sobota, 6 stycznia 2018

Dziwy nad dziwami cz. III, czyli 10-krotna porcja szczerości


1. Kiedyś, będąc w 2 albo w 3 klasie liceum pojechałam do szkoły w dwóch różnych butach.
Pojechałam, przesiedziałam w nich na wielu lekcjach, poszłam na pociąg powrotny.
I siedząc na peronie na dworcu Poznań Garbary, przez przypadek zerknęłam w dół.
Schyliłam się do plecaka, a mój wzrok zatrzymał się na butach.
Ups.. Każdy inny.
Dobrze, że były chociaż podobne, ale jednak różnicę dało się zauważyć.
Może kogoś rozbawiłam chociaż


2. Gdy śpię, muszę być czymś przykryta. Nieważne czy to upalne lato czy mroźna zima, nie prześpię nocy gdy nie mogę przykryć się kołdrą, kocem, kurtką. Czymkolwiek.
Na wyjazdach, w autobusach gdy nie mam ze sobą koca itp., szczelnie otulam się kurtką.
Gdy "otulina" się zsunie, budzę się i mam wrażenie, że jest zimno, najzimniej okrutnie. 


3. Zawsze marzyłam o siostrze. Gdy byłam małą dziewczynką pisałam pocztówki do siostry, którą tak bardzo pragnęłam mieć.
Miała mieć na imię Magda (takie imię mieli przygotowane rodzice dla ewentualnej drugiej córki), a gdy zamiast wymarzonej siostry urodził się mój młodszy brat, nie byłam zachwycona.
Zazdrościłam koleżankom sióstr, babskich rozmów, wyjazdów i przede wszystkim siostrzanej bliskości.


4. Nie mam drugiego imienia. Na bierzmowaniu przyjęłam imię Magdalena.
Patrz: punkt 2 :)
Niespecjalnie interesował mnie rodowód tejże świętej, jeszcze mniej interesował mnie ówczesny trend na przyjmowanie imienia Wiktoria, jakie wybrała przewaga dziewczyn.
Podobało mi się, że "moja" Magdalena wyróżnia się w gąszczu prawie samych Wiktorii.


5. Być może z silnego, niezaspokojonego pragnienia 'posiadania' siostry wynika moje ogromne marzenie, o którym już niejednokrotnie pisałam.
Marzę o córce, a najlepiej od razu o dwóch.
Pochodzę z rodziny, w której od zawsze rodzi się zdecydowanie więcej chłopców. Ba, u mnie w rodzinie nie zdarza się, aby ktoś miał dwie córeczki. Jak urodzi się chociaż jedna, już jest radość.
Ciocia na wieść, że będzie miała upragnioną wnuczkę, szalała z radości i otwierała szampana.
Trudno się dziwić, skoro calutkie życie spędziła najpierw otoczona dwoma braćmi, a później dwoma synami.


 6. Uwielbiam imię Alicja.
Żadne inne imię nie podoba mi się aż tak bardzo. Sama nie wiem dlaczego akurat Alicję tak lubię; uważam, że jej brzmienie jest przepiękne. Może to zbitka liter "cj" połączona z samogłoską "a", nie wiem.
Jakbym była Alicją, używałabym tylko i wyłącznie pełnej formy imienia.


7. Silnie oddziałują na mnie kolory. Przede wszystkim mocne. Zwłaszcza czerwony i żółty.


8. Rozwala mnie wokal  Igora Herbuta z zespołu "LemON" i chociaż teksty zespołu nie zawsze do mnie trafiają (może za stara już jestem ?), uważam, że jego głos zawiera tyle emocji, że mógłby nimi obdzielić wiele osób.
Niesamowite, że można być facetem i śpiewać z tak wielką dozą emocji.
Jego wrażliwość jest nie do podrobienia. 
 "Against All Odds" w jego wykonaniu to mistrzostwo. Hey-owski "List" również.


