niedziela, 18 marca 2018

Emocjonalne inspiracje II. Blog, utwór muzyczny i wywiad.

Mroźny, teoretycznie ostatni zimowy weekend spędziłam częściowo na planszówkach w większym gronie (uwielbiam Dixit, po prostu uwielbiam), częściowo w domu.

Gęsta ciemność i szczypiący w policzki mróz nie sprzyjają aktywnościom na zewnątrz, za to stanowią świetne tło dla książek i muzyki. I czytania wszystkiego co wpadnie w ręce.
Jak np. poniższego, szczerego i dobrego wywiadu.

1. Wywiad-zwierzenia maszynisty pociągu

Czy zastanawialiście się jak tak naprawdę wygląda praca maszynisty pociągu ?

Któż z nas nie lubi jeździć pociągami ? Wielu upodobało sobie zajmowanie miejsca przy oknie, by móc obserwować zmieniający się za szybą krajobraz. Ja też. W pociągu - w odróżnieniu od autobusów - mogę spokojnie czytać, gapić się za okno, odpocząć.
Najbardziej lubię długie trasy typu Poznań-Lublin czy Poznań-Kraków i jazdę w dzień, gdy jasno za oknem. Swego czasu regularnie kursowałam na trasie Poznań-Bydgoszcz.
Wiadomo, że w pociągach różnie bywa, zdarzało mi się jechać w strasznie zimnym składzie jak i w potwornej gorączce i syfie (zostawionym zapewne przez poprzednich podróżnych). W gwarze i ścisku, z przyciśniętym do szyby nosem i z niemożliwością zrobienia kroku. Jak i w pustym wagonie, gdy byłam jedyną pasażerką, a do celu (Bydgoszczy) pozostawało jeszcze niepokojąco daleko.

W poniższym wywiadzie poczytacie jak to wygląda z perspektywy drugiej strony - kierującego lokomotywą.
Zew wolności, codziennie inne widoki, ciągle w innych miastach. Z pewnością nie ma mowy o nudzie czy rutynie.

Wywiad momentami jest dość przerażający, więc ostrzegam już teraz.
Tak jak i praca - wprawdzie ciekawa, ale czasami narażająca na takie sytuacje, że tylko usiąść i płakać. Nieprzewidywalna, bo czy rano (często nocą) wsiadając jak zawsze do swojego składu i planując jak zawsze dojechać do celu, można przewidzieć, że dziś celu się nie osiągnie ? Nie, a samobójców na torach jest niepokojąco wielu. Maszynista pociągu nie ma wyboru, nie ma szans, by wyhamować i zatrzymać się przed nosem niedoszłego samobójcy. Jest tylko kilka sekund i świadomość, że nic nie można zrobić. NIC.
I o tym opowiada bohater wywiadu. O wolności jaką daje praca, o trudach, jakie trzeba ponieść, o oczach samobójców, o katastrofie kolejowej pod Szczekocinami, w której stracił kolegów.
O kolejowej codzienności. Po prostu.
Milknę więc i zostawiam link:

https://magazyn.wp.pl/artykul/prosze-zachowac-ostroznosc-i-odsunac-sie-od-krawedzi-peronu


2. Utwór wykonywany przez Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego przy akompaniamencie Zbigniewa Łapińskiego.

 https://www.youtube.com/watch?v=Dn4-tAFdOxY

Jedna z bardziej znanych ich piosenek, którą ja osobiście usłyszałam niedawno po raz pierwszy.
W *teatrze na spektaklu z utworami Jacka Kaczmarskiego. Piosenka "Powrót" kończyła spektakl i naprawdę wyciskała łzy z oczu.

Teatr Nowy w Poznaniu, spektakl pt. "Kanapka z człowiekiem"


3. Jeden z najlepszych tekstów, jaki przeczytałam na polskich blogach.
Tekst mądry,  niezwykle dojrzały i po prostu w dzisiejszych czasach bardzo potrzebny.
Paulina z "Odpoczywalni" szczerze o tym, że czasem w życiu musi być ciężej.
Gdyby ciągle było zbyt różowo, nie potrafilibyśmy docenić prostych przyjemności.


http://odpoczywalnia.blogspot.com/2018/03/post-na-post-czyli-pochwaa-nie-dostatku.html

Planuję napisać post o blogach, które sama czytam. Blog Pauliny z pewnością się tam znajdzie, bo czytam go od wielu, wielu lat i bardzo do mnie trafia. 

sobota, 10 marca 2018

Zbyt wiele się działo - styczeń i luty 2018




Chciałam napisać nowy post o tym, że wreszcie zrobiło się trochę spokojniej. Że mój świat zwolnił i że mogłam delektować się długimi, zimowymi wieczorami..

