Rety, jak dziś paskudnie...
Deszczowo, zimno, wietrznie, ciemno, listopadowo-depresyjnie..
Zdążyłam się już przyzwyczaić do pięknych jesiennych, słonecznych dni, zapominając czasem, jaki miesiąc mamy.
Dziś pogoda wprawdzie tylko lekko pokrzyżowała plany, ale mocno popsuła humor, zmieniając go z całkiem dobrego na taki pt.: 'jest tak beznadziejnie, że na nic nie mam ochoty'
Jest mrocznie ..
Liście w zdecydowanej większości pospadały z drzew, zostały nagie konary.
Jeszcze nie zmrożone, jeszcze nie baśniowe..
Zawieszenie..
Mobilizuję się, by pomimo beznadziejności aury korzystać z weekendu..
Z drugiej strony jednak ostatnio się wyciszam, mówię o parę słów mniej, słucham uważniej ..
Widok nieba usianego gwiazdami w Cisnej zapadł mi w pamięć, mogłabym długo spoglądać na te gwiezdne cuda.. Pod powiekami przechowuję ten widok.
Ciągle mam ten sam problem - za dużo wszystkiego w moim życiu, zbyt duże oczekiwania innych, to, tamto i często wychodzi tak, że muszę wykradać chwile dla siebie samej ..
Bo ciągle jest gdzieś coś do zrobienia, oczywiście pilne coś, co nie może poczekać..
Tylko, że to pilne dla innych dla mnie oznacza nieistotne, a nieistotne dla większości ludzi dla mnie równa się konieczne ..
No cóż, od dziecka bywałam inna. Może trochę dziwna.
Inaczej postrzegałam świat, po prostu..
Buntowałam się gdy mówiono, że inni coś tam.. Bo ja robiłam inaczej, na przekór.
Gdy przed komunią znudziły mi się długie włosy, a mama nie pozwoliła skrócić, zamknęłam się w pokoju i sama je obcięłam..
Oczywiście krzywo, ale nieważne, były krótsze..
Mnie się podobały, a loki i na skróconej długości dało się zakręcić..
A gdy kiedyś miałam jechać do dentysty wyrwać mleczaka, wlazłam na drzewo, chowając się i go jakoś wybiłam. Wizyta u stomatologa mogła zostać odwołana.
W wieku ok. 14 lat zakomunikowałam rodzinie, że przed 30-tką żadnych dzieci mieć nie zamierzam.
Śmiali się, że bzdury plotę. A ja mówiłam poważnie. Nie chcę dziecka przed 30-tką, bo nie dorosłam do takiego momentu w życiu, by się na nie zdecydować.
Pragnę córeczki bardzo mocno, ale dopiero gdy sama poczuję, że to jest dla nas odpowiedni moment.
Dotychczas jeszcze nie poczułam.
Krytykują mnie czasami za częste wyjazdy, ale ja bez podróży, nawet takich krótkich 1- czy 2-dniowych, zaczynam się dusić.
Brakuje mi powietrza. Natłok myśli i codzienność mnie przytłaczają.
Wyjazdy to inna jakość, zaczerpnięcie powietrza, szukanie inspiracji, odkrywanie czegoś nowego.
Noce w pociągach, autobusach nawet specjalnie nie męczą, są częścią Bycia w Drodze.
Odkrywania niezwykłości w zwykłości. Nurzania się w marzeniach.
Pakując plecak, jestem szczęśliwa.
poniedziałek, 17 listopada 2014
sobota, 15 listopada 2014
".. gór mi mało i trzeba mi więcej .."
W górach odpoczywam najpełniej.
Od problemów, ludzi i siebie samej.
Nigdzie indziej nie odcinam się od świata tak jak tam.
Było cudnie. Pogoda wymarzona, ludzie ciekawi, krajobrazy bajeczne.
Problemy z P. przestały na jakiś czas mieć znaczenie, nie liczyło się, że coś gdzieś tam trzeba, że ktoś czegoś tam oczekuje; wszystko wydawało się oddalone i nierealne.
Czy był zasięg czy nie, było mi całkowicie obojętne. Poza wysłaniem smsa, że dojechałam i żyję oraz kolejnego, że jest mi całkiem dobrze, nie kontaktowałam się ze światem :)
I było mi na rękę jak nikt niczego ode mnie nie chciał.
Takie odrealnienie.
I oniryczne zdjęcia ..
Skupienie się na swoim oddechu podczas wchodzenia, schodzenie w fajnym błotku, przechodzenie przez wodę, pośpiech, by zdążyć przed zmrokiem (co połowicznie się udało :) ) - w tym zatraciłam się kompletnie podczas czterech dni wędrówki.
Inna przestrzeń, inna rzeczywistość, inaczej płynął czas.
Wieczory z gitarą w schronisku byłu dopełnieniem bieszczadzkiej błogości.
Mały kociak, mruczący na kolanach okazał się uroczym towarzyszem, obserwującym z zaciekawieniem naszą grupę i krążącą pomiędzy nami aroniówkę.
Nie pamiętałam kiedy ostatnio widziałam tak pięknie rozgwieżdżone niebo, można było stać i po prostu się wpatrywać..
Może zbyt dawno nie przyglądałam się gwiazdom ..
Pojawiły się nadgryzione zębem czasu cmentarzyki,
przywołujące wspomnienia tych, których nie ma.. I myśli, by bardziej zagłębić się w historię tych terenów. Dotychczas zdarzało mi się czytać o wysiedleniach ludności z tych terenów, jednak nie wnikałam w to, co lubię najbardziej - w historię życia konkretnych ludzi, w ich pogmatwane losy..