9.  Jakiś czas temu miałam paromiesięczny zakaz jedzenia orzechów. Ze względu na nasilającą się alergię (na brzozę, olchę i leszczynę) od ok. marca do ok. września nie mogłam ich ruszyć. To tzw. alergia krzyżowa, orzechy mogłyby nasilić alergię na pyłki.
Myślałam, że gdy orzechowy szlaban minie, wreszcie bezkarnie będę mogła je chrupać.
Nic z tego, orzechy po prostu przestały mi smakować..

10. Nie przepadam za zakupami przez internet.
Lubię dotknąć (materiał), powąchać (herbatę, książki), podotykać sobie i zobaczyć czy coś mi pasuje.
Czasem np. sweterek, który na zdjęciu prezentuje się ekstra,  po rozpakowaniu paczki okazuje się niemiły w dotyku, szorstki, nieładny i w ogóle ble.
Ja ogólnie lubię zobaczyć coś na żywo, nie przez monitor komputera. 
Ostatnio trzykrotnie miałam też przeboje z przesyłkami, co tylko pogłębiło moją niechęć.
Najpierw list utknął na poczcie i leżakował tam tydzień.
Następnie moja przesyłka wylądowała u sąsiada.
A przedwczoraj nie mogłam odebrać paczki z paczkomatu z powodu jego przepełnienia, więc musiałam popylać po nią do sklepu, z którym mi nie po drodze.
Gdy ją odebrałam i rozpakowałam, okazało się, że wszystko jest super, tylko zapomniano odczepić klips zabezpieczający. Wrr... A celowo zdecydowałam się na zakup w sklepie internetowym (wcześniej mierzonego stacjonarnie towaru), bo mi się nie chciało po sklepach chodzić. Nachodziłam się podwójnie - po paczkę i do sklepu w celu odpięcia klipsa.

piątek, 5 stycznia 2018

Pani Ewa. Siła, jaką ona w sobie ma.

Pani Ewa zna mnie od czasu, gdy byłam małym berbeciem.
To znajoma mojego taty poznana przez pracę. Dziś bliska przyjaciółka mojej rodziny.

Kobieta, która jest przykładem jak po ciężkich przeżyciach zachować optymizm i radość życia.

Jej życie usłane słodyczą nie było. Przeciwnie, od dziecka rzucano jej kłody pod dziecięce jeszcze nóżki.
Miała 4 latka, gdy zmarła jej mama. Zaledwie 26-letnia.
Jej siostra miała jeszcze mniej, chyba pół roku czy jakoś tak.

Ojciec został sam z dwoma małymi córeczkami. Nie były to jednak czasy, w jakich obecnie żyjemy my.
Dziś gdy ojcowie kąpią, przewijają, usypiają, karmią dzieci i wstają do nich w nocy, tylko czasy, w których od dzieci była matka, a ojciec zarabiał. I najczęściej poza krótką zabawą potomstwu czasu nie poświęcał, bo to wtedy niemęskie się wydawało.

Ojciec pani Ewy po jakimś czasie ponownie się ożenił. Mała Ewa i jej młodsza siostra zyskały więc macochę, a za jakiś czas przyrodnią siostrzyczkę.

Macocha najbardziej kochała swoją rodzoną córkę, a pozostałe dwie dziewczyny pewnie trochę mniej. One były starsze i miały więcej obowiązków.
I tak jak one musiały pomagać w domu, tak najmłodsza, rozpieszczona dziewczynka żyła bardziej beztrosko.
Czy pani Ewa ma dziś o to do macochy żal ? Trochę tak, ale czuje i wdzięczność za wychowanie.

Ojciec zmarł nagle w wieku chyba 56 lat. Albo mniej, nie pamiętam.
Serce.
Pojechał do miasta załatwiać szkołę dla najmłodszej córki. Nie wrócił już żywy.

Mała Ewa opuściła dom rodzinny w wieku 12 lat, udając się do szkoły z internatem.
I pewnie mniej więcej w tym czasie poczuła, że musi stać się niezależna.
Albo inaczej: zależna najlepiej od siebie samej.

Szybko się usamodzielniła i zaczęła troszczyć sama o siebie.
Praca, znajomi, przyjaciele; wszystko co ma zawdzięcza sobie.