Nic z tego. Działo się wiele cały czas, aż nie mogłam nadążyć.

Styczeń 2018:

Zaczęło się od wizyty od dentysty, która miała być zwyczajna. Nastawiona na normalne leczenie zęba nie przypuszczałam, że gabinet opuszczę zmasakrowana, opuchnięta i z wyrwanym zębem.
Spokojnie, to ósemka, przeżyłam.
Po dłuuugiej próbie leczenia tegoż zęba niestety trzeba było go usunąć.
Eh, jakbym wiedziała, że skończy się wyrwaniem, od razu bym o nie poprosiła. Uniknęłabym sporo bólu, stresu, potu i łez.


Kolejny dzień. Lekko pozbierana po ósemko-rwaniu postanawiam pozałatwiać parę rzeczy na mieście. Moja lista "tam pójść, tu coś odebrać, tam zanieść i wyskoczyć jeszcze do kina" jest długa.
Nagle piękna, styczniowa pogoda zmienia się w totalną śnieżycę. Już wiem, że powrót do domu wydłuży się. Drogi białe, z nieba sypie, wszystko stoi. Zawijam się wcześniej i wracam. Ponad 1.5 godziny zajmuje przejechanie ok. 20 km...


Tydzień później.
Chwilę po północy rozlega się potężny huk.
Huk taki jakby spadł samolot. Serio, nie przesadzam.
Buczy cały czas, wyglądam przez okno i zamieram.
Kolana mi się uginają, przerażenie rozszerza mi źrenice.
Ogień. Gigantyczne płomienie ognia, które wydają się być bardzo blisko.
Dwa ogniste jęzory pożerają moje miasto. Nigdy w życiu nie widziałam takiego pożaru, wpadam w popłoch, nie wiem co się dzieje.
Samolot zleciał, to pierwsza myśl.
Zaraz wszystko spłonie, co robić ?
Ktoś biegnie, krzyczy, że cysterna się zapaliła.
Straże, policja, pogotowie kursują.
Telefony.
Ogień nie zmniejsza się, jest ogromny i przerażający.
Buczy. Nie słychać nic poza hukiem.
Serce wali z przerażenia i bezsilności.
To nie samolot, to nie cysterna.
Płoną domy.
Boże, nie wierzę ..

Następnego dnia cały kraj wie o pożarze w mojej rodzinnej miejscowości.
Na szczęście obyło się bez ofiar. Oszczędzę Wam jednak opisu piekła, jakie przeżyli ludzie, uciekający ze swoich domów. W piżamach i kapciach wybiegający z płomieni.


Luty 2018

Zwykła wizyta u lekarza rodzinnego kończy się na SORze.
Ląduję tam o dzień za wcześnie, bo całą kolejną noc i dzień umieram z bólu. Bólu tak potwornego, że rozrywa mi rękę. I duszę przy okazji.

Potem trafiam do paru lekarzy, gdzie - w zatłoczonych poczekalniach pewnie łapię jakiegoś wirusa. Ten przykuwa mnie do łóżka na parę dni, śmiejąc się w twarz z moich planów.  Moimi towarzyszami  stają się gorączka i termofor.

 Moje zimowe (zawieszone) pisanie najlepiej opisują poniższe zdania:

 "Trzeba wydukać parę zdań
  i kołek z drewna włazi w krtań
  w cesarskich cięciach rodzę każde z prostych słów ..."  ("Rękawiczki" Joanna Zagdańska)

Ostatni weekend lutego to Bałtyk zimą. Śnieżne, mroźne powietrze oczyszcza myśli.
Szczelnie opatuleni ludzie, obsypywani śniegiem, przemieszczają się w różnych kierunkach, pochłonięci swoimi sprawami.







Luty to także trochę kina, książek czytanych pod kocem i planów czynionych na wiosnę.

piątek, 9 lutego 2018

Wariatka jedzie z SORu do kina

Tak się złożyło, że wylądowałam na SORze. O ile raczej nie narzekam na swoje zdrowie i uważam, że mam dużo szczęścia (odpukać), bo jest ono całkiem ok, to w czwartek zaszwankowało.
Tj. coś się działo od końca listopada, ale to bagatelizowałam i tłumaczyłam sobie stresem, przemęczeniem i nerwówką.
Każde tłumaczenie jest przecież dobre jeśli można nie pójść do lekarza, prawda ? :P

Więc nie szłam, czekając aż minie. Jakiś czas nawet było znośnie, ale w tym tygodniu runęło.
Bolała ręka, bolała szyja, ból promieniował i rozsadzał ciało.
Rozpieprzał mi codzienność.