2 lata temu, gdy pierwszy raz wybierałam się w Bieszczady, czytałam o tamtejszych wędrówkach papieża, gdy wraz ze studentami wędrował po tych okolicach, mijając spalone wioski..
Gdy wszystko było zniszczone, wyludnione, przerażające..
Dzikie Bieszczady..
Dziś nie są tak dzikie jak w latach 50. czy 60.-tych.
Nadal są urocze, na szczęście nie wlazła tu komercja.
Cieszę się, że nie wywalono tu żadnego koszmarku jak choćby Gołębiewski w Karpaczu, który pasuje do tamtejszego krajobrazu jak przysłowiowa pięść do nosa. Zawsze się krzywię jak jestem w Karpaczu i widzę to beznadziejne coś..
Smutne, że ktoś na to pozwolił..
Wyjeżdżając z Poznania w Bieszczady czuję się jakbym z wrzawy miasta wysiadła na cichym brzegu..
Od problemów, ludzi i siebie samej.
Nigdzie indziej nie odcinam się od świata tak jak tam.
Było cudnie. Pogoda wymarzona, ludzie ciekawi, krajobrazy bajeczne.
Problemy z P. przestały na jakiś czas mieć znaczenie, nie liczyło się, że coś gdzieś tam trzeba, że ktoś czegoś tam oczekuje; wszystko wydawało się oddalone i nierealne.
Czy był zasięg czy nie, było mi całkowicie obojętne. Poza wysłaniem smsa, że dojechałam i żyję oraz kolejnego, że jest mi całkiem dobrze, nie kontaktowałam się ze światem :)
I było mi na rękę jak nikt niczego ode mnie nie chciał.
Takie odrealnienie.
I oniryczne zdjęcia ..
Skupienie się na swoim oddechu podczas wchodzenia, schodzenie w fajnym błotku, przechodzenie przez wodę, pośpiech, by zdążyć przed zmrokiem (co połowicznie się udało :) ) - w tym zatraciłam się kompletnie podczas czterech dni wędrówki.
Inna przestrzeń, inna rzeczywistość, inaczej płynął czas.
Wieczory z gitarą w schronisku byłu dopełnieniem bieszczadzkiej błogości.
Mały kociak, mruczący na kolanach okazał się uroczym towarzyszem, obserwującym z zaciekawieniem naszą grupę i krążącą pomiędzy nami aroniówkę.
Nie pamiętałam kiedy ostatnio widziałam tak pięknie rozgwieżdżone niebo, można było stać i po prostu się wpatrywać..
Może zbyt dawno nie przyglądałam się gwiazdom ..
Pojawiły się nadgryzione zębem czasu cmentarzyki,
przywołujące wspomnienia tych, których nie ma.. I myśli, by bardziej zagłębić się w historię tych terenów. Dotychczas zdarzało mi się czytać o wysiedleniach ludności z tych terenów, jednak nie wnikałam w to, co lubię najbardziej - w historię życia konkretnych ludzi, w ich pogmatwane losy..
2 lata temu, gdy pierwszy raz wybierałam się w Bieszczady, czytałam o tamtejszych wędrówkach papieża, gdy wraz ze studentami wędrował po tych okolicach, mijając spalone wioski..
Gdy wszystko było zniszczone, wyludnione, przerażające..
Dzikie Bieszczady..
Dziś nie są tak dzikie jak w latach 50. czy 60.-tych.
Nadal są urocze, na szczęście nie wlazła tu komercja.
Cieszę się, że nie wywalono tu żadnego koszmarku jak choćby Gołębiewski w Karpaczu, który pasuje do tamtejszego krajobrazu jak przysłowiowa pięść do nosa. Zawsze się krzywię jak jestem w Karpaczu i widzę to beznadziejne coś..
Smutne, że ktoś na to pozwolił..
Wyjeżdżając z Poznania w Bieszczady czuję się jakbym z wrzawy miasta wysiadła na cichym brzegu..
niedziela, 2 listopada 2014
ktoś odchodzi, ktoś zostaje ..
Wczoraj minęło 10 lat od śmierci mojego dziadka.
Poczułam się tak jakby 1.11.2004 był wczoraj..
A to było naprawdę dawno, bardzo dawno, tyle się zmieniło od tego koszmarnego dnia
Potem odszedł K.
O wiele lat za wcześnie..
W zeszłym roku babcia ..
Każde odejście bolało. Chociaż każde inaczej. Jednak każde było zaskoczeniem.
Coś wspólnego jednak miały te śmierci: szok, potworny ból, niedowierzanie, załamanie i co w moim przypadku szczególnie silne - bunt.
Śmierć zawsze przychodzi za wcześnie. Niezależnie czy zabiera osobę 80-, czy 23-letnią, czy kilkuletnią, nigdy nie jest odpowiednia pora. Zawsze chce się więcej - jeszcze rok, jeszcze parę m-cy, jeszcze dzień, godzina, ... chwila..
Jeszcze chce się powiedzieć parę słów, przeżyć coś razem..
I ciężko zrozumieć, że już NIGDY..
Słowo 'nigdy' przeraża, bo jak to ? Nigdy już dziadek nie opowie o swym wojennym dzieciństwie ?
K. nigdy już nie powie 'będzie dobrze' ? Nigdy już nie usiądę z babcią przy stole i nie wypiszemy tradycyjnych, papierowych kartek na święta ?
Nigdy...
Oni odeszli, a ja zostałam.
Trudno przyzwyczaić się do fizycznego nieistnienia kogoś, kto był blisko.
Pozostały kapcie w kuchni babci, gotujące się na obiad ziemniaki..
Nie zdążyła zjeść..
Mnóstwo kwiatów, książki, wiszące w szafie ubrania..
