalezienie się na łące. Małomiasteczkowej mentalności nadal jednak mówię wyraźne  n i e. 

środa, 16 maja 2018

Jedziemy BlaBlaCarem. Spontanicznie, erotycznie, sztywniacko i zawadiacko

Czy stopowiczka zamieniła spontaniczne stopowanie na zaplanowanego blablacara ?
Tak i nie.
Jako, że stopem nie podróżuję sama,  a ostatnio głównie tak się przemieszczam po kraju, decyduję się na bla bla cara. Wolę wybrać się w trasę autem niż pociągiem z przesiadkami.
(Trasa kolejowa Poznań-Warszawa w dłuższym remoncie,  Poznań-Kraków z wydłużonym czasem jazdy).

Z blablacarem różnie bywa, wszystko zależy na kogo się trafi, ale mimo wszystko nawet dziwaczny kierowca brzmi lepiej niż 8 godzin w zdezelowanym, dusznym PKSie czy na korytarzu w PKP.

Oto moje niektóre blablacarowe historie:

1. Poznań-Warszawa: dzień przed wyjazdem kierowca odwołuje nam (tym razem nie jadę sama) podróż. Jest na tyle kulturalny, że dzwoni i przeprasza, tłumacząc, że niestety może zabrać tylko jedno z nas, bo na drugie miejsce musi wziąć kolegę z pracy.
Ma tak przyjemny głos, że aż mi żal, że musimy szukać innego przejazdu.
Znajdujemy inny, z małżeństwem w średnim wieku jedzie się bardzo fajnie. Jedyny minus stanowi fakt, że zostawiają nas na jakimś warszawskim odpowiedniku Franowa (Franowo = dość oddalona od centrum dzielnica Poznania, tzw. poznański koniec świata).

2. Zakopane-Poznań: znajomi wracają późnopopołudniowym busem, ja muszę jednak wrócić do Poznania tego samego dnia max do 22/23.  Decyduję się na blabla, nie znajdując połączenia Zakopane-Poznań, rezerwuję odcinek Zakopane-Wrocław. (co zabawne, kierowca jedzie dokładnie do Poznania, ale Wrocław-Poznań ma już zajęty).
Umawiamy się na drugim końcu Krupówek, nie ma możliwości, aby mnie zgarnąć z innego miejsca. Idę więc ze swoim big-plecakiem, oczywiście idę dłużej niż myślałam, spóźniając się pewnie 10 minut. Przepraszam za spóźnienie, partnerka kierowcy patrzy na mnie podejrzliwie. Uauaua, ciekawe jak się pojedzie...
Jadę z parą trochę starszą od siebie i ich maleńką, kilkumiesięczną córeczką Mają.
Dziewczyna na dzień dobry częstuje mnie pytaniem, które słyszę tak często, że już przestało robić na mnie wrażenie. "A Ty się tak nie boisz ? Dziewczyna, sama, jedziesz nie wiesz z kim..".
No nie boję się, wierzę w ludzi.
Po chwili nieufności atmosfera robi się sympatyczna, siedzę z przodu z Patrykiem, który opowiada mi o Chorwacji. Jego żona z maleństwem siedzi z tyłu i po jakimś czasie widzę, że wzbudziłam jej zaufanie.
Zajeżdżamy do Wadowic na słynne papieskie kremówki, chwilę spacerujemy po mieście i ruszamy dalej. W międzyczasie ktoś odwołuje im rezerwację Wrocław-Poznań, z czego cieszą się i oni i ja. Oznacza to tyle, że jedziemy razem dalej, do Poznania. Przed Poznaniem malutka Maja okazuje swoje zniecierpliwienie i zaczyna płakać, więc robimy parę przerw gdzie się da. Czas goni kierowcę, który tego dnia idzie do pracy na nockę, a maleństwo dalej jest niespokojne.
Ostatecznie mamy lekki poślizg, proszę Patryka, by podrzucił mnie gdziekolwiek w Poznaniu i po prostu poszedł się jeszcze chwilę przespać przed pracą. Nie ma znaczenia, czy gdziekolwiek będzie Dębcem czy Górczynem, ale oni stwierdzają, że z Dębca będę miała bliżej i tam kończę podróż.
Najprzyjemniejszą z blablacarowych podróży.
Czasami mnie kusi, by napisać do nich smsa z wiadomością, że trasa z nimi była najfajniejszą jaką jechałam.
Gdyby nie praca Patryka, była opcja, żebyśmy porobili więcej przerw i pozwiedzali jeszcze coś po drodze. 