Nigdy nie wyszła za mąż, choć wielokrotnie miała ku temu okazję.
Dziś żartuje, że gdyby wzięła ślub, byłaby już pięciokrotną wdową.  Wszyscy jej absztyfikanci leżą w grobach, a ona z uśmiechem mówi, że to nie przez nią.

Pani Ewa parę lat temu pochowała już młodszą, biologiczną siostrę. Zmarła ona na raka trzustki, a bohaterka posta troszczy się o jej osieroconą, jedyną córkę i wnuka.
Mimo, że małżeństwo siostry uważała za pomyłkę jej życia, a dziwacznego szwagra nie darzyła sympatią. Wielokrotnie o nim opowiadała, np. o tym jak rzeczony szwagier postanowił sobie wyjść ze szpitala, tj. uciec i wyszedł w białych, szpitalnych ciuchach. W tych ubraniach przejechał tramwajem przez pół miasta, wyglądając jak uciekinier z zakładu zamkniętego.

Pamiętam jak przeżywała odejście siostry, paliła wtedy jak smok.
Podniosła się z tej straty.

Dziś, będąc po 70-tce, pani Ewa postanowiła na poważnie zająć się stanem (nie)zdrowia swojej macochy. Niezadowolona ze zbyt luzackiego podejścia do sprawy przyrodniej siostry wzięły sprawy w swe ręce.
Wykorzystując urlopy i opiekę (tak, tak, ona cały czas pracuje zawodowo) stara się zapewnić swojej drugiej mamie jak najlepsze warunki po przebytej operacji.

Mimo mikrourazów z dzieciństwa, to właśnie ona okazała się osobą, która najbardziej przejęła się zdrowiem macochy. 

A macocha..
Całe życie chuchając i dmuchając na jedyną, biologiczną córkę, na starość pomocną dłoń przyjmuje od nierodzonej, silnej i niezależnej córki.

Zahartowana przez życie pani Ewa nauczyła się, że najlepiej liczyć zawsze na siebie.
I iść przed siebie, z uśmiechem, bez narzekania, bo ono nic nie daje.

Jej radość świata rozbraja.
Przebywanie w jej towarzystwie jest przyjemnością - mimo ciężkiego życia zachowała w sobie ogromne pokłady optymizmu, ciepła, uśmiechu.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

"Mustang". Film, który przewierca duszę.



Jeśli w styczniu 2018 piszę o filmie, obejrzanym w kwietniu 2016, znaczy to najczęściej jedno - film musiał być więcej niż dobry. Albo niezwykle emocjonalny, bo takie przemawiają do mnie najbardziej.

"Mustang" pozostaje w pamięci na długo, a po wyjściu z kina słychać jedynie ciszę.. Cisza przy opuszczaniu sali, cisza przy wyjściu z budynku kina.

Milczenie lepiej obrazuje uczucia po seansie niż jakiekolwiek słowa.

Turecka wioska, czasy współczesne.
5 sióstr wychowywanych przez babcię i wujka ma mówiąc wprost, przerąbane.
Młodziutkie dziewczyny są zdane na łaskę i niełaskę  żyjącej w innych czasach starszej, konserwatywnej kobiety i wuja, którego sumienie raczej nie jest czyste. 
Bez rodziców i bez jakiegokolwiek wsparcia muszą stawiać czoła niezbyt normalnym dla ich wieku sytuacjom.

Niewinne zabawy w wodzie po zakończonym roku szkolnym stają się początkiem końca ich beztroski. Naprawdę szokujące jest oglądanie na ekranie jak ludzie radosną zabawę nastolatek traktują jako obrazę majestatu.
Niesamowity klimat niby nowoczesnych czasów kontrastuje ze sposobem myślenia starszych mieszkańców wioski, co smutniejsze: kobiety kobietom czasem potrafią zgotować straszny los.

Dziewczyny, które dotąd żyły w umiarkowanie swobodnej atmosferze, z dnia na dzień zostają zamknięte w ciasnej klatce pokoju i ograniczeń ludzkich.
Bikini i krótkie szorty są zmuszone zamienić na niekobiece, bure łachy, a falujące na wietrze włosy upinać w warkocze.  W ich oknach pojawiają się kraty.