Bluzka, uszyta specjalnie na chrzciny prawnuczki..
Na których nie zdążyła być, walczyła w tym czasie o życie, przegrywając nierówną walkę kilka dni po chrzcinach.
A tyle razy mówiła, by malutką ochrzcić.. Ponaglała, nie rozumiała dlaczego tak zwlekają..
Pozostały papiery, świadectwo szkolne jej mamy, które jeszcze niedawno po raz kolejny mi pokazywała..
Leki, których nie zdążyła przyjąć
Zdjęcia.
Wspomnienia.
Myślałam, że ze spokojem dożyje nawet 90. urodzin..
Że jeszcze doczeka dni, gdy wreszcie dorosnę i spełni się moje największe marzenie -
na świecie pojawi się ona - moja wymarzona córeczka..
Nie doczeka :(
Śmierć przychodzi znienacka i przekreśla plany i marzenia.
Najpierw gdy odejście bliskiej osoby staje się faktem, nie do końca można w to uwierzyć.
To totalny szok.
Nie docierało do mnie, że oni nie żyją.. Nie potrafiłam sobie tego wytłumaczyć..
Gdy dotarło, pojawiła się bezkresna rozpacz..
Przepłakane noce, dni, które nie mają znaczenia, bo wszystko utraciło sens..
Po stracie dziadka zmuszano mnie do normalnego funkcjonowania..
Po odejściu K. niewiele pamiętam, czas mi się zatrzymał i nie wiedziałam co się wokół dzieje, bardzo mało pamiętam z tamtego czasu.. Mam dziury w pamięci i nie potrafię przywołać w pamięci wielu wydarzeń..
Po śmierci babci rozchorowałam się dość poważnie..
Wycofałam się z życia rodzinnego czy towarzyskiego, nie chciałam uczestniczyć w imprezach, spotkaniach, męczyły mnie one.
Nudne rozmowy, udawane emocje i nieszczerość raziły..
Pragnęłam spokoju, ciszy, bycia czasem sama, musiałam na nowo poskładać swój świat, by móc z powrotem odnaleźć siebie po stracie..
Dziadka nie ma całych, długich 10 lat.
Smutno mi gdy o tym myślę. Brakuje go..
Minęło uczucie kompletnej rozpaczy, pozostał smutek, z którym potrafię sobie jakoś radzić ..
K. nie ma już 6 lat..
Żal jego młodego życia, tyle jeszcze miał planów..
Tyle nie zdążył..
Czasami trudno mi uwierzyć, jak choroba potrafi zniszczyć tak młody, zdrowy, silny organizm..
Babci nie ma ponad rok.
Stosunkowo świeże rany jeszcze się nie zabliźniły.
Kiedyś, gdy byłam zdołowana po śmierci K., skierowano do mnie piękne słowa..
"Gdy nagle zerwie się wiatr i potarga Ci włosy, nie wierz, że to tylko wiatr. To będzie on, otulający Cię skrzydłami"
Jedne z najpiękniejszych słów, jakie kiedykolwiek usłyszałam..
I jedno z najbardziej skutecznych pocieszeń, chociaż pocieszenia nigdy nie oczekiwałam.
Po każdej stracie upadałam, pogrążałam się w bólu..
Bardziej niż własny ból przerażało mnie jednak cierpienie bliskich ..
O ile swoje cierpienie jakoś znosiłam, radząc sobie na rozmaite sposoby, to bólu rodziny nie mogłam znieść. Nie potrafiłam spać, słysząc łkanie .. Nie potrafiłam pocieszyć, bo nie ma takich słów, by ukoić czyjś ból.. Można tylko być obok..
Nic więcej ..
Być, pozwolić mówić, uważnie słuchać, pozwalać płynąć łzom..
Albo milczeć, jak robi się za gęsto od słów.
Nie znoszę mówienia 'nie płacz, było, minęło'.
Skumulowane emocje kiedyś po prostu wybuchną..
Płacz trzeba wypłakać, złość wykrzyczeć, ból przeboleć..
Na grobie K. widnieje napis "Bóg sam wybrał czas"
Krótko, rzeczowo i dosadnie..
Miałam chwile w życiu, gdy wchodziłam do napotkanych, pustych kościołów, siadałam i jedyne myśli, jakie kotłowały mi się w głowie to: 'Boże, dlaczego ?'
Dlaczego na to pozwolono ? Dlaczego zabrano osobę tak dobrą, pomagającą wszystkim naokoło, myślącą o wszystkich, a dopiero na końcu o sobie ?
Dlaczego tylu morderców i ludzi-potworów żyje i ma się dobrze, a człowiek na wskroś dobry musi odejść w wieku 20 paru lat ? Dlaczego ? Jaki to ma sens ?
Dziś mniej we mnie buntu. Nie pytam dlaczego, odpowiedzi nie znajdę.
Może był zbyt dobry dla tego bezwzględnego świata ?
Tak mocno we mnie wierzył..
Mocniej niż ja sama.
Tak skutecznie uczył, że świat jest dobry..
Do dziś wierzę, że 'niewidzialna dłoń ochroni mnie', zawsze i wszędzie.
Chciałabym powiedzieć mu dwa słowa, które nigdy nie padły - Dziękuję. Przepraszam.
Z dziadkiem chciałabym jeszcze porozmawiać o wojennych czasach.
Opowiadał o nich, ale ja byłam zbyt młoda i niedojrzała, by bardziej się zainteresować.
Słuchałam, było to ciekawe.
Dziś słuchałabym uważniej, sam temat dziś bardziej mnie interesuje niż jak miałam naście lat.
Dopytywałabym.
