poniedziałek, 30 listopada 2015

Listopadzie, dlaczego jesteś taki ponury ?

I prawie minął miesiąc, którego wyjątkowo nie lubię.
Wprawdzie jego pierwszą połowę prawie przeoczyłam, bo byłam zajęta od rana do wieczora,
a połowę drugą chciałam przespać :), ale jak to zwykle bywa - nie mogłam.

Gdy budzik dzwoni o 7 00 (i tak dobrze, że to 7, a nie np. 5), niechętnie wstaję i patrzę przez okno..
A tam albo mżawka albo deszcz, zdarzała się także ulewa.
Najchętniej zasłoniłabym okna roletą i wróciła pod ciepłą kołdrę, przykrywając się nią po uszy.
W weekend zdarzało się tak właśnie czynić :D

Od poniedziałku do piątku podnoszę się o tej 7, czasem przestawiając budzik co 5 minut, żeby jeszcze chwilę poleżeć, jeszcze minutkę..

A potem chcąc nie chcąc trzeba zacząć dzień ponuro-listopadowy.

Dopadła mnie późnojesienna niechęć, ogarnęła senność i osaczyło przygnębienie.
Ciągle ciemno, to już wystarczy, by złapać doła..

Ciekawe czy kiedyś polubię listopadowy czas ..


wtorek, 17 listopada 2015

Z serii: Złote myśli

"Tylko(,) że kiedy się jest szczęśliwym, nigdy się nie wie o tym"
Jarosław Iwaszkiewicz


"Na wszystko w życiu  jest odpowiedni czas. Przyspieszanie tego na siłę może przynieść więcej szkody niż pożytku" 
Karolina Wilczyńska włożyła te słowa w usta babci Róży w książce "Zaplątana miłość"


Zapuściłam bloga przez ostatni miesiąc. Nie wyrabiałam się czasowo, zajęta (współ)organizacją górskiego wypadu weekendowego dla ok. 80 osób.
Wyjazd wypalił :), teraz wolny czas planuję poświęcić na pisanie, czytanie i 'jesieniowanie' :)

Jesienny Zamek Książ, widoczny ze szlaku

piątek, 16 października 2015

Samotne mini-podróżowanie



Zaliczam się do osób, które wolą podróżować w grupie aniżeli samotnie.
Wprawdzie często lubię pobyć sama ze sobą i bywa, że towarzysz zaczyna mnie irytować, ale lepiej (i bezpieczniej) czuję się z kimś.

Ostatnio chwilkę podróżowałam samotnie - Żywiec, Bielsko-Biała, Katowice.
Fajne było to, że sama wybierałam cel, do którego chcę się dostać.
Nikt mi niczego nie narzucał, nie szłam na żadne kompromisy.

Chciałam pojechać do Krakowa, ale spontanicznie podjęłam decyzję, że jednak wsiadam w pociąg, zmierzający...  do Bielska-Białej :)
Nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczenia tego leżącego w górach tajemniczego miasta.
Dość sprawnie załatwiłam sobie nocleg i ruszyłam zwiedzać.

Ktoś mógłby popukać się w czoło, czytając, że magiczny Kraków zamieniłam na nieznaną, śląską Bielsko-Białą, po której niewiadomo czego można się spodziewać                                                                    :)                                                                  
Bielsko-Biała wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Wprawdzie niewielkie miasto, ale całkiem ładne.
I góry w oddali..
Mieszkańcy, jeśli tylko mają ochotę, mogą prosto po pracy spakować plecak i ruszyć na beskidzką wędrówkę. Pozytywnie zazdroszczę :)

Wartym zobaczenia miejscem w BB jest secesyjna kamienica z żabami - urocza :)
 Żaby są wzorowane na postaciach z bajki Wilhelma Buscha, jak głosi tablica na kamienicy.

BB może także pochwalić się ładnym centrum z ratuszem, paroma działającymi fontannami, które przyjemnie  chłodziły w sierpniowy skwar czy uroczymi, wąskimi uliczkami oraz urokliwym budynkiem dworca PKP, którego Poznań może tylko pozazdrościć. 


Dobrze się czułam w tym mieście. Odkrywałam je niespiesznie, piechotą, zaglądając w jego zakamarki.






Znajduje się tam również dość oryginalne muzeum, mianowicie Muzeum Fiata 126 P. :)
Zainteresowało ono nawet taką motoryzacyjną ignorantkę jak ja.

Zajrzałam do środka z ciekawości. Muzeum-kawiarnia czy też kawiarnia-muzeum to dość przytulna miejscówka, trochę żałuję, że nie skusiłam się na wypicie herbaty czy czekolady w takim 'maluchowym' otoczeniu.




Kolejnego dnia zastanawiałam się jakie miasto jutro obrać na cel samotnego zwiedzania.
Częstochowa ? Katowice ? Bytom ?
Może Rybnik ?
Miało być blisko, żeby nie tracić czasu w PKP/PKSie; poza tym szukałam miejsca ciekawego, niespotykanego, które mnie zaskoczy bądź zauroczy. 

Jako, że kiedyś czytałam o katowickim Nikiszowcu ze słynnymi familokami, jakich podobno nie ma nigdzie indziej w całej Europie, postawiłam na stolicę województwa śląskiego.
Być może to był mój błąd :), ale Katowice mnie raczej zniechęciły niż zachwyciły.

Wysiadłam z pociągu i już na starcie pojawił się problem ze znalezieniem noclegu.
Albo zajęte albo cena powalała. Do głosu doszła moja poznańska mentalność skąpca, dziwiąca się jak drogie jest w tak brzydkim (!) mieście wynajęcie pokoju. Próbowałam ją uciszyć, bo gdzieś spać jednak trzeba, lecz ona cały czas szeptała, że tyle to można zapłacić we Wrocławiu albo w Krakowie, ale nie tutaj.

Szukając jakiegoś lokum, przeszłam kawałek miasta - miasta, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest ładne. Bo nie ukrywajmy - pięknem Katowice nie grzeszą. 