3. Wrocław-Poznań: Jadę busem z Krakowa do Wrocławia, by we Wrocławiu przesiąść się na pociąg. Opóźnienie busa wciąż wzrasta, wzmożony ruch i kolejki przed autostradą uświadamiają mi, że może na jakiś pociąg to i zdążę, ale na pewno nie na ten, na który zamierzałam. Sprawdzam bla bla cara, rezerwuję natychmiast, nie sprawdzając niczego. Dopiero we Wrocławiu sprawdzam z kim pojadę: hmm, bardzo młody chłopak, bmw, żadnych opinii. No ciekawie.
Czuję dreszcz niepewności, zastanawiam się czy aby na pewno nie poszukać jakiegoś późniejszego pociągu. Ale w sumie... nie chce mi się.
Podróż z młodziutkim Marcinem mija przyjemnie, wysiadam nieopodal domu, a na pożegnanie słyszę, że jakbym nadal myślała o skoku ze spadochronem, mam się do niego odezwać.

4. Poznań-Kraków: Rezerwuję jedyny dostępny kolejnego dnia przejazd. Trochę drogi jak na tą trasę, ale wyboru nie ma. Dzwonię do kierowcy, aby zapytać czy możemy wyjechać 10 minut później niż podał na stronie, ułatwiłoby mi to dojazd. Zwracam się do niego per ty, odpowiada mi tak samo, ale już w jego głosie wyczuwam coś, co mi nie pasuje. Wyczuwam dystans. I sztywność.
Za jakiś czas chłopak oddzwania do mnie z wiadomością, że ok, wyjedźmy 15 minut później i spotkajmy się na Dworcu Zachodnim, stamtąd też zgarnie pozostałych dwóch pasażerów.
Tym razem mówi do mnie na pani, wrażenie sztywniactwa nie mija. Przeczuwam, że to nie będzie fajna trasa. Następnego dnia dzwoni do mnie z zapytaniem gdzie jestem, bo on na dworcu. Nie widzę go, siedzę na ławce przy wejściu, widok mam dobry. Aha, pomyliło mu się, bo zajechał na Dworzec Główny. Wczoraj sam prosił o podjechanie na Zachodni, ale zapomniał. Spoko, ja też bywam roztargniona.
Podjeżdża, wita się ze mną i dwójką innych pasażerów "dzień dobry", wrażenie dystansu wzrasta.
Kierowcą jest świetnym, trzeba przyznać, a w Krakowie nawet odbija, by podrzucić mnie na Rondo Grunwaldzkie. Rozmówcą żadnym, poza grzecznościowym pytaniem dokąd jedziemy, zlewa nas całą drogę, czasami tylko w lusterku widzę jego badające spojrzenie. Chłopak, siedzący z przodu na siedzeniu pasażera zaczyna go zagadywać, ale idzie mu słabo. Ja zadziornie olewam go tak jak on nas.  Włączam sobie opcję 'uprzejmy dystans. ' Nawet pasuje mi siedzenie z tyłu i święty spokój, nie chce mi się z nim rozmawiać, w ogóle nie chce mi się dzisiaj mówić.
Im bliżej Krakowa, tym bardziej kierowca wydaje się być nami zaciekawiony. Niecałą godzinę przed moim ulubionym polskim miastem ni stąd ni zowąd robi się rozmowny. Rzucam mu spojrzenie pt. "teraz to się bujaj koleś", ale chłodno odpowiadam na jego pytania. Zwracam się do niego takim samym tonem jak on do mnie przez telefon. Gdy tankujemy, drugi pasażer odwraca się do nas i stwierdza 'dziwny on jakiś jest'. No jest.
Na pożegnanie wyskakuje z auta jak poparzony, wyciąga mój bagaż, patrzy mi w oczy i pyta "Wszystko w porządku ? Dobrze się jechało? Wystawiasz mi opinię?". Ooooo, to teraz znów jesteśmy na ty ? :)

Tak - odpowiadam - wszystko ok. Dziękuję.
Bo w sumie wszystko ok, dojechałam szybko i bezpiecznie, podrzucił mnie bliżej niż miało być, prowadził bez zarzutów, nawet wyjechał z Poznania ze względu na mnie mnie trochę później i odebrał nas z dworca, a nie z okolic os. Kopernika jak pierwotnie miało być.
A że był jaki był, nieważne. Bla bla car to nie koncert życzeń :)
Może on nawet był w porządku, tylko podchodzi do obcych z wielkim dystansem i tyle. Nadawaliśmy jednak na skrajnie rożnych falach.