O rodzinę także. Kiedyś średnio mnie to interesowało, dziś - bardzo.
Jak musiał się czuć, gdy zmarła mu mama, był przecież taki malutki..
Jaki wyglądało jego życie po stracie matki, jaka była jego macocha ?
Dopiero gdy sama trochę przeżyłam, więcej rozumiem.
Potrzebowałam lat, by to zrozumieć.
A los nie dał czasu na te rozmowy :(
Dziadek zawsze pamiętał o moich urodzinach i imieninach, pierwszy już od rana przychodził z życzeniami.. To takie miłe..
Bardzo mi tego brakowało, gdy go zabrakło..
Wyręczał mnie w moich obowiązkach - opiece nad królikami, potem kotami..
Przypominał mi, że kończy się kocia karma.
Pamiętam jak nosił kota w koszyku wiklinowym..
Niecały rok po śmierci dziadka kot zniknął
Mam jeszcze nadzieje, że kiedyś uda mi się porozmawiać z jego przyrodnim bratem o dziadkowym dzieciństwie, dorastaniu w tamtych czasach, trudniejszych i brutalniejszych niż nasze.
Nie chcę żartów, nabijania się, zmiany tematu na łatwiejszy. Chcę tylko szczerości..
Przykre, że nie zdążyłam dorosnąć wcześniej i zadać nurtujących pytań, gdy jeszcze żył..
Chciałabym go przeprosić za swoją dziecinność, niedojrzałość, lekkomyślność. Za typowo nastolatkową beztroskę.
Dorosłam dopiero 4 lata po jego odejściu.
Myślałam, że na wszystko w życiu jest czas.
Już wiem, że nie..
".. nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście.."
Pozostaje wierzyć, że gdzieś są i są tam szczęśliwi..
Poczułam się tak jakby 1.11.2004 był wczoraj..
A to było naprawdę dawno, bardzo dawno, tyle się zmieniło od tego koszmarnego dnia
Potem odszedł K.
O wiele lat za wcześnie..
W zeszłym roku babcia ..
Każde odejście bolało. Chociaż każde inaczej. Jednak każde było zaskoczeniem.
Coś wspólnego jednak miały te śmierci: szok, potworny ból, niedowierzanie, załamanie i co w moim przypadku szczególnie silne - bunt.
Śmierć zawsze przychodzi za wcześnie. Niezależnie czy zabiera osobę 80-, czy 23-letnią, czy kilkuletnią, nigdy nie jest odpowiednia pora. Zawsze chce się więcej - jeszcze rok, jeszcze parę m-cy, jeszcze dzień, godzina, ... chwila..
Jeszcze chce się powiedzieć parę słów, przeżyć coś razem..
I ciężko zrozumieć, że już NIGDY..
Słowo 'nigdy' przeraża, bo jak to ? Nigdy już dziadek nie opowie o swym wojennym dzieciństwie ?
K. nigdy już nie powie 'będzie dobrze' ? Nigdy już nie usiądę z babcią przy stole i nie wypiszemy tradycyjnych, papierowych kartek na święta ?
Nigdy...
Oni odeszli, a ja zostałam.
Trudno przyzwyczaić się do fizycznego nieistnienia kogoś, kto był blisko.
Pozostały kapcie w kuchni babci, gotujące się na obiad ziemniaki..
Nie zdążyła zjeść..
Mnóstwo kwiatów, książki, wiszące w szafie ubrania..
Bluzka, uszyta specjalnie na chrzciny prawnuczki..
Na których nie zdążyła być, walczyła w tym czasie o życie, przegrywając nierówną walkę kilka dni po chrzcinach.
A tyle razy mówiła, by malutką ochrzcić.. Ponaglała, nie rozumiała dlaczego tak zwlekają..
Pozostały papiery, świadectwo szkolne jej mamy, które jeszcze niedawno po raz kolejny mi pokazywała..
Leki, których nie zdążyła przyjąć
Zdjęcia.
Wspomnienia.
Myślałam, że ze spokojem dożyje nawet 90. urodzin..
Że jeszcze doczeka dni, gdy wreszcie dorosnę i spełni się moje największe marzenie -
na świecie pojawi się ona - moja wymarzona córeczka..
Nie doczeka :(
Śmierć przychodzi znienacka i przekreśla plany i marzenia.
Najpierw gdy odejście bliskiej osoby staje się faktem, nie do końca można w to uwierzyć.
To totalny szok.
Nie docierało do mnie, że oni nie żyją.. Nie potrafiłam sobie tego wytłumaczyć..
Gdy dotarło, pojawiła się bezkresna rozpacz..
Przepłakane noce, dni, które nie mają znaczenia, bo wszystko utraciło sens..
Po stracie dziadka zmuszano mnie do normalnego funkcjonowania..
Po odejściu K. niewiele pamiętam, czas mi się zatrzymał i nie wiedziałam co się wokół dzieje, bardzo mało pamiętam z tamtego czasu.. Mam dziury w pamięci i nie potrafię przywołać w pamięci wielu wydarzeń..
Po śmierci babci rozchorowałam się dość poważnie..
Wycofałam się z życia rodzinnego czy towarzyskiego, nie chciałam uczestniczyć w imprezach, spotkaniach, męczyły mnie one.
Nudne rozmowy, udawane emocje i nieszczerość raziły..
Pragnęłam spokoju, ciszy, bycia czasem sama, musiałam na nowo poskładać swój świat, by móc z powrotem odnaleźć siebie po stracie..
Dziadka nie ma całych, długich 10 lat.
Smutno mi gdy o tym myślę. Brakuje go..
Minęło uczucie kompletnej rozpaczy, pozostał smutek, z którym potrafię sobie jakoś radzić ..