Zwiedziłam to, co planowałam - Nikiszowiec,
któremu niedługo (mam nadzieję :P) poświęcę osobny wpis.
Pokręciłam się po centrum miasta, zahaczając o słynny katowicki spodek. który jednak mnie nie powalił i nie bardzo wiedziałam co mam z sobą począć.
Weszłam do oddziału Muzeum Śląskiego i zapytałam portiera co - oprócz Nikiszowca - warto zobaczyć w Katowicach. (muzea już były pozamykane)
Zdziwiony odparł, że tu w centrum to chyba nic, ale zawsze mogę pochodzić po knajpach. Jako, że sama po barach nie chadzam, nie wykazałam zainteresowania tą propozycją.
Podobne pytanie zadałam paniom z baru, gdzie zatrzymałam się na dość późną obiadokolację, niestety one także nie potrafiły znaleźć nic interesującego w stolicy woj. śląskiego.

W hostelu, gdzie zatrzymałam się na noc, usłyszałam, że doba ho(s)telowa kończy się o 10 00, ale rozczarowana Katowicami klucze oddałam już ok. 8 30 rano i pognałam na dworzec. Byle dalej stąd :)

Chciałam jeszcze zawitać do Częstochowy, w której byłam zaledwie raz w życiu, na wycieczce szkolnej przed maturą, czyli dawno :) Jednak nie chcąc przeciążać kontuzjowanego kolana odpuściłam ten wypad.
Innym razem. Podobno co się odwlecze... :)

Co było najtrudniejsze w samotnym jeżdżeniu ?
Dla mnie zdecydowanie wieczory, kiedy zostawałam sama w pustych pokojach i nie miałam do kogo się odezwać. I powroty nieznanymi ulicami do tychże pustych pokojów, które to - ulice w Katowicach - nie sprawiały wrażenia bezpiecznych. Tzw. podejrzane typy, mijane na opustoszałych jak na dość duże miasto drogach. I moja bujna wyobraźnia, podsuwająca pesymistyczne obrazy nieszczęśliwego powrotu w całości do pokoju, a już na pewno bez torebki i ... zębów.

Co spodobało mi się najbardziej ?
Jechałam gdzie chciałam :), dużo chodziłam i nikt mi nie marudził nad uchem, że cały dzień tylko łażę i łażę.
W dzień w ogóle nie odczuwałam samotności, czułam się dobrze sama ze sobą. Ba, ja nawet byłam zadowolona, że jestem sama i nikt mi głowy nie zawraca :)
Poza tym wszędzie mijałam ludzi - na ulicy, w sklepie, autobusie, co chwilę z kimś rozmawiałam.

Przesympatyczni ludzie, chętnie wyjaśniający jak najsprawniej dostanę się tam, gdzie zaplanowałam itp. - wypytywali czy mogą mi jeszcze jakoś pomóc.

Miły pan w Żywcu stwierdził, że on również zmierza w okolice dworca PKP i mogę zabrać się z nim, po czym odprowadził mnie pod sam budynek i zawrócił, bo musiał się trochę cofnąć, dworzec jednak był mu nie do końca po drodze..

Babka w małej, podbeskidzkiej wiosce, w której musiałam przenocować, gdy kolano zaniemogło, tak się mną przejęła, że dała mi swój numer telefonu i powiedziała, że mam dzwonić nawet w środku nocy, jakby coś się niedobrego działo. Rano przyszła wcześniej i dopytywała czy z moim kolanem już lepiej.

Młoda dziewczyna w sklepie spożywczym przy dworcu w Bielsko-Białej zapytana czy mogłaby mi polecić jakiś nocleg na jedną noc, sama zaczęła mi go szukać. Gdy zaprotestowałam, tłumacząc, że już sama to ogarnę, szukała dalej, upierając się, że dla niej to żaden problem.

Starsza pani w Katowicach zadzwoniła do męża z pytaniem czy on mógłby znaleźć adres jakiegoś sprawdzonego lokum, bo tam, gdzie my dzwonimy albo nikt nie odbiera albo proponują cenę iście warszawską.


Itd., itp. :)

P.S. Może niesprawiedliwie oceniam Katowice, z pewnością znajdują się tam urocze zaułki i powalające pięknem miejsca, mnie jednak to miasto po prostu nie urzekło. 

poniedziałek, 5 października 2015

Słowa magiczne

"W sercu pozostają nie ci, z którymi najczęściej coś robiliśmy albo rozmawialiśmy,
lecz ci, którzy poruszyli naszą duszę i zaczarowali nasze serce"


Właśnie tak :)
Tylko skąd te słowa wzięły się w jednym z wielu moich notesów z zapiskami ?

piątek, 18 września 2015

Pani z poczekalni

Z powodu problemów z kolanem musiałam skrócić górskie wędrowanie. Musiałam też wybrać się tam, gdzie zwykle nie chadzam - do lekarza.

Tyle wstępu :)

Nie wiem jak się spędza długie godziny w pamiętających dawne czasy, obskurnych poczekalniach.
Nie wiem ile historii można posłuchać siedząc pod gabinetem lekarza na rozwalającej się ławce.
Nie wiem też ile potrafią opowiedzieć o sobie współtowarzysze niedoli, traktujący poczekalnię jak gabinet psychoterapeuty.

Nie będzie stereotypowo, przewidywalnie i marudząco.

Pani z poczekalni ma 82 lata, chociaż na moje oko wygląda na około 10 lat mniej.
Nie jest schorowaną staruszką, katującą uszy towarzyszy historią swego życia.
Pani nigdy nawet nie była u ortopedy, przyszła po prostu zająć kolejkę swojej młodszej siostrze.

Nie wiem nawet w którym gabinecie przyjmuje lekarz, do którego się dostałam. Jestem pierwszy raz, błądzę, pytam.
Czy poza mną są tu sami stali bywalcy ? Wskazują mi gabinet, mam 2 godziny wolnego, więc swoim zwyczajem nie czekam, lecz idę na miasto. Zaspane miasto, dopiero delikatnie przecierające oczy ze snu.