Za jakiś czas czytam opinię jaką mi wystawił na bla bla.. i zaczynam się śmiać. "Przyjemna podróż, sympatyczna i rozmowna dziewczyna".
 Rozmowna ?
Hahaha, a skąd on to wie ?

 Jak czekałam na tego chłopaka na Dworcu Zachodnim podszedł do mnie bezdomny. Ale nie taki pierwszy z brzegu, najzwyklejszy w świecie.  Ja przyciągam raczej bardziej zakręconych ludzi. Siedzę sobie na ławce i mrużę oczy w słońcu gdy zbliża się do mnie Pan Brodaty, pytając czy poratuję groszem. No nie poratuję.
- Jak to nie ?
- No nie
- A wygląda pani tak bogato
 - Tak ?  Naprawdę ? - przyglądam się swoim zwykłym czarnym spodniom, białej koszulce z jakimś nadrukiem w zebrę i sweterkowi w groszki, który też wygląda niezwykle zwyczajnie

Pan odchodzi na chwilę, zaczepia innych nielicznych pasażerów, po chwili wraca jednak do mnie.

- A dokąd pani jedzie ?
- Do Krakowa (a potem jeszcze trochę dalej, ale nie zagłębiam go w szczegóły)
- Niech pani nie jedzie, mówię, niech pani zrezygnuje i wróci do domu
- Ale dlaczego ?
- Królowa Elżbieta w swoim życiu tylko raz odwiedza dane państwo. Niech się pani od niej uczy. Proszę zawrócić do domu
- Nie mogę, umówiłam się
- Mówię pani: będzie pani żałować, proszę zawrócić do domu
- Ale nie mogę
- A Immanuel Kant w swoim życiu nie podróżował, nie jeździł niewiadomo gdzie i po co. I wie pani, on dożył 80 lat. Z niego niech pani weźmie przykład
Będzie pani żałować - rzuca i odchodzi ...



5. Kraków-Poznań czyli podróż, bohater tego wpisu
Rezerwuję najpóźniejszego blabla.... jakiego tylko mogę, żeby jak najdłużej móc poszwędać się po Krakowie. Uwielbiam to artystyczne miasto z całą jego otoczką. Nawet dzikie tłumy turystów mi aż tak nie przeszkadzają. Pokochałam Kraków wiele lat temu, dobrze się w nim czuję w odróżnieniu od np. Warszawy, która jako miasto na dłuższą metę mnie męczy.
Rezerwuję i potwierdzam godzinę, wszystko ok. A za parę godzin zaczyna się smsmowanie.. Najpierw sms czy nie mam nic przeciwko jak wyjedziemy o godzinkę później, potem, że jednak o godzinki pół. Za chwilę, że jednak o całą. Ok, za chwilę dostaję kolejnego smsa z adresem spod jakiego wyjedziemy. No super, tylko specjalnie zdecydowałam się na tego bla bla, żeby 1. wyjechać późno 2. wyjechać spod dworca PKP i nie tachać bagażu po mieście
Kolejna wiadomość: jednak o pół godziny później.
Cholera, nie po to zostawałam na parę godzin w Krakowie, żeby z nim smsy pisać :/
Nie tak się umawialiśmy, ale mogę podjechać jak mu bardzo zależy.

Ok,  chwilę przed umówioną godziną, telefon, że on się jednak spóźni. Hmm, niespecjalnie mnie to dziwi. Jakby napisał, że jednak wraca za trzy godziny czy jutro, też nie zrobiłoby to na mnie wrażenia.


Przychodzą, tj. on i jego dziewczyna. Ooo, od razu widać, że luzak totalny. Rzuca "no siemka", ze spokojem ładuje bagaż mój i Marty, drugiej współpasażerki, upychając je pomiędzy ich górskie plecaki.
O jaaa,  byli w górach z plecakami, wędrując od schroniska do schroniska.
Wzdycham bezgłośno i smutno, bo obecnie mam lekarski zakaz wielogodzinnych wędrówek z obciążeniem na plecach.