Co gorsza, babcia postanawia jak najszybciej wydać je za mąż. Wszystkie po kolei. Żeby przed śmiercią zobaczyć jeszcze ich szczęście,  czytaj: żeby mieć je z głowy.
Najstarsza z dziewczyn nie jest jeszcze w tak tragicznej sytuacji jak siostry nr 2 i 3.
Babka pozwala jej poślubić chłopaka, z którym się spotyka. Niby wszystko ok, tylko jaką ta młoda dziewczyna może mieć pewność, że nastoletnie uczucie przetrwa całe życie ?
Ciężko nam, wychowanym w wolnym kraju, zrozumieć zniewolenie kobiet z krajów muzułmańskich.
Przykro ogląda się tragedię tych młodziutkich, walczących o swoją wolność i godność dziewczyn.

One nie mają wyboru.
Najprościej byłoby uciec. Jeśli ma się dokąd.
Rodzice nastolatek najprawdopodobniej nie żyją, o innych krewnych w filmie nie ma mowy.
Wydaje mi się, że nawet jakby miały gdzieś jeszcze jakąś rodzinę, niewiele by to zmieniło.
Potrzeba czasu, by pokonać bariery tkwiące w ludzkich głowach.
Bycie kobietą w tamtym świecie oznacza przegranie losu na loterii.

Najmłodsza siostra, Lale jest nad wyraz bystra i nieustraszona. 
Dziewczynka o charakterze "nie dam się wam" jako jedyna walczy do końca. Mocny charakter nie daje się stłamsić, Lale widząc co się święci, wszczyna bunt. 
Jej starsze siostry nie mają tyle siły i samozaparcia. Na początku buntują się, ale z czasem ich zbyt słaby upór zostaje złamany. Niestety...
Lale jako tytułowy mustang, uparta jak osioł, pełna życia i wiary buntowniczka, ratuje tyle ile zdoła, czyli siebie i jedną z sióstr.
Jako jedyna stawia się porządnie, nie ma oporów, by zjechać nadgorliwą sąsiadkę czy napluć do herbaty tym, którzy zagrażają jej rodzeństwu. Lale konwenanse ma gdzieś.
Uwielbiam takich ludzi.

Druga z sióstr zostaje zmuszona do małżeństwa z chłopakiem, do którego widać, że jedyne co czuje, to niechęć.
Teściów też ma niczego sobie. Gdy po nocy poślubnej ląduje w szpitalu w celu testu dziewictwa (w XXI wieku !), jej teściowi towarzyszy broń.
'Super' życie los jej zgotował.. 

Trzecia siostra, najprawdopodobniej cierpiąca na depresję (cóż, trudno się dziwić) popełnia samobójstwo.

Czwarta tylko dzięki odwadze najmłodszej Lale, otrzymuje jeszcze szansę na poprawę swego losu.
Lale wraz z Nur uciekają. Przerażona, już zrezygnowana Nur i jeszcze pełna nadziei, niezmordowana Lale. Gnają przed siebie. Do Stambułu, do jedynej osoby, na którą Lale - miejmy nadzieję - może jeszcze liczyć..

W filmie przewija się temat wujka, którego normalnym nazwać nie można. Zarysowany wątek pozostawia wątpliwości czy niektóre z dziewczyn nie były przez niego molestowane.
Tak naprawdę należałoby obejrzeć film jeszcze raz pod tym kątem.

niedziela, 31 grudnia 2017

O tym jak zrezygnowałam z sylwestra, o jakim wielu marzy




Wielu pomyśli, że beznadziejną decyzję podjęłam. Przecież tyle osób marzy o tym, by na sylwestra zaszyć się gdzieś w górach i z dala od cywilizacji powitać nowy rok.
Sama kiedyś też o tym marzyłam. Pamiętam jaka podekscytowana jechałam na sylwestra 2014/2015 do Lubawki. Spełniło się to o czym zawsze myślałam - spędzenie sylwestra w górach.
Pierwszy raz w życiu byłam wówczas zimą w górach. Serio.
Wszystko wydawało się być takie nowe, takie inne.