Przedtem pani z poczekalni - tak ją nazwałam - pyta co sobie zrobiłam. Na dźwięk 3 słów "kontuzja w górach" reaguje ze zrozumieniem. Tak, ona też chodzi po górach, kocha je od kiedy w wieku 18 lat wybrała się pierwszy raz.
Kocha je tak bardzo, że przeszła prawie wszystkie szlaki w Polsce. I nie tylko, były też Dolomity, Alpy.
Wędrowała z mężem, z synem, z wnuczką Pauliną.

Opowiada, że najbardziej ukochała Tatry. Tatry Wysokie, łańcuchy i trud, nagradzany cudnymi widokami. Beskidy - choć też piękne - nazywa pagórkami.

"Beskidy to nie góry, to pagórki", po czym dodaje: "też je przeszłam".

"Wie pani - zwraca się do mnie - boję się o tą moją wnuczkę, bo ona też wędruje z ciężkim plecakiem. Obawiam się, żeby Paulinka nie nabawiła się - tak jak pani - jakiejś kontuzji"

Bo starsza pani, choć zawędrowała wysoko i daleko, nigdy nie nosiła big-plecaka.
Z tego prostego powodu, że plecak dźwigał .. mąż :)

No tak, to zupełnie inaczej.. Chodzić na lekko a tachać na plecach zbyt wiele - nie ma co porównywać :) Gdy tylko mogę, zrzucam plecak, ale nie zawsze się da.

Pani opowiada o szczytach, które zdobyła, o widoku kozicy w blasku księżyca na szczycie..
O schroniskach tatrzańskich, w których wiele lat temu pokoje było wieloosobowe, w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Nie to co dziś, gdzie w schroniskach możemy korzystać z 'dwójek' z łazienką w pokoju.
Śmiała się z dzisiejszych warunków, wspominała jak nocowali z mężem w pokoju wraz z 50 innymi osobami.

Wzruszona opowiadała o pewnej sytuacji sprzed lat, kiedy to z mężem nocowała w Tatrach w schronisku.
Spotkała wówczas starszego pana (który wtedy wydawał się jej stary, a dziś sama jest w jego wieku) i jako młodziutka dziewczyna nie do końca rozumiała jego żal i tęsknotę.
Zrozumiała teraz - gdy ona jeszcze chce chodzić po górach, gdy serce wyrywa się jej w Tatry, ale mąż już nie może, już nie ma sił..
Ów starszy mężczyzna postanowił pożegnać się ze swoimi ukochanym górami, po raz ostatni wchodząc na najwyższy szczyt. Wszedł sam, lecz niestety zabrakło mu sił i nie dał już rady zejść. TOPR musiał go sprowadzić w dół..
Pani z poczekalni skomentowała: "a dziś tak dobrze go rozumiem, tak bardzo rozumiem tęsknotę za wysokimi Tatrami...".
Jak musiał czuć się wiele lat temu starszy mężczyzna, czując, że jego organizm już nie podoła wędrówce ? Jak bardzo cierpiał, przeczuwając, że już nie spojrzy na świat z perspektywy ponad
 2 000 m. n.p.m. ?

Pani z poczekalni mając 82 lata wspominała sytuację sprzed 50/60 lat ..
Czy ja za dziesiąt lat będę wspominać jej opowieść?

Gdy wchodziłam do gabinetu, pani z siostrą już wychodziły.
Na pożegnanie dodała: "Życzę, aby kolano szybko się wyleczyło, aby mogła pani dalej wędrować po górach. Bo góry są tak piękne, tak piękne..."

Pani z poczekalni wraz z mężem przewędrowała także polskie wybrzeże.
"Bo co robić nad morzem? Trzeba chodzić"

Tak, to prawda.
Dziś mając 82 lat nadal chodzi, 2-3 razy w tygodniu po 15 km.
Nie jest zgorzkniałą staruszką, nie skarży się, że musiała wstać przed 5 (mówi: jak trzeba wstać, to trzeba), by odstać swoje i zapisać siostrę do ortopedy.

Podziwiam.
Dostrzegłam łzę w jej oku gdy wspominała swoje wyprawy w góry..
Radzi mi, abym w górach robiła wiele zdjęć.
Bo dziś ogląda swoje zdjęcia - zachody słońca, zdobyte szczyty, wspomina mozolne podchodzenie i trud, które jednak zawsze są wynagradzane - zapłatą jest satysfakcja i widok, który pozostaje z nami na całe życie.

Pani z poczekalni opowiada mi jak zabrała po maturze wnuczkę Paulinkę w Dolomity i jak bardzo nastoletnia wtedy wnuczka była jej wdzięczna za taki prezent, jak płakała ze wzruszenia, dziękując babci za zaszczepienie w niej miłości do gór.
Dziś - dorosła już, 29-letnia Paulina, pakuje plecak, namiot i rusza na szlak :)

Pani nigdy nie miała żadnej kontuzji. Raz - jak mówi - chyba skręciła kostkę, ale rozpuściła jakiś lek, owinęła posmarowaną lekiem kostkę bandażem, na to nałożyła zwykłą folię śniadaniową i .. szła dalej. "Było tak pięknie, musiałam iść :)"


Mówiła o ludziach gór i trudno się z nią nie zgodzić, że ludzie kochający góry są inni, jakby lepsi..
Pomogą gdy trzeba, wesprą słowem..
Ktoś, kto tego nie zaznał pewnie nie zrozumie..

Cieszę się, że miałam okazję poznać tą niemłodą wiekiem, lecz młodą duchem panią.
Niezwykle wrażliwą panią z poczekalni.


Paulino - masz niezwykłą babcię..

piątek, 14 sierpnia 2015

"Czarodziejska Góra" .. nie zaczarowała.






Podczas tegorocznego Festiwalu Malta w Poznaniu pojawiło się niecodzienne wydarzenie - wystawiono "Czarodziejską Górę" Tomasza Manna w formie opery.
Znane nazwiska, choćby reżysera Andrzeja Chyry, ograniczona liczba bezpłatnych wejściówek, szum medialny zrobiły niezłą reklamę operze. 
Nie było łatwo dostać się na salę, gdzie "Czarodziejska Góra"  miała swoją prapremierę.
Wejściówki niby były, rezerwacja mailowa niby działała - właśnie wszystko .. niby, bo w rzeczywistości wiadomości z prośbą o zarezerwowanie biletu trafiały w próżnię.
Zdobyłam jedną pojedynczą wejściówkę, po prostu stojąc po nią w kolejce, wcale niekrótkiej.