Gdy chłopak tankuje, jego partnerka opowiada, że jednego dnia zrobili trasę 13-godzinną z ciężarem na plecach. Uauaua, ostro. Na moje pytanie czy często takie hardcorowe trasy wybierają, odpowiada ze znaczącym uśmiechem, że to ich pierwszy wspólny wyjazd w góry. Aa, no tak :)
Później kierowca włącza muzykę na tyle głośno, że z tyłu nie słychać ich rozmów i zaczynają zajmować się sobą.
Aha, ok, to mamy płatną taksówkę do Poznania. Spoko. Pasuje mi to, czuję się średnio wyspana i mocno nasycona kilometrami, jakie zaserwowałam sobie w Krakowie.

Po jakimś czasie zaczynam czuć się nieswojo w aucie, łapię też pytające spojrzenia drugiej pasażerki.
Chłopak prowadzi rewelacyjnie, nie łamiąc żadnych przepisów. Nigdy nawet  nie wyprzedza na linii ciągłej.. Pewnie każdemu zdarzyło się olać linie ciągłe (?) :P

Za to jego dziewczyna nie bacząc na naszą obecność głaszcze go namiętnie, całuje w kark, masuje mu ucho, jeździ dłonią po jego kolanie i udzie.
Nie ma gdzie uciec wzrokiem, odczuwam lekkie zażenowanie. Nawet nie jej zachowaniem, tylko swoją obecnością. Kurcze, czy aby zabieranie pasażerów na tą trasę na pewno było dobrym pomysłem ? Czy hajs zawsze musi się zgadzać ?

Dziewczyna prawie całą trasę częstuje go taką czułością, jaką mogłaby zostawić na chwile gdy zostaną już sami...
Masowanie ucha trwa długo, to już nie jest zwykłe głaskanie .. Gładzenie policzka to kolejne minutki w liczbie pewnie bliższej 20 niż 5. Określenie blablacarowa gra przedwstępna byłoby trafniejszym określeniem. I ja naprawdę nie mam nic przeciwko, tylko czuję się nieswojo w tym aucie. Czuję się jakbym swoją obecnością wchodziła w czyjąś intymność, a tego nie mam w zwyczaju.
Robi się gorąco, ale ona chyba ma świadomość, że my też z nimi jedziemy. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo pewnie gdyby nie my już dawno włożyłaby mu rękę w spodnie, już było całkiem blisko.

Przed Poznaniem - gdy chcę go zapytać czy aby na pewno dojedziemy przed 23 30, tak abym zdążyła na ostatni dzienny autobus, czekam na odpowiedni moment na zadanie pytania.  Nie chcę przeszkadzać, po prostu.

Czas goni, chłopak przyspiesza. Obiecuje, że jeśli nie zdążę, podrzuci mnie na któryś z kolejnych przystanków. Zdążyłam, mam nadzieję, że nie przyślą mu jakiegoś mandatu, bo był naprawdę sympatycznym luzakiem. I szczerze podziwiam go, że mimo tych jednak rozpraszających pieszczot zdołał tak świetnie prowadzić.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Wracasz teraz.

Wracasz
do siebie samej
siebie sprzed lat

Wracasz,
choć nie musisz
i samej sobie banały głosisz


Widzisz ją,
ją - siebie
jak wtedy, w maju,
była wtedy wysoko, może i w niebie


Wracasz, spoglądasz jej naiwnie w oczy,
a jej wnętrze przez bezdroża kroczy
Patrzysz, ona Cię nie widzi,
wybiegasz w przyszłość i wiesz,
że za to dzisiaj
jutro siebie na chwilę znienawidzi

Wracasz do tamtej siebie
kroczącej po nastoletnim niebie

Widzisz ją
jej krótkie włosy
jej radościosmutek bosy
niepewność w oczach
i uśmiech na ust zboczach

Wracasz, podchodzisz bliżej
chcesz być jej jak się da najbliżej
i szepnąć tylko jedno słówko
zniżasz się do jej ucha
a ona śmieje się, potrząsa głową,
nieświadoma, że Twój szept to nie natrętna mucha

Odchodzisz,
żadne słowo nie pada,
na placu rozlega się kolejna ballada
Obserwujesz ją szczęśliwą
nie chcesz być więc kąśliwa


Wracasz do siebie
W środku kołacze się tylko jeden przekaz

Pamiętasz jak kroczyła po nastoletnim niebie
Widzisz jej błogi twarzy wyraz

Wracasz do siebie
Wspominasz jak kroczyła po nastoletnim niebie

W środku kołacze się krótki przekaz,
ale widzisz jej błogi twarzy wyraz ...


i bezgłośnie szepczesz w nicość

Dorośnij.
Dorośnij.
Dorośnij.