Mam dość dużą odporność na ból. Czasami zadziwiam nią znajomych, bo nigdy nie biorę tabletek przeciwbólowych. Nawet nie wiem które są na co. Nie korzystam z nich, a gdy coś bardzo boli, przesypiam to, przespaceruję lub marudzę, zwijam się i leżę.
W zależności od pory roku i tego co boli.

Jedynie mocno bolący ząb wywołuje płacz i lejące się po twarzy łzy.


Wracając do SORu, wylądowałam tam sobie. No nie ze swojej woli, aż taka odważna/zdesperowana nie jestem.
Zresztą szpitali też nie lubię i unikam ich.
Zawieziono mnie. Karetką.

Porobiono badania, bo sytuacja poważna.
Tj. boli. Cały czas boli, ale już oswoiłam ten ból i nie reaguję na niego tak panicznie jak lekarze.
Przyczyna nadal nieznana i wiem, że mam problem.
Muszę się wziąć i to ogarnąć. Porobić kolejne badania, od których wiele może zależeć.

Ból jednak mobilizuje.
Nie będę Was częstować szczegółami, w każdym razie coś jest nie halo z moją lewą ręką i szyją.


Po nie wiem ilu godzinach na SORze (ale nie było ich wiele) - może 3 albo 4, już sama nie wiem, straciłam tam rachubę czasu, telefonicznie uspokoiłam rodzinę, że żyję. Zabrałam wyniki, skierowania i wyszłam o własnych siłach. Przytomna, świadoma i wiedząca, że muszę się od jutra zabrać za kolejne załatwiania, wsiadłam w tramwaj i stwierdziłam, że skoro i tak boli i boleć nie przestanie, to nie zmieniam planów. W weekend umówiłam się z koleżanką na czwartek do kina na "Plan B", więc pojadę. Rodzina uspokojona, ból nieopanowany, więc nieważne czy napieprza mnie ręka gdy siedzę w pokoju, przykryta kocem czy gdy siedzę w kinie. Zawsze mogę przecież okryć się kurtką. 

Wiem, dziwny tok rozumowania, ale przynajmniej trochę się rozluźniłam oglądając film i rozmawiając z koleżanką.

Już wróciłam do domu, zmyłam z siebie wspomnienie szpitalnego łóżka i krzesła.
Uspokoiłam po raz kolejny swoją rodzinę. Siebie uspokoję później jak porobię badania.
Na razie ... boli.

środa, 24 stycznia 2018

Film "Najlepszy". Kontrowersyjny wątek.

Powinnam zacząć: UWAGA, SPOILER :)

O filmie "Najlepszy" w reżyserii Łukasza Palkowskiego jakiś czas temu zrobiło się głośno. Głośno na tyle, że o nim usłyszałam. Zaciekawiona wybrałam się do kina, mimo, że o triathloniście Jerzym Górskim w życiu nie słyszałam. Triathlony i sport wyczynowy zresztą to temat mi dość obcy.

Trochę poczytałam o życiu Górskiego. Konkretnie o tym jak były narkoman wydostał się z bagna, w jakim tkwił wieeele lat. Pokazał, że można wyjść z nałogu, chociaż taka droga nigdy nie będzie łatwa. Jemu się udało odrzucić narkotyki i zaangażować się w coś wartościowego, tj. w sport. Heroiczny wysiłek doprowadził go na szczyt podium.
O życiu Górskiego powstała książka: „Najlepszy” autorstwa Łukasza Grassa.
Wydaje mi się, że jeśli kogoś temat bardziej zainteresuje, to warto po nią sięgnąć.


Nie czytałam jej (jeszcze) i na tym zakończę temat samego Jerzego Górskiego. Niewiele o nim wiem i w żaden sposób nie chcę się o nim wypowiadać.
Wszystkie moje refleksje dotyczą tylko i wyłącznie filmu "Najlepszy", a niestety nie wiem (bo nie zagłębiłam się w biografię Górskiego; patrz wyżej) na ile % film "Najlepszy jest fabularyzowany.
Krótko na temat samego triathlonisty można przeczytać tutaj:

http://www.przegladsportowy.pl/magazyn-przegladu-sportowego,jerzy-gorski-cale-zycie-w-transie-triathlon-stal-sie-narkotykiem-reportaz-,artykul,826031,1,13283.html


Film - moim zdaniem - jest dość DOBRY. Zarówno pod względem aktorskim jak i fabularnym.
Jest w miarę wiarygodny (jest jeden wątek, który mnie w życiu nie przekona, ale o nim w dalszej części), a historia nie skupia się tylko wokół głównego bohatera (Jakub Gierszał), co stanowi akurat zaletę. Mnie osobiście najbardziej poruszył wątek ojca Grażyny, pierwszej dziewczyny Górskiego.
Postać, grana przez Adama Woronowicza z determinacją walczy o swoją jedyną córkę.