Tomasz Mann napisał dzieło naprawdę magiczne i .. niezwykłe - myślę, że nie tylko ja byłam ciekawa czy uda się twórcom opery przenieść tę magię na scenę.


Nadszedł czerwcowy, sobotni wieczór podczas którego pełna sala widzów (łącznie z siedzącymi na podłodze na schodach) miała możliwość zobaczenia na własne oczy efektów wielomiesięcznej pracy reżysera, kompozytora i przede wszystkim artystów.

Byłam ciekawa co z tego wyniknie i pozytywnie nastawiona do takiej formy przedstawienia dzieła Manna.

Zaczęło się. I już pierwszy zgrzyt...
Muzyka elektroniczna, mająca naświetlić upływ czasu. Ok, wszystko jasne.
Tylko dlaczego te dość irytujące dźwięki rozbrzmiewają tak długo ? Dobrze, może nie każdy jeszcze załapał, że czas płynie i płynie, że upłynęło go już sporo. Dajmy czasowi czas jak pisał E. Stachura, dajmy muzyce się wybrzmieć, może jeszcze parę osób nie zdążyło się domyśleć jaki cel przyświęca temu zabiegowi.
Ale do cholery, już wystarczy! Już naprawdę każdy musiał się zorientować o co chodzi, musiał, po prostu musiał dojść do wniosku, że czas w sanatorium w Davos płynie trybem iście sanatoryjnym, powolnym, leniwym. Wyłączcie tą paskudną muzykę, bo mi głowę rozsadzi..

Ufff, trochę to trwało, ale wyłączyli ... Co za ulga.
Rozpoczęła się opera, wokalnie super.
Tylko jakoś tak ... bezbarwnie i miałko.
Starsza kobieta,  siedząca obok mnie, zaczyna wiercić się na krześle. Ktoś siedzący w rzędzie poniżej znudzony rozgląda się po sali.
Też bym się porozglądała, ale zrobiłam to wchodząc do sali - omiotłam wzrokiem rzędy vipowskie,  balkon, z którego boków chyba niewiele widać.
Dobra, może za chwilę się rozkręci i zyska na ... jakości.


Tymczasem przerwa. 
Dłuuuga, półgodzinna przerwa, po której nie wszyscy wracają na salę.
Nie lubię wychodzenia w połowie spektaklu i nigdy jeszcze tego nie zrobiłam, choć parę razy miałam ochotę.
Ale jak już przychodzę, by coś obejrzeć to mam w zwyczaju oglądać do końca.


Drugi akt. Druga szansa :)
Ludzi mniej, więc kto sprytny, zmyka z balkonu i szuka miejsca na parterze.
Do moich uszu docierają strzępki rozmów dwóch kobiet, z których jedna tłumaczy drugiej, że całą pierwszą część stała na balkonie, a i tak niewiele stamtąd widziała.

Teraz musi się rozkręcić i nabrać spójności - myślę - przecież gorzej już nie będzie.
Jakiś mały procent magii tej wybitnej powieści MUSI zostać oddany.
Twórcy postanowili jednak udowodnić fanom twórczości T. Manna, że nic nie MUSI  i oni nic nie MUSZĄ.

Chaos, drażniąca uszy muzyka, jakieś to wszystko rozmyte.
Nawet świetne głosy artystów nie zostały wyeksponowane tak, jak na to zasługiwały.
Jest niestety coraz gorzej, zmęczenie daje mi się we znaki.

Nie, to nie dla mnie.
Może jestem zbyt mało otwarta na nowe formy przekazu, ale stanowczo nie trafia do mnie ta współczesna próba pokazania geniuszu Manna. Próba nieudana, męcząca, mało spójna, może nie do końca przemyślana.
Zniecierpliwiona czekam na koniec, ciągle jeszcze nie tracąc resztek nadziei, że a nuż zaskoczenie okaże się dobre.
Ale zaskoczenie niczym nie zaskakuje, może tylko tym, że wreszcie nadeszło.

Czy gdyby autor powieści żył, zgodziłby się na taki sposób wystawienia swojego dzieła ? Oj, nie wiem ...
Czy on nie przewraca się w grobie, obserwując z drugiej strony tęczy, tą operę ? Nie, z pewnością nie, obejrzał pierwszą scenę i resztę sobie darował.

Wychodząc z sali mówię koleżankom (które także zdobyły dla siebie (2) wejściówki) o swoim rozczarowaniu, wspominam też, że TO okazało się tak okropne, że z pewnością pojawią się same pozytywne recenzje.
Nie mylę się, media wychwalają reżysera pod niebiosa, pisząc o nowatorskim stylu i kierunku, w jakim powinna zmierzać współczesna opera.

 Ja jednak podziękuję za takie niecudne cuda  i zostanę przy bardziej tradycyjnych metodach obrazowania największych dzieł literatury europejskiej.


Dla osób, które przyjechały do Poznania specjalnie na tą operę (i wyjechały rozczarowane) mam dobrą radę - przyjedźcie jeszcze raz, teatralno-operowy Poznań potrafi wiele zaoferować :)

Jak ktoś lubi troszkę "inne" sztuki, polecam "Dr@cula. Vagina dentata" w Teatrze Polskim.
Preferujących tradycyjną operę nie zawiedzie "Madame Butterfly" w Teatrze Wielkim.
A dla szukających dreszczyka emocji, nie tylko muzycznych niezłą gratkę w postaci musicalu "Jekyll&Hyde" oferuje Teatr Muzyczny.
Teatr Nowy (w którym nie ukrywam -  jednak bywam najrzadziej) wystawia niezwykłe "Imperium",
a nieformalna Scena Robocza zachwyca prostą w formie, lecz niezwykłą w przekazie sztuką "Projekt. Matka" - spektakl ten powinny obejrzeć nie tylko matki czy planujące dziecko pary, lecz naprawdę .. wszyscy :)

Poznański Teatr Polski wystawiał też spektakl pod każdym względem wybitny, na który bilety rozchodziły się w tempie przysłowiowych ciepłych bułeczek. Spektakl 4-godzinny, który zachwycał świetnym aktorstwem, subtelnością, efektami specjalnymi i wieloma innymi zaletami, lecz został (moim zdaniem niesłusznie) zdjęty z afisza.
Widzowie się zbuntowali i zażądali powrotu tytułu na deski teatru, spektakl wrócił na chwilę i niestety nie wiem czy jeszcze otrzyma szansę na wznowienie.