Teraz




Na zdjęciu 19-letnia ja. 
Obsmarowana brokatem, z najkrótszymi włosami jakie miałam w dorosłym życiu.

niedziela, 8 kwietnia 2018

SHARE WEEK 2018, czyli blogi, które lubię najbardziej

Rzutem na taśmę pierwszy raz uczestniczę w akcji Andrzeja Tucholskiego, który w 2012 r. zapoczątkował akcję SHARE WEEK, czyli blogerzy polecają blogerów.
Pomysł wypalił, bo co tu kryć, okazał się całkiem spoko. Podobnej akcji w polskiej blogosferze nigdy wcześniej nie było, a jak widać okazała się być potrzebna.

Pisanie bloga dla jednych jest frajdą czy odpoczynkiem od rutyny, dla innych źródłem zarobku, czasem skuteczną próbą wybicia się.
Pewnie jak każdy piszący słyszę czasem pytanie: a Tobie się jeszcze chce pisać ? Po co,  przecież wszystko już było ?

Może i tak, na świecie było już wszystko, oprócz Ciebie i Twojej wrażliwości :)


Przedstawiam i polecam więc moje TOP 3, trzy blogi, które na chwilę obecną są mi najbliższe.

Miejsce 1: ODPOCZYWALNIA

 http://odpoczywalnia.blogspot.com

Czytam blog Pauliny od wielu lat i niezmiennie zachwycam się jej podejściem do życia, macierzyństwa, podróży i codzienności, która na jej blogu nigdy nie jest zwykła.

Polecam go z całego serca. Ta dziewczyna jest niesamowita, bardzo podoba mi się jej styl życia, który nie jest oczywisty. Paulina z mężem i dziećmi korzysta z każdej chwili i sprawia, że nawet pozornie zwykła wycieczka do lasu staje się niezwykłym przeżyciem. Ona wie jak celebrować codzienność, by ta stała się fascynującą przygodą. Jej dzieci z pewnością będą wspominać dzieciństwo jako najwspanialszy czas pełen miłości, radości, górskich wycieczek, spania pod namiotem i eksplorowania świata.

Często mam ochotę pokazać tego bloga wszystkim, którzy twierdzą, że gdy ma się dzieci, to można zapomnieć o swoim poprzednim życiu, pełnym wyjazdów, koncertów, przygód i atrakcji.
Autorka Odpoczywalni udowadnia, że życie z dziećmi nie musi oznaczać rezygnacji z siebie.
Jak się chce, to wszystko można połączyć i nikt na tym nie cierpi.
Podziwiam i polecam :)


2. CODZIENNIE FIT

 https://www.codzienniefit.pl

Marta zaraża pozytywną energią i pokazuje, że można żyć zdrowiej nie zatracając przy tym siebie i nie rezygnując z własnych przyjemności. Pisze ciekawie, z polotem, nie dramatyzuje i udowadnia, że zdrowiej nie oznacza bez sensu i smaku.
Mim młodego wieku Marta ma na swoim koncie już sporo całkiem zasłużonych sukcesów.
Poza pisaniem prowadzi także kanał na Youtubie z zestawami ćwiczeń, które po prostu są fajne. Co istotne - zwraca uwagę na poprawną technikę wykonywania ćwiczeń, co w klubach fitness czy na zajęciach sportowych na uczelniach nie zawsze jest normą.


3. KAROLINA PONZO

 http://www.karolinaponzo.com/pl

Zaczęłam czytać bloga Karoliny, gdy ten nosił jeszcze żartobliwą nazwę PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ, a jego autorka przemierzała Europę z zadziwiająco małym zapasem gotówki, udowadniając przy tym, że podróżowanie nie musi kosztować fortuny.
Karolina opisywała swoje podróże w szczery, ale i często bardzo zabawny sposób, którym zyskała rzesze czytelników. Jej bezpośredniość i trafność spostrzeżeń trafiła i do mnie. 


Zasady SHARE WEEK są jasne: można polecić trzy blogi. I koniec.
Ale wspomnieć poza rankingiem można jeszcze o wielu, co też uczynię w ciągu najbliższych kilku dni. Poniżej wymieniam dziewczyny, do których także zaglądam i które również polecam.