K. nie ma już 6 lat..
Żal jego młodego życia, tyle jeszcze miał planów..
Tyle nie zdążył..
Czasami trudno mi uwierzyć, jak choroba potrafi zniszczyć tak młody, zdrowy, silny organizm..
Babci nie ma ponad rok.
Stosunkowo świeże rany jeszcze się nie zabliźniły.
Kiedyś, gdy byłam zdołowana po śmierci K., skierowano do mnie piękne słowa..
"Gdy nagle zerwie się wiatr i potarga Ci włosy, nie wierz, że to tylko wiatr. To będzie on, otulający Cię skrzydłami"
Jedne z najpiękniejszych słów, jakie kiedykolwiek usłyszałam..
I jedno z najbardziej skutecznych pocieszeń, chociaż pocieszenia nigdy nie oczekiwałam.
Po każdej stracie upadałam, pogrążałam się w bólu..
Bardziej niż własny ból przerażało mnie jednak cierpienie bliskich ..
O ile swoje cierpienie jakoś znosiłam, radząc sobie na rozmaite sposoby, to bólu rodziny nie mogłam znieść. Nie potrafiłam spać, słysząc łkanie .. Nie potrafiłam pocieszyć, bo nie ma takich słów, by ukoić czyjś ból.. Można tylko być obok..
Nic więcej ..
Być, pozwolić mówić, uważnie słuchać, pozwalać płynąć łzom..
Albo milczeć, jak robi się za gęsto od słów.
Nie znoszę mówienia 'nie płacz, było, minęło'.
Skumulowane emocje kiedyś po prostu wybuchną..
Płacz trzeba wypłakać, złość wykrzyczeć, ból przeboleć..
Na grobie K. widnieje napis "Bóg sam wybrał czas"
Krótko, rzeczowo i dosadnie..
Miałam chwile w życiu, gdy wchodziłam do napotkanych, pustych kościołów, siadałam i jedyne myśli, jakie kotłowały mi się w głowie to: 'Boże, dlaczego ?'
Dlaczego na to pozwolono ? Dlaczego zabrano osobę tak dobrą, pomagającą wszystkim naokoło, myślącą o wszystkich, a dopiero na końcu o sobie ?
Dlaczego tylu morderców i ludzi-potworów żyje i ma się dobrze, a człowiek na wskroś dobry musi odejść w wieku 20 paru lat ? Dlaczego ? Jaki to ma sens ?
Dziś mniej we mnie buntu. Nie pytam dlaczego, odpowiedzi nie znajdę.
Może był zbyt dobry dla tego bezwzględnego świata ?
Tak mocno we mnie wierzył..
Mocniej niż ja sama.
Tak skutecznie uczył, że świat jest dobry..
Do dziś wierzę, że 'niewidzialna dłoń ochroni mnie', zawsze i wszędzie.
Chciałabym powiedzieć mu dwa słowa, które nigdy nie padły - Dziękuję. Przepraszam.
Z dziadkiem chciałabym jeszcze porozmawiać o wojennych czasach.
Opowiadał o nich, ale ja byłam zbyt młoda i niedojrzała, by bardziej się zainteresować.
Słuchałam, było to ciekawe.
Dziś słuchałabym uważniej, sam temat dziś bardziej mnie interesuje niż jak miałam naście lat.
Dopytywałabym.
O rodzinę także. Kiedyś średnio mnie to interesowało, dziś - bardzo.
Jak musiał się czuć, gdy zmarła mu mama, był przecież taki malutki..
Jaki wyglądało jego życie po stracie matki, jaka była jego macocha ?
Dopiero gdy sama trochę przeżyłam, więcej rozumiem.
Potrzebowałam lat, by to zrozumieć.
A los nie dał czasu na te rozmowy :(
Dziadek zawsze pamiętał o moich urodzinach i imieninach, pierwszy już od rana przychodził z życzeniami.. To takie miłe..
Bardzo mi tego brakowało, gdy go zabrakło..
Wyręczał mnie w moich obowiązkach - opiece nad królikami, potem kotami..
Przypominał mi, że kończy się kocia karma.
Pamiętam jak nosił kota w koszyku wiklinowym..
Niecały rok po śmierci dziadka kot zniknął
Mam jeszcze nadzieje, że kiedyś uda mi się porozmawiać z jego przyrodnim bratem o dziadkowym dzieciństwie, dorastaniu w tamtych czasach, trudniejszych i brutalniejszych niż nasze.
Nie chcę żartów, nabijania się, zmiany tematu na łatwiejszy. Chcę tylko szczerości..
Przykre, że nie zdążyłam dorosnąć wcześniej i zadać nurtujących pytań, gdy jeszcze żył..
Chciałabym go przeprosić za swoją dziecinność, niedojrzałość, lekkomyślność. Za typowo nastolatkową beztroskę.
Dorosłam dopiero 4 lata po jego odejściu.
Myślałam, że na wszystko w życiu jest czas.
Już wiem, że nie..
".. nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście.."
Pozostaje wierzyć, że gdzieś są i są tam szczęśliwi..
niedziela, 26 października 2014
kadry w głowie
Nigdy zbytnio nie interesowała mnie fotografia. Często wprawdzie pstrykałam mnóstwo fotek, podobnych do siebie, uwieczniając przeżycia, ludzi, miasta, momenty, które nie wrócą itp.
Lubiłam zatrzymywać na fotografiach chwile, wiedząc, że mijają bezpowrotnie.
Jednak nie zastanawiałam się nad samą fotografią, jakością zdjęć (kiepską), ustawieniami, obróbką, nie miało to dla mnie znaczenia.