Mowa tu oczywiście o "Mistrzu i Małgorzacie"   Michaiła Bułhakowa w reżyserii  Grigorija Lifanowa. 
:)

niedziela, 2 sierpnia 2015

Umiesz liczyć ? To licz na siebie

Ludzie zawodzą. Żadna nowość.
Myślą tylko o swoim tyłku. By im było wygodnie. Przyjemnie i po ich myśli.
Gdy czegoś potrzebują, wiedzą gdzie przyjść.
Gdy zadbają już o swój interes, zapominają.

Wiem, mam gorszy dzień.
Zawiodłam się. Już niestety nie pierwszy raz na tej osobie.
To nawet nie jest ważna sprawa, możnaby rzec błahostka.
Jednak mi na tym zależało..
A zawodzący wiedział bardzo dobrze, że jest to dla mnie ważne..


Najlepiej polegać na sobie, nie prosić o pomoc, robić swoje.
Samej wszystko załatwić, samej pojechać, robić co się chce i na nikogo nie liczyć.
Wyłącznie na siebie.

Takie czasy ?

piątek, 31 lipca 2015

Udane zachody i przestraszony wschód (słońca)

Dźwirzyno. 27.07.2015. Późny poniedzialkowy wieczór.

Przemarznięta nie decyduję się ponownie iść na plażę. Przyłączam sie do oglądania  filmu, od pierwszych scen czując, że to na pewno nie jest dobry pomysł. "Odzyskać Haley" wywołuje ból brzucha i drżenie ciała. Przerażenie. Historia matki, której porwano malutką, 3-letnią córkę i która dopiero po 12 latach z trudem natrafia na jej ślad.
Nigdy nie przestała szukać córeczki, jej mąż zrezygnował, w pewnym sensie pogodził sie z faktem, że dziecka odnaleźć się nie da.
Odszedł.
Chciał żyć normalnie, jeśli w takiej sytuacji można w ogóle mówić o normalności.

Nie wiem po co oglądałam taki film, ale żałuję, że go widziałam.
Dziewczynka się odnalazła, ale marny to happy end, biorąc pod uwagę wszystko co po drodze i czas, którego nadrobić się nie da.

A ja oczywiście bałam się zasnąć i ruszyć się gdzieś w ciemnościach.
Wiedziałam już, że z zaplanowanego na kolejny ranek wschodu słońca nic nie wyjdzie - sama bałam się pójść, a chętnych na tak wczesną pobudkę nie było.
Słońce wstało, jak każdego dnia, nie była mu potrzebna moja obecność.
No cóż, kiedyś się jeszcze wybiorę ..

Zachody prezentowały się za to bardzo efektownie:






:)

sobota, 18 lipca 2015

Teatr Wielki, czyli poznańska opera oczami ciekawskiego widza


Na początku maja nadarzyła się okazja do operowego spaceru po poznańskim Teatrze Wielkim, czyli możliwość zobaczenia tego, co na codzień niedostępne dla oczu widza.

Szatnie, perukarnia, rekwizytornia otworzyły się na chwilę dla tych, którzy lubią widzieć więcej.
Można było spojrzeć na widownię z perspektywy sceny oraz zajrzeć pod nią, zobaczyć miejsce pracy inspicjenta, szatnie, magazyn czy boczne wejście, którymi wprowadza się np. konie czy motory na scenę.




Taka ciekawostka - pewnie wiele osób zastanawiało się chociażby nad efektem sztucznej krwi, wykorzystywanej w spektaklach.
Co to za płyn - sok malinowy, a może jednak truskawkowy albo czerwona, zmywalna farba ? Nic z tych rzeczy. Teatry korzystają ze specjalnego płynu, imitującego prawdziwą krew.
Cena takiej niewielkiej buteleczki może przyprawić o zawrót głowy, lecz nie niszczy ona strojów, łatwo się spiera.
Chyba nie uchylę zbytnio rąbka tajemnicy zdradzając, że niewielka buteleczka kosztuje kilkaset złotych. Efekt, widziany podczas końcowej sceny "Madame Butterfly" robi piorunujące wrażenie.



 
Pomieszczenie, w którym przechowywane są rekwizyty, nie jest tak obszerne, jakby można było się tego spodziewać.
 

 
Znajdują się w nim tylko i wyłacznie rekwizyty, mylone często z dekoracjami.
Sama nie zawsze potrafię wskazać różnicę między dekoracją a rekwizytem teatralnym, która moim zdaniem bywa dość subtelna.
 
W skrócie dekoracja to stały element spektaklu np. mebel,
natomiast rekwizyt jest 'grany', czyli używany w grze przez aktorów, może nim być choćby widoczny na poniższym zdjęciu, kielich czy dzbanek. Albo lampka, owoc, latarka, poduszka itp.
 


A gdy dana poduszka podczas spektaklu po prostu sobie leży i nie jest używana przez żadną z grających osób, pełni jedynie rolę dekoracji.

Kolejny rekwizyt:
 
Jednym z ciekawszych operowych pomieszczeń okazała się perukarnia, w której wyczarowuje się najróżniejsze fryzury.
 
 
O ile współczesne uczesania niespecjalnie mnie interesują, to jednak te odwzorowywujące fryzury sprzed wieków są nie lada gratką.
Nie wiedziałam, że w poznańskiej operze tworzy się peruki od A do Z, myślałam, że raczej nabywa się już gotowe i ewentualnie je przerabia w zależności od potrzeb danego spektaklu.