AIFOWY

http://aifowy.blogspot.com

Od Aife wszystko się zaczęło. Cała blogosfera.
Anita jest jak Karkonoska Czarodziejka, w jej pisaniu tkwi magia.
Ona nie tworzy zwykłych zdań, u niej każda linijka tekstu zawiera w sobie niesamowite połączenie wrażliwości z subtelnością.
Czytałam ją od początku bloga Aifowy, zachwycając się doborem słów. Przeczytałam również poprzedniego bloga, obserwując poszukiwanie swojej drogi i rozwój. Jako kobiety, blogerki, ale i artystki.
Dziś - wzięta pani fotograf, mama dwójki maluchów pisze rzadko, ale jak napisze - czapki z głów.

Jeśli kiedyś będę brała ślub, nie wyobrażam sobie na nim innego fotografa niż Anita. Jej wrażliwość rozwaliła mnie  już wiele razy na łopatki, tego się nie da podrobić.




PIERWIASTKI

 http://pierwiastki.com

Blog Marysi odkryłam przez przypadek.
Może po kolei: Marysia jest jedyną z polecanych przeze mnie blogerek, którą widziałam kiedykolwiek na żywo.
Parę lat temu wybrałam się na tzw. spęd, organizowany przez chłopaków z "Paragonu z podróży".
Takie weekendowe spotkanie różnych ludzi z całej Polski. To był marzec i nadmorskie Osłonino.
Pamiętam, że wraz ze swoją ekipą ... smażyłam kurczaka na jedynym dostępnym palniku gdy podeszła do nas jakaś para, pytając czy już kończymy (czy jakoś tak :) ). Kompletnie ich nie pamiętam, jedyne co zapamiętałam to dziewczynę, przedstawiającą się jako Maryśka.
Nie zapamiętałam dokładnie ani twarzy Marysi i jej twarzysza ani tego czy później jeszcze rozmawialiśmy, nic.
Po jakimś czasie osoby, poznane na tym spędzie zaczęły lajkować na FB posty pisane przez Marysię.
Weszłam na nie, trafiłam na bloga "Pierwiastki" i spodobał mi się styl pisania autorki, więc zostałam.
Uważam, że dziewczyna ma naprawdę ogromny talent, trafnie operuje słowami, które brzmią tak jak brzmieć powinny. Czyli świetnie.


MAMA GINEKOLOG

 https://mamaginekolog.pl 

Cenię Nicole za bezpośredniość i sporą wiedzę ginekologiczną, przekazywaną w fajny sposób, bez nadęcia i moralizatorstwa. Ciekawe miejsce w sieci zarówno dla osób planujących ciążę jak i dla rodziców maluszków - pojawia się wiele informacji chociażby nt. zdrowia i pielęgnacji niemowląt.
Poczytamy też np. o ciąży bliźniaczej, której nigdy nie rozpatrywałam w kategoriach medycznych.



RUBY TIMES

 http://rubytimes.pl

Widzieliście kiedyś śniadania Agaty i jej rodziny ? Jeśli nie, warto nadrobić :)
Agata nie tylko zachwyca mistrzowskimi zdjęciami kulinarnymi (i nie tylko), ale tez fajnie pisze. 



MISS FERREIRA

 http://missferreira.pl 

Zaglądam do Sary ze względu na jej lekkość pisania i niesamowity dobór słów.


RIENNAHERA

http://www.riennahera.com

Nie potrafię napisać co mnie przyciąga na bloga Marty. Jej bloga akurat znam najkrócej, zaledwie od paru miesięcy, a zaglądam tam najczęściej gdy jestem smutna lub coś mnie trapi.
Dlaczego ? Nie wiem.



ZORKOWNIA

 http://www.zorkownia.pl

Agnieszka - autorka Zorkowni w zasadzie nie pisze już od paru lat.
Trafiłam do niej kiedyś przez przypadek, ktoś polecał ją na innym blogu. Weszłam, przeczytałam bloga od deski do deski, choć tematyka łatwa nie jest.  (wolontariat w hospicjum)
Dopiero po paru postach zorientowałam się, że Agnieszka opisuje poznańskie hospicjum.
Cóż mogę napisać - polecam, chociaż czytanie o czyjej samotności w umieraniu przyjemne nie jest.

Jeśli znacie jakieś fajne blogi i macie ochotę je polecić np. w komentarzach, chętnie zajrzę.
Równie chętnie poznam blogi ze swojego najbliższego poznańskiego podwórka, aż jestem ich ciekawa :)