Młody Jerzy wcześnie wpada w narkotyki, choć ma szansę na sukcesy sportowe. Wpada w nie po uszy i co gorsza, w narkotykowy świat wciąga swoją dziewczynę, Grażynę.
Dziewczyna leci za Jerzym jak w ogień, nie bacząc ani na ojca ani na swoją przyszłość. Dziewczyna wymyka się wszelkimi możliwymi sposobami z domu, a szkołę zamienia na ćpanie.
Wychowywana przez ojca-komendanta Grażyna zatraca się w dragach i niestety kończy tak jak większość. Na cmentarzu.

I to jest wątek, który najbardziej mną wstrząsnął.
W ferworze zachwytów nad filmem i nad historią głównego bohatera, który wykaraskał się z dragów, nie da się zapomnieć o dziewczynie, która tyle szczęścia nie miała.
Można by rzec: i co z tego, że jemu się udało, że tyle osiągnął, skoro ona zmarła.
Nie, nie przez niego, ale sorry - to on pokazał jej taki świat. W pewnym sensie wciągnął ją w nałóg i w takie towarzystwo. Dziewczynie z dobrego domu pokazał inny świat: świat narkotyków, strzykawek odlotów, kradzieży i speluny.
Nie zdołał jej już z niego wyciągnąć.
W tym momencie dalsze sukcesy, poprzedzone ciężkim odwykiem w Monarze  (świetna rola Janusza Gajosa, wcielającego się w Marka Kotańskiego), mordercze treningi, samozaparcie, dyscyplina, upadki i ciągłe podnoszenie się, tracą swoją moc.


Jerzy Górski wyznał w wywiadzie, że bohaterki filmu - Grażyna i Ewa - są wypadkową wielu kobiet jego życia.
Być może historia Grażyny była całkowicie wymyślona, a w historię miłości lekarki i byłego narkomana nigdy nie uwierzę. Może, co nie zmienia faktu, że filmowy wątek Grażyny porusza.
I żadne sukcesy nie przyćmią zmarnowanego życia młodej dziewczyny i tragedii małej, pozbawionej matki, dziewczynki.

Chwilami można odnieść wrażenie, że bohater cały czas potrzebuje niesamowicie mocnych wrażeń i po prostu zamienia ćpanie na bieganie. Podziwiam determinację i siłę walki, ale nie potrafię zapomnieć tego co po drodze.
Nie chcąc zdradzać więcej szczegółów filmu napiszę tylko, że jednak odpowiedzialność za innych przemawia do mnie mocniej niż nawet najbardziej spektakularne sukcesy.

Na zakończenie sam Jerzy Górski

„W wieku 35 lat, po 14 latach narkomanii, ćpania niezliczonej ilości morfiny i heroiny, picia wódki i palenia 100 papierosów dziennie, po sześciu latach terapii, udowodniłem, że ograniczenia w ludzkim życiu stawiamy sobie sami. One istnieją tylko w naszej głowie. Ulegają im ci, którzy mówią zamiast działać".

sobota, 6 stycznia 2018

Dziwy nad dziwami cz. III, czyli 10-krotna porcja szczerości


1. Kiedyś, będąc w 2 albo w 3 klasie liceum pojechałam do szkoły w dwóch różnych butach.
Pojechałam, przesiedziałam w nich na wielu lekcjach, poszłam na pociąg powrotny.
I siedząc na peronie na dworcu Poznań Garbary, przez przypadek zerknęłam w dół.
Schyliłam się do plecaka, a mój wzrok zatrzymał się na butach.
Ups.. Każdy inny.
Dobrze, że były chociaż podobne, ale jednak różnicę dało się zauważyć.
Może kogoś rozbawiłam chociaż


2. Gdy śpię, muszę być czymś przykryta. Nieważne czy to upalne lato czy mroźna zima, nie prześpię nocy gdy nie mogę przykryć się kołdrą, kocem, kurtką. Czymkolwiek.
Na wyjazdach, w autobusach gdy nie mam ze sobą koca itp., szczelnie otulam się kurtką.
Gdy "otulina" się zsunie, budzę się i mam wrażenie, że jest zimno, najzimniej okrutnie. 