Jakiś czas temu coś się zmieniło, sama nie potrafię jeszcze sprecyzować co.
Wpatruję się w zachody słońca, w górskie krajobrazy, w jesienną łąkę czy las i w głowie ustawiam kadr...
Widzę wyraźnie zdjęcie, jakie robię na razie w głowie, bez aparatu.
Wszystko idealnie samo się ustawia, znajduję się w cud-momencie, gdy coś zachwyca mnie swoją magią..
Może to ta jesień tak na mnie działa, może odzyskuję swoją mocno zachwianą, naiwną wiarę w świat...
Pora pomyśleć o jakimś średniej jakości aparacie, który uchwyci to, co siedzi mi w głowie, gdy z niemym zachwytem przyglądam się jesiennym barwom w górach..
Lubiłam zatrzymywać na fotografiach chwile, wiedząc, że mijają bezpowrotnie.
Jednak nie zastanawiałam się nad samą fotografią, jakością zdjęć (kiepską), ustawieniami, obróbką, nie miało to dla mnie znaczenia.
Jakiś czas temu coś się zmieniło, sama nie potrafię jeszcze sprecyzować co.
Wpatruję się w zachody słońca, w górskie krajobrazy, w jesienną łąkę czy las i w głowie ustawiam kadr...
Widzę wyraźnie zdjęcie, jakie robię na razie w głowie, bez aparatu.
Wszystko idealnie samo się ustawia, znajduję się w cud-momencie, gdy coś zachwyca mnie swoją magią..
Może to ta jesień tak na mnie działa, może odzyskuję swoją mocno zachwianą, naiwną wiarę w świat...
Pora pomyśleć o jakimś średniej jakości aparacie, który uchwyci to, co siedzi mi w głowie, gdy z niemym zachwytem przyglądam się jesiennym barwom w górach..
sobota, 25 października 2014
".. tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu z sobą być.."
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! - tyle miałam ochotę dziś wykrzyczeć, gdy co chwilę ktoś coś..
Telefon za telefonem, 'a możesz to?', ' a możesz jeszcze tamto?', 'a pomożesz mi jeszcze?',
a jedyne co miałam chęć wyartykułować to: dajcie mi spokój, jestem cholernie zmęczona, chcę pobyć sama ze sobą, nie chcę nigdzie iść! nie chcę czegoś tam robić ! nie chcę!, nie chcę!, nie chcę, aAaAaaaaa !
Marzę o wieczorze sama ze sobą, z własnymi myślami, z książką i subtelną muzyką w tle..
Kiedy nikt nie będzie niczego chciał.
W minionym tygodniu brakowało takich..
Cały czas coś .. Już mi się nie chce o tym pisać, po prostu skumulowała się we mnie mieszanka złości z niecierpliwością. I parę razy najchętniej powiedziałabym niektórym, żeby poszli w pizdu.
Oczekiwania bliskich nie pokryły się z moimi planami.
Czasem tak mam, że potrzebuję pobyć sama ze sobą.
I choćbym miała walczyć z całym światem o te oczyszczające chwile samotności, zrobię to.
Starając się nie skrzywdzić nikogo i nie zranić czyichś uczuć, odetnę się na chwil parę od rzeczywistości.
Wkurzają mnie sytuacje, gdy chcę w spokoju poczytać, mówię, że czytam i jestem zajęta, po czym słyszę 'czyli nic ważnego nie robisz, to może pomożesz mi w tym i tym ?'
Wszystko we mnie wtedy krzyczy..
Przecież mówię, do k*rwy nędzy, że muszę odpocząć, a wolę odpoczywać czytając niż zajmując się pierdołami, dla ludzi niezwykle istotnymi, dla mnie - niekoniecznie.
Często mi smutno, że w najbliższe góry mam ok. 6 h...
Mam nadzieję, że w listopadzie wszystko ułoży się tak, abym miała okazję ponurzać się w niezwykłych barwach Bieszczad :)
Telefon za telefonem, 'a możesz to?', ' a możesz jeszcze tamto?', 'a pomożesz mi jeszcze?',
a jedyne co miałam chęć wyartykułować to: dajcie mi spokój, jestem cholernie zmęczona, chcę pobyć sama ze sobą, nie chcę nigdzie iść! nie chcę czegoś tam robić ! nie chcę!, nie chcę!, nie chcę, aAaAaaaaa !
Marzę o wieczorze sama ze sobą, z własnymi myślami, z książką i subtelną muzyką w tle..
Kiedy nikt nie będzie niczego chciał.
W minionym tygodniu brakowało takich..
Cały czas coś .. Już mi się nie chce o tym pisać, po prostu skumulowała się we mnie mieszanka złości z niecierpliwością. I parę razy najchętniej powiedziałabym niektórym, żeby poszli w pizdu.
Oczekiwania bliskich nie pokryły się z moimi planami.
Czasem tak mam, że potrzebuję pobyć sama ze sobą.
I choćbym miała walczyć z całym światem o te oczyszczające chwile samotności, zrobię to.
Starając się nie skrzywdzić nikogo i nie zranić czyichś uczuć, odetnę się na chwil parę od rzeczywistości.
Wkurzają mnie sytuacje, gdy chcę w spokoju poczytać, mówię, że czytam i jestem zajęta, po czym słyszę 'czyli nic ważnego nie robisz, to może pomożesz mi w tym i tym ?'
Wszystko we mnie wtedy krzyczy..
Przecież mówię, do k*rwy nędzy, że muszę odpocząć, a wolę odpoczywać czytając niż zajmując się pierdołami, dla ludzi niezwykle istotnymi, dla mnie - niekoniecznie.
Często mi smutno, że w najbliższe góry mam ok. 6 h...