Uważam, że to był mój najlepszy sylwester w życiu.
To, że jechałam chora, z gorączką i katarem nie miało znaczenia. Byłam szczęśliwa. Nawet wtedy gdy wracałam popołudniami w przemoczonych butach.
Spodobało mi się tak bardzo, że kolejnego sylwestra także postanowiłam spędzić w śnieżnobiałych górach. Podobny scenariusz, podobna grupa, podobne wszystko. Tylko, że już zniknęła ekscytacja, już mi się średnio podobało. Siedząc wtedy, w Kudowie w pokoju, pomyślałam sobie, że to już raczej mój drugi i ostatni sylwester w tym stylu.

Zeszłoroczny sylwester spędziłam w Wiedniu i Bratysławie i aż mi smutno na myśl, że rok temu o tej porze zwiedzałam stolicę Słowacji. Tj. smutno mi, bo było świetnie i chciałam bardzo to powtórzyć. Tylko w innym mieście, Lwowie, Amsterdamie, Lublanie czy Wilnie. Najbardziej we Lwowie..
Ale nie wyszło.

Pojawiła się możliwość ponownego powitania Nowego Roku w górach. W Lubawce, tam gdzie wtedy. Mógł być sylwester sentymentalny.
Na początku nawet nie brałam tego pod uwagę, nie chciałam trzeci raz spędzać końcówki roku w podobny sposób. Później, gdy wszystkie plany lotowo-wyjazdowe poszły się pieprzyć, rozważałam ta propozycję. Nie było już miejsc i nie ukrywam, że mnie to ucieszyło.
Gdy miejsce się znalazło, myślałam długo. Nie wiedziałam: jechać czy nie jechać ?
Wstępnie się zdecydowałam, choć wszystko we mnie aż krzyczało: nie, nie, nie chcę.
Nie chciałam, bardzo nie chciałam.
Nie miałam ochoty, po prostu. Ani na przebieraną imprezę, których nie znoszę.
W ogóle typ ze mnie wybitnie antyimprezowy.
Ani na tak liczne towarzystwo.
Ani na zimę.
Ani na powtórkę z rozrywki.
I miejsce, które już znam.
Ani na kombinowanie z dojazdem.

Dlaczego ?
Wiele znajomych osób pojechało, mogłam pójść po najmniejszej linii oporu i po prostu do nich dołączyć.

Skąd we mnie taki bunt ? Skąd nastawienie na NIE ?

Nastrój pod koniec roku bardziej chujowy niż imprezowy.
Przemęczenie, dwie śmierci 27.12 - kuzynki mojej babci i najmłodszego brata mojego dziadka, o którym pisałam tu:

 http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/06/wnuczka-swojego-dziadka.html

Może gdyby nie fakt, że uznałam, że chcę pójść na pogrzeb ciotki (nie, nie dlatego, że wypada) pojechałabym jeszcze do Lubawki. Mogłam jechać dzień później, 30.12 i zostać do 2.01, trochę bym pobyła jeszcze.
Ale nie. Zrezygnowałam i niestety nie żałuję.

Obawiam się, że żadna siła nie jest w stanie przekonać mnie do przebieranej imprezy.

Byłam skłonna za to wyruszyć sama do Lwowa (tj. sama na zorganizowany wypad) i myślę, że gdyby nie pogrzeb cioci zdecydowałabym się na to.

Trudno. Sylwester jest co roku.


Tymczasem w Nowym Roku życzę Wam więcej energii i sił na spełnianie marzeń,
mniej smutnych chwil,
nie łamania rąk ani nóg
odwiedzania przyjemniejszych miejsc niż szpitale i SORy
zdrowia, które docenia się dopiero gdy zaczyna szwankować
ludzi, którzy nie będą nawalać gdy Wam na czymś zależy
prawdziwych znajomych i przyjaciół
i poczucia, że zawsze obok jest ktoś, na kogo można liczyć

To chyba najważniejsze. 