Zabrakło mi jedynie wizyty w garderobie i możliwości zobaczenia kostiumów, ale może jeszcze kiedyś nadarzy się ku temu okazja :)

poniedziałek, 13 lipca 2015

Roztrzepana bałaganiara porządkuje swój świat

Fakt, że mam problemy z organizacją czasu, to żadna nowość.

Potrafię przebałaganić calutki dzień, nie robiąc niczego, co sobie zaplanowałam.
Godzina ucieka za godziną, a ja nie wiem .. kiedy.

Najgorsze jest to, że zaczynam wiele rzeczy, po czym zostawiam je takie 'rozgrzebane' i zabieram się za kolejne.
Trudno mi się skupić i dokończyć zaplanowaną czynność przed rozpoczęciem następnej.
Czy miałam tak od zawsze ? Nie wiem. Możliwe.

Od niedawna (baaardzo niedawna) zaczynam z tym walczyć.
Wiem już w czym tkwi problem, ale jeszcze nie znalazłam sposobu na jego zwalczenie.

Dziś załatwiłam kilka zaległych spraw. Niezbyt ważnych, ale 'wiszących' nade mną.
(Te najważniejsze zawsze staram się porządkować najszybciej jak się tylko da).
Parę następnych do tzw. zrobienia i odhaczenia spisałam, by zająć się nimi np. jutro.
Może to ułatwi mi funkcjonowanie ?

Postanowiłam, że dopóki nie skończę aktualnie czytanej książki, nie zabiorę się za następne.
Jedna pożyczona już czeka w kolejce, a za nią parę moich już rozpoczętych.

Odpisałam dzisiaj na wszystkie oczekujące odpowiedzi wiadomości- niektóre czekały ponad tydzień...

Czasem odnoszę wrażenie, że ilość rzeczy wiszących nad moją głową zaczyna mnie przytłaczać.
Na szczęście mam dobrą pamięć i o nich nie zapominam, chociaż tyle ..
Ja je po prostu odkładam na bok, na chwilę, na dzień, na tydzień..
I to mnie męczy..
Ta ilość, stale rosnąca ilość obowiązków/zadań/rzeczy niezbędnych do wykonania..
Muszę nauczyć się sprawniej je załatwiać.

Pamiętam pewną lekcję z podstaw przedsiębiorczości z LO - nauczyciel pokazał nam listę całego dnia z wyszczególnionymi godzinami i poprosił, abyśmy wypełnili te linijki naszymi codziennymi aktywnościami. Wydawało mi się to wówczas nierealne - bo skąd mam wiedzieć we wtorek co będę robiła w środę między 16 a 17 30.
Chyba nikt nie potraktował wtedy listy poważnie. A starszy już facet, uczący tego przedmiotu, bo tak mu w życiu wyszło, powiedział, że z roku na rok aktywności będzie przybywać, a czasu niestety nie.

I tak właśnie jest - dobra się kurczy, a lista zadań-niezbędnych-do-jakże-pilnego-wykonania rośnie.

Usiadłam i nie wypełniłam wprawdzie listy od rana do wieczora, spisałam jedynie na kartce papieru (jak to się mawia, papier wszystko przyjmie) co muszę zrobić w najbliższym czasie. Dla spokoju świętego - innych i przede wszystkim swojego.

wtorek, 30 czerwca 2015

Lista 11 miejsc w Polsce, w których chciałabym się kiedyś znaleźć :)

1. Szymbark z b. znanym domem do góry nogami (pomorskie)

2. Krzywy Las k. Czarnowa - rząd 200-300 powyginanych sosen (zachodniopomorskie)

3. Warszawa - Ogród na dachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, ul. Dobra (mazowieckie)
* Dotarłam tam w maju 2016 :)

4. Łódź - Muzeum Kanału "Dętka"  (łódzkie)
* Również  tam zawitałam, jesienią 2015 :)

5. Wadowice - rodzinne miasteczko papieża (małopolskie)

6. Wrocław - Mostek Czarownic (ul. Szewska, tzw. druga katedra) (dolnośląskie)

7. Chełmno - rynek, podobno jeden z ładniejszych w Polsce jeśli chodzi o mniejsze miasta
(kujawsko-pomorskie)

8. Gmina Kraszewice, sołectwo Głuszyna - Koniec Świata :) (.. wielkopolskie!)

9. Podziemia kredowe w Chełmie (lubelskie)

10. Kanał Elbląski - coś niezwykłego :) (warmińsko-mazurskie)

11. Augustów i Kanał Augustowski (podlaskie)

Oczywiście ciekawych miejsc w Polsce są tysiące; nie da się być wszędzie gdzie się tylko zapragnie.
W powyższe 11 miejscówek mam nadzieję, że kiedyś mi się uda dotrzeć :)


Dopisana miejscówka:
12. Spycmierz (łódzkie) - dywany kwiatowe podczas Bożego Ciała 

Zaczątki myśli (bez rozwinięcia)

1. Dlaczego często gdy się na coś czeka, to wyczekiwane wydarzenie okazuje się kompletną .. klapą ?

2. Gdyby ludzie mieli więcej empatii, świat stałby się lepszy ..

3. Czasem jedna zła decyzja potrafi zmienić, wręcz zrujnować całe życie - nie tylko osoby, która się pomyliła, lecz wszystkich wokół niej ..

4. Zabawne - im lepsze recenzje ma jakiś spektakl, tym większym g*wnem się okazuje..

5. Odkładanie rzeczy od razu po użyciu na swoje miejsce, zaoszczędza mnóstwo czasu. Czemu nie mogę się tego nauczyć raz na zawsze ? Czyżbym była urodzoną bałaganiarą ?

6. Rozmyślanie o przyszłości, odległej o powiedzmy 20 lat napawa lękiem ..


niedziela, 14 czerwca 2015

O pięknym motylu, któremu połamano skrzydła ..

Historię Madame Butterfly zna chyba każdy.
Obejrzany wiele lat temu film o losie tej młodziutkiej, naiwnej dziewczyny wywarł na mnie wtedy duże wrażenie.