Mam nadzieję, że w listopadzie wszystko ułoży się tak, abym miała okazję ponurzać się w niezwykłych barwach Bieszczad :)
czwartek, 23 października 2014
O nim. Krótko.
Może gdy uporządkuję myśli tutaj, spisując je, łatwiej będzie poukładać je sobie w głowie..
On.
Pełen sprzeczności, zmienny, niepewny.
Wzbudzający ogromne zaufanie. Sprawiający pozytywne wrażenie.
Niewierzący w ludzi. W siebie samego też niezbyt.
Czasem nie byłam pewna czy rozmawiam z dorosłym facetem czy z zalęknionym, niepewnym siebie, uciekającym od problemów, małym chłopcem.
Tak jak nie wiedziałam jak zareaguje na określone sytuacje.
Nie było jasne czy odpowie jak osoba dorosła czy ucieknie jak przedszkolak, któremu coś nie pasuje.
Cholerna niepewność..
Raz mówił i zachowywał się jak facet, by za chwilę przeobrazić się w chłopca.
Raz spokojny i sensowny, za jakiś czas wrzeszczący i widzący tylko to, co złe, ale nie w sobie.
Niepotrafiący normalnie rozmawiać na trudne tematy.
Tak jakby sobie zakodował, że gdy coś jest trudne, bierze się nogi za pas.
Nie zważając na krzywdę, zadawaną innym. W tym wypadku mnie.
Niebiorący odpowiedzialności za swoje zachowania i słowa.
Zmieniając miasta, ludzi wokół, zainteresowania ciągle czegoś szuka.
Testuje sam siebie.
Ale gdy tylko coś nie pasi - ucieka..
Nie chce zmierzyć się z trudem.
A przecież w życiu często jest ciężko, smutno i bezsilnie..
I wtedy też trzeba się z tym uporać..
Próbować, mozolić się, ale nie zwiewać..
Nie da się uciec od siebie samego.
Wyparcie trudnych sytuacji ze świadomości na dłuższą metę również się nie sprawdza.
Pozostaje tylko zmierzenie się z tym, co nieraz wydaje się, że przerasta..
I wtedy najłatwiej odnaleźć ... siebie.
Pytają mnie po co o tym mówię, po co piszę..
Głównie z powodu ogrooooomnego poczucia krzywdy.
Może też z powodu zawodu, jaki sprawił.
Chaos, jaki ma w sobie, przeniósł na mnie.
Dawał nadzieję, a za chwilę ją odbierał.
Pokazywał się z dobrej strony, by za parę m-cy ukazać prawdziwą twarz.
Życzliwość zmieniał w wrogość.
Mówił o czymś, z czego nagle się wycofywał.
Proponował wyjazdy, których nie miał w planie realizować.
Narobił takiej nadziei na chociażby Pragę, po czym pojechał sam/z kimś innym, nie widząc w tym nic niewłaściwego..
Nie obchodził go mój płacz, ból, wymiotowanie z nerwów, brak snu..
Po prostu świetnie bawi się ludźmi,
chyba nie do końca zdając sobie sprawę z cierpienia, na jakie skazuje takim zachowaniem.
Idzie sobie przez życie, depcząc uczucia ludzi, których spotyka (?)
Rozchwianie emocjonalne to jeden z jego poważniejszych problemów.
I pewnie dopóki sam się z tym nie upora, nie zbuduje niczego trwałego.
Na takich chwiejnych fundamentach nie może powstać nic stabilnego..
On.
Pełen sprzeczności, zmienny, niepewny.
Wzbudzający ogromne zaufanie. Sprawiający pozytywne wrażenie.
Niewierzący w ludzi. W siebie samego też niezbyt.
Czasem nie byłam pewna czy rozmawiam z dorosłym facetem czy z zalęknionym, niepewnym siebie, uciekającym od problemów, małym chłopcem.
Tak jak nie wiedziałam jak zareaguje na określone sytuacje.
Nie było jasne czy odpowie jak osoba dorosła czy ucieknie jak przedszkolak, któremu coś nie pasuje.
Cholerna niepewność..
Raz mówił i zachowywał się jak facet, by za chwilę przeobrazić się w chłopca.
Raz spokojny i sensowny, za jakiś czas wrzeszczący i widzący tylko to, co złe, ale nie w sobie.
Niepotrafiący normalnie rozmawiać na trudne tematy.
Tak jakby sobie zakodował, że gdy coś jest trudne, bierze się nogi za pas.
Nie zważając na krzywdę, zadawaną innym. W tym wypadku mnie.
Niebiorący odpowiedzialności za swoje zachowania i słowa.
Zmieniając miasta, ludzi wokół, zainteresowania ciągle czegoś szuka.
Testuje sam siebie.
Ale gdy tylko coś nie pasi - ucieka..
Nie chce zmierzyć się z trudem.
A przecież w życiu często jest ciężko, smutno i bezsilnie..
I wtedy też trzeba się z tym uporać..
Próbować, mozolić się, ale nie zwiewać..
Nie da się uciec od siebie samego.
Wyparcie trudnych sytuacji ze świadomości na dłuższą metę również się nie sprawdza.
Pozostaje tylko zmierzenie się z tym, co nieraz wydaje się, że przerasta..
I wtedy najłatwiej odnaleźć ... siebie.
Pytają mnie po co o tym mówię, po co piszę..
Głównie z powodu ogrooooomnego poczucia krzywdy.
Może też z powodu zawodu, jaki sprawił.
Chaos, jaki ma w sobie, przeniósł na mnie.
Dawał nadzieję, a za chwilę ją odbierał.
Pokazywał się z dobrej strony, by za parę m-cy ukazać prawdziwą twarz.