:)


Na zdjęciu: zeszłoroczny Wiedeń sylwestrowy.

wtorek, 26 grudnia 2017

Takim dzieckiem byłam

Ciekawym świata. Robiącym na przekór. Zbyt emocjonalnym. Wrażliwym.

Wyobrażałam sobie, że przedmioty czują.
Gdy miałam podać stos czegokolwiek, nigdy nie sięgałam po pierwszy z brzegu i najbardziej oczywisty. Wiedziałam, że stosiki też mają duszę i potrafiłam podać najbardziej środkowy. Wiesz dlaczego ? Odpowiedź prosta: bo ten środkowy musiałby czekać na swoją kolej, a przecież na pewno byłoby mu smutno, więc aby nie sprawiać mu smutku, chwytałam właśnie po niego.

Robiłam tak ze wszystkim. Starannie układałam grzyby w koszyku, aby ich nie pokaleczyć. Przecież grzyby musi boleć jak się je połamie, skaleczy czy naderwie.
Nalegałam, by odpady czy zaślimaczone grzyby zostawiać na skraju lasu, aby leśne zwierzęta mogły je zjeść, bo przecież one są głodne. Nie mają tak dobrze jak domowe, rozpuszczone koty i psy.
Co nie przeszkadzało mi zaniedbywać moich królików, ale tutaj wiedziałam, że dziadek dba o nie bardziej niż ja i zawsze mają co jeść.


Czytając kiedyś u rodziców w pracy "O sierotce Marysi i siedmiu krasnoludkach" rozmyślałam o losie krasnali i zastanawiałam się czy aby nie mogłyby wpaść do mnie i wykonać jakiejś pracy za moją rodzinę.
O autorce "Sierotki..." niewiele wiedziałam. W zeszłym roku znalazłam się na jej grobie we Lwowie, na Cmentarzu Łyczakowskim i dopiero tam dowiedziałam się jaką charakterną kobietą była Konopnicka.
Silna, niezależna, nie odnajdująca się w roli, jaką często przypisywano kobietom w jej czasach.
Rozwiodła się z mężem; dzisiaj to normalka, ale wtedy...
Jej stosunek do własnych dzieci ciężko określić, jedne kochała bardziej, inne.. no, troszkę mniej.
Prawdopodobnie była biseksualna, chociaż jeśli się dobrze orientuję, nie ma dowodów, które by to oficjalnie poświadczyły.
Postać z niej z pewnością nietuzinkowa.


"Małego Księcia" pokochałam miłością absolutną i bezgraniczną, taką do końca życia.
 "Oswoić znaczy stworzyć więzy", czyż to nie krótkie i idealne podsumowanie wielu relacji i związków ?
To, że "decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez" odczułam na własnej skórze już wielokrotnie, niby starając się uważać, komu ufam. Właśnie, niby, bo pomyliłam się nie raz.


Wiele zbyt emocjonalnych zachowań zostało mi do dziś i pewnie kiedyś wraz z nimi umrę, bo nie potrafię pozbyć się sentymentów i nie reagować tak silnie. Nie potrafię też nie dzielić włosa na czworo i puszczać w niepamięć słowa, których wielu ludzi nawet nie pamięta. Ja pamiętam i mimo upływu czasu pewne słowa z przeszłości  tkwią mi pod skórą.
Wybaczam, ale nie zapominam.








wtorek, 19 grudnia 2017

Nie zawsze jest super



Post z Kijowa się napisze jak będzie czas, energia i trochę luzu.

Ostatnio w moim świecie panują chaos, nerwówka, goniące terminy i praca. Do tego dochodzi mrowiąca lewa ręka (od czego to cholerstwo się wzięło ?), spora dawka stresu i zmęczenie, przeradzające się w zobojętnienie.
Na dobicie gęsta ciemność na zewnątrz.


Klimatu nadchodzących wreszcie świąt jeszcze nie czuję, tkwię w świecie "to trzeba oddać do świąt", "a tamto najlepiej na jutro i to jeszcze rano", "bo po świętach to można, ale sobie pogwizdać".