Wczoraj miałam okazję wybrać się do Teatru Wielkiego w Poznaniu, na operową wersję Madame Butterfly.
Nie ukrywam, że nie jestem wielką fanką operowego obrazowania świata, zdecydowanie bliższy jest mi tradycyjny teatr. A do moich ulubionych poznańskich miejsc zaliczyć można kameralny Teatr Polski.

Po kilku niezbyt dobrych wrażeniach operowych, z pewną dozą nieufności wybierałam się na trzecią w tym roku operę.

Tytułowa Butterfly - w tej roli niesamowita Galina Kuklina - wzbudza zarówno sympatię jak i współczucie. Jest to postać prawdziwa aż do bólu i uroczo naiwna.
Młodziutka dziewczyna, w dzisiejszych realiach po prostu ufne, szczere dziecko..

Madame Butterfly powstała w 1904 r., stworzona przez Giacomo Puccininiego, włoskiego kompozytora operowego. Ciekawe co zainspirowało go do przekazania światu takiej właśnie historii...

Piękny motyl frunie prosto w ramiona (nieodpowiedniego) mężczyzny, jednak nie znajduje w nich bezpiecznej przystani, lecz... szybko się sparza.
Jest tylko zabawką w rękach Pinkertona (Piotr Friebe). Gdy dla młodej dziewczyny zawarte małżeństwo ma być na zawsze, na wieki, na dobre i złe, dla jej partnera (yh, złe słowo) to tylko zabawa, nic poważnego.
Kiedy on baluje i zapewne korzysta z życia, jej życie upływa na czekaniu. Na niego.
A czas płynie... i wcale nie leczy ran.

I tak sobie Butterfly czeka. Rok, drugi, trzeci..  Ich wspólny syn zdążył już troszkę podrosnąć, nie znając ojca.
Opuszczona żona czeka na powrót ukochanego, lecz ów ukochany ma już .. inną żonę i inne życie.

Jest taka scena, gdy Pinkerton wraca, ale nie potrafi spotkać się ze swoją Butterfly, ucieka na samą myśl o jej cierpieniu, wypowiadając słowa, których sens brzmi tak: nie zniosę jej bólu, nie potrafię, nie chcę, spadam stąd.
Ale jeszcze jej dowalę, zabiorę jej to, co najcenniejsze, co trzyma ją przy życiu - dziecko.

Takie męskie postrzeganie świata przedstawia ten, który miał być zawsze obok.
Nie potrafi znieść cierpienia tej, której przecież ślubował, więc aby nie widzieć jej potwornego bólu - ucieka.
Bo tak łatwiej.

Jak kończy Madame Butterfly - chyba każdy wie.

Połamano skrzydła motylowi, odfruwa on(a) więc do innego świata .. Może lepszego.

piątek, 5 czerwca 2015

Gdy zaczynam się dusić ..

Gdy długo nigdzie nie wyjeżdżam, duszę się brakiem nowych wrażeń, codziennością, rutyną..
Nawet jedniodniowy wypad staje się okazją do naładowania akumulatorów.
Ładuję je wtedy łapczywie, zachłystując się innością..

Tego zachłyśnięcia zaczęło mi brakować..

środa, 3 czerwca 2015

Bajka o pisklętach i już nie małej, ale smutnej dziewczynce

Dawno, dawno temu ..
Jednak nie tak dawno, bo w maju 2015 r., sikorka-bogatka znalazła nietypowy dom, w którym na świat przyszło pięć piskląt. Uroczych, słodkich i głośnych sikoreczek.
Dziewczynka spoglądała z niepokojem na ptasi dom, obawiając się co będzie dalej, gdy małe zaczną wyfruwać z gniazda.
Niezbyt przyjazna okolica oraz pełno kotów nie wróżyło dobrze ich przyszłej nauce latania.
Co to za pomysł, by małe znajdowały się w ciasnym, wąskim słupku ogrodowym ?

Maluchy wytwarzały naprawdę niesamowite dźwięki.
Sikorcza matka przyfruwała co chwilę i je karmiła, a czasem bacznie obserwowała okolicę
siedząc na płocie.
Dziewczynka czuła rosnący niepokój, ale i fascynację tym nieznanym jej życiem sikorek.
Jeden z maluchów zaczął już 'podskakiwać' i trzepotać maleńkimi skrzydłami, pewnie lada dzień, może dwa a dałby radę niezdarnie pofrunąć...

Pewnego dnia piski umilkły.
Trzy małe jakby przestały się ruszać, a pozostałe dwa zamilkły, tylko bezsilnie otwierając dzióbki.
Następnego dnia nie ruszało się już żadne z piskląt..
Zapanowała przerażająca cisza...

Stało się to, czego dziewczynka obawiała się od samego początku..
Pewnie jakiś kot czy inny stwór zagryzł i pożarł sikorkę-matkę i dla piskląt nie było już ratunku :(

A dziewczynce popłynęły łzy..

Pozostało pytanie czy można było coś zrobić, jakoś sztucznie dokarmiać młode, uratować je ..
Spóźnione pytanie..

:(

poniedziałek, 25 maja 2015

Foto-SEMAFOR bez relacji

 
 
 
 
 
 
 
 
Studio Filmowe SEMAFOR - dotarłam tam, gdzie planowałam :) -
chociaż inaczej wyobrażałam sobie to miejsce...
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

środa, 20 maja 2015

Wypalenie, bezsens, pustka..

Do napisania tego postu zainspirowal mnie pewien wpis (link do artykułu) koleżanki.

O bezsensie i kompletnej pustce.
Pozornie mamy wszystko, żyjemy w łatwiejszych czasach niż nasi przodkowie.
Mamy internet z szybkim dostępem do informacji, możemy w ciągu paru sekund połączyć się z kimś na drugim końcu świata, w ciągu niespełna godziny znaleźć się na drugim końcu Polski..
Kilka godzin i jesteśmy gdzieś heeen daleko, w innym świecie.
Świat cały czas prężnie się rozwija..