Życzliwość zmieniał w wrogość.
Mówił o czymś, z czego nagle się wycofywał.
Proponował wyjazdy, których nie miał w planie realizować.
Narobił takiej nadziei na chociażby Pragę, po czym pojechał sam/z kimś innym, nie widząc w tym nic niewłaściwego..
Nie obchodził go mój płacz, ból, wymiotowanie z nerwów, brak snu..
Po prostu świetnie bawi się ludźmi,
chyba nie do końca zdając sobie sprawę z cierpienia, na jakie skazuje takim zachowaniem.
Idzie sobie przez życie, depcząc uczucia ludzi, których spotyka (?)
Rozchwianie emocjonalne to jeden z jego poważniejszych problemów.
I pewnie dopóki sam się z tym nie upora, nie zbuduje niczego trwałego.
Na takich chwiejnych fundamentach nie może powstać nic stabilnego..
poniedziałek, 20 października 2014
Emocjonalne baterie
Cała sytuacja z nim sprawiła, że moje emocjonalne baterie prawie się wyczerpały.
Dobił mnie.
Gdy myślałam, że już wychodzę na prostą i że już może być tylko lepiej, gdy wyzdrowiałam na tyle, by móc wrócić do swojego stylu życia i gdy byłam pełna nadziei na normalność, oberwałam jeszcze z najmniej spodziewanej strony..
Po cichu liczyłam, że pomoże mi wstać na nogi po ponad półrocznej walce o wszystko..
Ale się pomyliłam...
Nigdy nikt nie zawiódł tak bardzo i nigdy nikt tak dotkliwie nie zranił
Zdaniem "Jesteś zbyt zamknięta" uderzył bardziej niż przysłowiowym nożem.
Nawet nie samym stwierdzeniem, lecz tym, że nie dał mi szansy na otworzenie się.
Był ciągle zajęty sobą i swoimi problemami, dostrzegał tylko i wyłącznie siebie.
Drugi człowiek był dla niego nieistotny, liczył się tylko on i jego świat.
A całe otoczenie, miasto, ludzie to tylko coś obok, coś, co można szybko zmienić..
Można skrzywdzić, obrazić, niesprawiedliwie ocenić i wyjechać/zamilknąć/zniknąć.
Zryć komuś psychikę i dziwić się o co chodzi.
Jak miałam się otworzyć, skoro on ciągle tylko mówił i mówił... o sobie ?
Ciągle o sobie, swojej rodzinie..
Ciągle i ciągle, nie dopuszczając innych do głosu.
Albo dopuszczając na chwilę, po czym .. przerywając kontynuować swoje.
Parę razy chciało mi się płakać, słuchając tych opowieści.
Nie rozumiałam, chociaż próbowałam przeanalizować zachowania poszczególnych osób z jego rodziny.
On nie próbował mnie zrozumieć. Nie zauważał, że miałam potwornie trudny czas w życiu.
Nie obchodziło go to, bo zajmował się swoim tyłkiem i niczym innym.
Takiego skupienia tylko na sobie dotychczas nie znałam.
Jakbym potrafiła przenosić się w czasie i wymazywać kolorową gumką cudze błędy, podarowałabym mu szczęśliwą, pełną rodzinę, aby nie musiał przechodzić przez to, przez co przeszedł.
Wszyscy by na tym skorzystali.
Ja też.
Dobił mnie.
Gdy myślałam, że już wychodzę na prostą i że już może być tylko lepiej, gdy wyzdrowiałam na tyle, by móc wrócić do swojego stylu życia i gdy byłam pełna nadziei na normalność, oberwałam jeszcze z najmniej spodziewanej strony..
Po cichu liczyłam, że pomoże mi wstać na nogi po ponad półrocznej walce o wszystko..
Ale się pomyliłam...
Nigdy nikt nie zawiódł tak bardzo i nigdy nikt tak dotkliwie nie zranił
Zdaniem "Jesteś zbyt zamknięta" uderzył bardziej niż przysłowiowym nożem.
Nawet nie samym stwierdzeniem, lecz tym, że nie dał mi szansy na otworzenie się.
Był ciągle zajęty sobą i swoimi problemami, dostrzegał tylko i wyłącznie siebie.
Drugi człowiek był dla niego nieistotny, liczył się tylko on i jego świat.
A całe otoczenie, miasto, ludzie to tylko coś obok, coś, co można szybko zmienić..
Można skrzywdzić, obrazić, niesprawiedliwie ocenić i wyjechać/zamilknąć/zniknąć.
Zryć komuś psychikę i dziwić się o co chodzi.
Jak miałam się otworzyć, skoro on ciągle tylko mówił i mówił... o sobie ?
Ciągle o sobie, swojej rodzinie..
Ciągle i ciągle, nie dopuszczając innych do głosu.
Albo dopuszczając na chwilę, po czym .. przerywając kontynuować swoje.
Parę razy chciało mi się płakać, słuchając tych opowieści.
Nie rozumiałam, chociaż próbowałam przeanalizować zachowania poszczególnych osób z jego rodziny.
On nie próbował mnie zrozumieć. Nie zauważał, że miałam potwornie trudny czas w życiu.
Nie obchodziło go to, bo zajmował się swoim tyłkiem i niczym innym.
Takiego skupienia tylko na sobie dotychczas nie znałam.
Jakbym potrafiła przenosić się w czasie i wymazywać kolorową gumką cudze błędy, podarowałabym mu szczęśliwą, pełną rodzinę, aby nie musiał przechodzić przez to, przez co przeszedł.
Wszyscy by na tym skorzystali.
Ja też.
Subskrybuj:
Posty (Atom)