Norma ?
Można odnieść wrażenie, że grudzień kończy się w okolicach 20-tego, potem są święta, a po nich znacząca część ludzi ma po prosu wolne. Świat wówczas spowalnia i wreszcie jest czas. Na życie. 
Na książki, pisanie, łyżwy, sen.


Nie lubię tej nerwówki, nie odnajduję się w sytuacjach aż tak stresogennych. Zdaję sobie sprawę z faktu, że praktycznie w każdej branży jest jakiś gorący czas i nie da się tego uniknąć.  Wielu moich znajomych ma tak samo przechlapany grudzień jak ja, z kolei jedna koleżanka miała taki zapieprz w pracy przez cały październik, że gdy się z nią widziałam, była bliska płaczu.
Przypominam sobie sesję z 2 czy 3 roku studiów, zbliżony klimat.

Odpuściłam sobie grudzień, nie wystarczyło energii na dobry film, teatr czy koncert Hey, którego nie mogę przetrawić. Tj. nie mogę przetrawić, że mnie na nim nie było, a wiem jaki był. Beznadziejnie wspaniały.

Nie znajduję innej rady jak tylko przeżyć. Już blisko do świąt...

Kortez uspokajająco rozbrzmiewa w głośniku, śnieg prószy za oknem, sprawiając, że świat wydaje się trochę mniej brudny, a w perspektywie czeka czwartkowy, koci seans w przytulnym kinie ..



poniedziałek, 30 października 2017

Szlakiem miast na "B". Barcelona




Długo nie mogłam zebrać się do napisania paru słów o Barcelonie. Co zaczynałam pisać, to twierdziłam, że to bez sensu i kasowałam tekst. Nadal ciężko mi opisać wrześniowy pobyt w tym mieście, ale już znam przyczynę tych trudności: nie zobaczyłam Barcelony takiej jaką chciałam widzieć.

- spędziłam tam zbyt mało czasu, w zasadzie były to niepełne 3 dni. Uważam, że jeśli lecieć/jechać do Barcelony, to minimum na tydzień

- nie zobaczyłam miejsc na których mi zależało (wnętrza Sagrady Familii czy wzgórze Montjuic),
natomiast odwiedziłam takie, których nie miałam w planie (np. dość odległe wzgórze Tibidabo).

- nie posmakowałam Barcelony po swojemu, włócząc się po tajemniczych uliczkach, siadając gdzieś z kubkiem czegoś dobrego na przypadkowych schodach i obserwując ludzi


Byłam w Barcelonie, ale czuję się tak, jakbym tam tylko wpadła przelotem. Koniecznie chcę wrócić do tego miasta i posmakować je po prostu po swojemu.


Barcelona Gaudim stoi i to niezwykłe barwny i figlarny styl Antoniego Gaudiego nadaje charakteru Barcelonie.
Nie ma Barcelony bez Gaudiego. Aby w pełni zrozumieć miasto, dobrze byłoby zapoznać się z twórczością tego katalońskiego architekta o nieograniczonej wyobraźni.
Kolorowe mozaiki, najróżniejsze kształty,  niestandardowość, oryginalność; styl Gaudiego ciężko scharakteryzować. Miał mega otwarty umysł, jego styl na zawsze przeszedł do historii architektury.





Powyższe dwa zdjęcia to park Ciutadella, jeden z najbardziej znanych parków Barcelony.




Najsłynniejsza salamandra świata oraz kolumnady znajdują się w parku Guell - wizytówce Barcelony. Jeśli widzisz jakieś foldery czy przewodniki o Barcelonie, na 90% na okładce widnieją właśnie zdjęcia z parku Guell, a konkretnie widok na miasto zza mozaikowej ławki. Nie miałam okazji zobaczyć na żywo tej najdłuższej na świecie ławki, obszar gdzie ona się znajdowała najprawdopodobniej jest w remoncie, bo na miejscu ławki leży tylko piach.