Dlaczego więc tyle osób cierpi na depresję ?
Ludzi z pozoru szczęśliwych, takich, którym wydawać by się mogło, nic nie brakuje.
Po dobrych studiach, ze świetną pracą, niezłymi zarobkami, udanym partnerem, ślicznym dzieckiem, rewelacyjnym mieszkaniem i-te-pe ..
Sielanka - mógłby pomyśleć ktoś, spoglądający z zewnątrz na codzienności opisanych ludzi.

Dlaczego bohaterka artykułu, tak jak mnóstwo ludzi w jej sytuacji, tak bardzo cierpi ?
Dlaczego coś, co niby wydaje się cudowne, okazuje się tylko grą pozorów ..
A udane życie po lekkim podmuchu wiatru sypie się jak domek z kart ..

W jej przypadku zaczyna się od nagłej choroby matki, następnie śmierci matki, potem leci już wszystko na łeb, na szyję..
Odkryta zdrada męża, brak sił do zajmowania się córeczką, rozwód, brak chęci do życia, samotność..


Od dziecka uczą nas, że trzeba być silnym, uśmiechać się i ciągle iść do przodu..
Płacz i smutek nie są w modzie. Trzeba szybko otrzeć łzy i dalej UDAWAĆ, że jest cudownie.
Bo ciągle udajemy. Przed innymi, ale i przed samym sobą.
Dlaczego miałabym nie płakać, skoro jest mi źle ?
Ile razy słyszałam głupie 'weź się w garść', kiedy jeszcze nie byłam na to gotowa.
Bez sensu udawać, że jest super-ekstra-bosko i sztucznie szczerzyć zęby, jeśli w rzeczywistości jest jak jest. Bo tak wypada/nie wypada/bo wszyscy.../bo jak to wygląda itp.
A co mnie to obchodzi ????

Z przerażeniem patrzę na współczesne, płytkie znajomości, płytkie związki, coraz płytsze rozmowy..
Może i w tej płytkości nie da się utopić, ale popływać i zachłysnąć się życiem również nie.

00:35, koniec filozofowania, idę spać.

niedziela, 17 maja 2015

Niespokojna Mała Fatra majówkowa

Ostatni wpis kończyłam już w autobusie, wybierając się na majówkę.
Z kolei ten post próbuję ukończyć chyba od jakiegoś tygodnia.

Planowałam trochę inaczej spędzić majowy weekend, chociaż sama do końca nie wiedziałam gdzie, z kim i jak :)

Plany sobie, życie sobie.
Stanęło na wyjeździe w góry, choć dłuuuugo się wahałam, podejmując decyzję: jechać czy nie jechać ..


Nie wiedziałam sama czy chcę w ogóle się tam wybrać i nie wiedziałam dlaczego..
Rozdrażniona czułam niepokój, lecz nie mogłam znaleźć jego przyczyny ..

Wolałabym wyskoczyć w Bieszczady, ale ze względu na znaczną odległość i bardzo ograniczony czas nie wchodziło to w grę.


Od samego początku coś mi nie pasowało, ale gdy zaglądam w siebie nie potrafię dokładniej sprezyzować co.

Ale wiadomo - jak się waham pojechać czy zostać, zawsze :) wygrywa pierwsza opcja.
Wolę żałować, że coś zrobiłam niż że się nie zdecydowałam -  nauczyłam się takiego podejścia.

Było ciężko, zimno, mgliście, śnieżnie i zdarzało mi się kląć pod nosem, zastanawiając się co mnie tu przywiodło i po co ..

 
 
Było też pięknie, miło, uroczo..
 
 
2 maja, gdy przyszła pora na zdobywanie najwyższych szczytów tego pasma górskiego, pogoda nie okazała się łaskawa.. Widoczność w zasadzie zerowa, więc nie było okazji podziwiania widoków.
 
3 maja, gdy trzeba było się już zbierać, wyszło śliczne słońce, pokazując skrywane dzień wcześniej piękno tych gór ..
 
Zdarzało się i tak:
 

Schodząc ze szlaku udało się jeszcze załapać na zwiedzanie (ruin) zamku Strečno, z którego rozpościera się niezły widok na całe miasteczko.
 
Sam zamek również prezentuje się dość interesująco:


Wróciłam mocno zmęczona, ale wyjazdu nie żałuję :)

Na razie nie planuję jechać w góry, choć gdy to mówię, widzę niedowierzanie w oczach słuchających. I złośliwy uśmiech z komentarzem "to kiedy teraz jedziesz?"

Pojadę dopiero wtedy ... gdy ... zatęsknię.

Na razie włączyła mi się tęsknota za Berlinem, Warszawą, morzem ...

czwartek, 30 kwietnia 2015

Trochę gór

Weekend w Górach Złotych i Bialskich - górach kompletnie nieznanych, a przecież stosunkowo bliskich. Gdy mówiłam w jakie góry jadę, słyszałam najczęściej jedno pytanie: A gdzie to jest ?

Po nocy spędzonej w PKP relacji Poznań-Wrocław oraz Wrocław-Kłodzko, a potem jeszcze chwilkę w autobusie, naszym oczom ukazał się Złoty Stok.
Wysiedliśmy pod samą kopalnią złota; kto chciał, miał okazję ją zwiedzić.
Myślałam, że chętnych będzie wielu, ponieważ przyjechaliśmy dość sporą, ok. 50-osobową grupą, ale na zwiedzenie kopalni zdecydowała się garstka ludzi.
Reszta pognała dalej, spragniona gór.

Skorzystałam z okazji zobaczenia tej dawnej kopalni złota i arsenu z jedynym w Polsce podziemnym wodospadem.
Zdjęcia z kopalni nadają się w większości do skasowania. Mało które jest niestety wystarczająco czytelne.




Góry nie należą raczej do trudnych, a są dość urokliwe.
Zaskoczyły mnie sporą ilością śniegu - wiedziałam, że śnieg jeszcze będzie, ale liczyłam na jakieś śladowe ilości.
A momentami śnieg sięgał prawie kolan, czego poniższe zdjęcia nie obrazują, z tego prostego powodu, że gdy się zapadałam, to nie pstrykałam :)









 Tymczasem znów spakowałam plecak i ruszam w droge. Niespokojna, niepewna jadę dalej. Boję się, ale spróbuję..  Slowacka Mała Fatra..