A to wzgórze Tibidabo, którego w planie nie miałam. Jeśli spędzacie w Barcelonie np. tydzień, można tam podjechać i zobaczyć kościół na kościele i widok z najwyższego wzniesienia miasta,  ale gdy wasz czas jest ograniczony, to raczej warto pozostać w centrum i darować sobie dość długą i paroprzesiadkową jazdę na obrzeża.
Tibidabo to także jedno z najstarszych w Europie wesołych miasteczek, z pewnością zaciekawi dzieciaki. 




Na wyjazd do Barcelony czaiłam się od ok. roku i wiązałam duże nadzieje z tym miastem.
Dziś wiem (wiedziałam to także jadąc autobusem na powrotny samolot), że muszę tu wrócić i zwiedzić miasto jeszcze raz, na spokojnie. Jeśli ktoś z Was byłby chętny na taki wypad, to dajcie, proszę znać. W planach zwiedzanie wnętrza Sagrady Familii, Muzeum Picassa, port, wzgórze Montjuic z pokazem fontann, wioską hiszpańską, zamkiem i całą resztą atrakcji, jakie skrywa to niewysokie, ale atrakcyjne wzgórze.

Czasem słyszę pytania ile kosztują moje krótkie wypady i zdziwienie w oczach pytających gdy odpowiadam.


Staram się podróżować raczej niskobudżetowo, Barcelona akurat była trochę droższym wyjazdem niż np. Budapeszt czy Praga, ale wynika to z cen w samej Hiszpanii, a te nie należą do najniższych.

Przykładowe ceny:
- lot z Poznania do Barcelony: 277 zł./ os.w dwie strony (widziałam loty na grudzień za ok. 120 zł.)
- 3 noclegi: ok. 70 euro/os.  (niestety jeśli chodzi o bazę noclegową, Barcelona jest naprawdę droga. My lecieliśmy w 5 osób i zdecydowaliśmy się na 5-osobowy pokój w takim a'la pensjonacie. Gdy przeglądałam oferty hosteli, ceny niekiedy odstraszały)
- bilet do Casa Battlo: ok. 23 euro (pierwsze zdjęcie w poście to słynna Casa Battlo, jeden z zaprojektowanych przez Gaudiego domów.Warto raz wejść i zobaczyć jak to wygląda w środku, ale gdyby ktoś chciał zobaczyć wszystkie domy, które stworzył Gaudi, koszt biletów byłby niemały)
- ok. 3-6 euro trzeba liczyć na tzw. tapas, czyli to co najczęściej jadaliśmy na obiad

Na zdjęciu: tapas pierwszego dnia, czyli krokiety ziemniaczane, naprawdę smaczne.
Wino m.in. hiszpańską Sangrię można kupić w markecie  już za ok. 1,5-3 euro, a jakby ktoś chciał zabrać ją do domu czy na prezent, to na lotnisku sprzedaje się ją za ok. 5 euro


- 10 euro kosztuje bilet 10-przejazdowy na komunikację miejską, z biletu może korzystać dowolna liczba osób.  Nie warto kupować biletów pojedynczych, których koszt to ok. 2,30/2.50 euro za przejazd

- wiele muzeów oferuje bezpłatny wstęp w każdą niedzielę od godz. 15 00. Żałuję, że nie weszłam do Muzeum Picassa albo do zamku na Wzgórzu Montjuic.

- wstęp do płatnej części parku Guell to 7-8 euro

- bilet do Sagrady Familii to ok. 15 euro; gdy będę - mam nadzieję - drugi raz w Barcelonie, kupię go już przez internet w Polsce, żeby uniknąć długich kolejek.

Oto najsłynniejsze, nieukończone dzieło Gaudiego: Sagrada Familia
Architekt poświęcił jej  40 lat swojego życia, potrącony przez tramwaj w jej pobliżu przez parę dni umierał samotnie w hospicjum. Nikt nie wiedział, że to Gaudi, bo nie miał on przy sobie żadnych dokumentów, a jego strój skłaniał wiele osób do myślenia, że tramwaj potrącił bezdomnego. Smutny koniec wielkiego człowieka ...