3. Zawsze marzyłam o siostrze. Gdy byłam małą dziewczynką pisałam pocztówki do siostry, którą tak bardzo pragnęłam mieć.
Miała mieć na imię Magda (takie imię mieli przygotowane rodzice dla ewentualnej drugiej córki), a gdy zamiast wymarzonej siostry urodził się mój młodszy brat, nie byłam zachwycona.
Zazdrościłam koleżankom sióstr, babskich rozmów, wyjazdów i przede wszystkim siostrzanej bliskości.


4. Nie mam drugiego imienia. Na bierzmowaniu przyjęłam imię Magdalena.
Patrz: punkt 2 :)
Niespecjalnie interesował mnie rodowód tejże świętej, jeszcze mniej interesował mnie ówczesny trend na przyjmowanie imienia Wiktoria, jakie wybrała przewaga dziewczyn.
Podobało mi się, że "moja" Magdalena wyróżnia się w gąszczu prawie samych Wiktorii.


5. Być może z silnego, niezaspokojonego pragnienia 'posiadania' siostry wynika moje ogromne marzenie, o którym już niejednokrotnie pisałam.
Marzę o córce, a najlepiej od razu o dwóch.
Pochodzę z rodziny, w której od zawsze rodzi się zdecydowanie więcej chłopców. Ba, u mnie w rodzinie nie zdarza się, aby ktoś miał dwie córeczki. Jak urodzi się chociaż jedna, już jest radość.
Ciocia na wieść, że będzie miała upragnioną wnuczkę, szalała z radości i otwierała szampana.
Trudno się dziwić, skoro calutkie życie spędziła najpierw otoczona dwoma braćmi, a później dwoma synami.


 6. Uwielbiam imię Alicja.
Żadne inne imię nie podoba mi się aż tak bardzo. Sama nie wiem dlaczego akurat Alicję tak lubię; uważam, że jej brzmienie jest przepiękne. Może to zbitka liter "cj" połączona z samogłoską "a", nie wiem.
Jakbym była Alicją, używałabym tylko i wyłącznie pełnej formy imienia.


7. Silnie oddziałują na mnie kolory. Przede wszystkim mocne. Zwłaszcza czerwony i żółty.


8. Rozwala mnie wokal  Igora Herbuta z zespołu "LemON" i chociaż teksty zespołu nie zawsze do mnie trafiają (może za stara już jestem ?), uważam, że jego głos zawiera tyle emocji, że mógłby nimi obdzielić wiele osób.
Niesamowite, że można być facetem i śpiewać z tak wielką dozą emocji.
Jego wrażliwość jest nie do podrobienia. 
 "Against All Odds" w jego wykonaniu to mistrzostwo. Hey-owski "List" również.


9.  Jakiś czas temu miałam paromiesięczny zakaz jedzenia orzechów. Ze względu na nasilającą się alergię (na brzozę, olchę i leszczynę) od ok. marca do ok. września nie mogłam ich ruszyć. To tzw. alergia krzyżowa, orzechy mogłyby nasilić alergię na pyłki.
Myślałam, że gdy orzechowy szlaban minie, wreszcie bezkarnie będę mogła je chrupać.
Nic z tego, orzechy po prostu przestały mi smakować..

10. Nie przepadam za zakupami przez internet.
Lubię dotknąć (materiał), powąchać (herbatę, książki), podotykać sobie i zobaczyć czy coś mi pasuje.
Czasem np. sweterek, który na zdjęciu prezentuje się ekstra,  po rozpakowaniu paczki okazuje się niemiły w dotyku, szorstki, nieładny i w ogóle ble.
Ja ogólnie lubię zobaczyć coś na żywo, nie przez monitor komputera. 
Ostatnio trzykrotnie miałam też przeboje z przesyłkami, co tylko pogłębiło moją niechęć.
Najpierw list utknął na poczcie i leżakował tam tydzień.
Następnie moja przesyłka wylądowała u sąsiada.
A przedwczoraj nie mogłam odebrać paczki z paczkomatu z powodu jego przepełnienia, więc musiałam popylać po nią do sklepu, z którym mi nie po drodze.
Gdy ją odebrałam i rozpakowałam, okazało się, że wszystko jest super, tylko zapomniano odczepić klips zabezpieczający. Wrr... A celowo zdecydowałam się na zakup w sklepie internetowym (wcześniej mierzonego stacjonarnie towaru), bo mi się nie chciało po sklepach chodzić. Nachodziłam się podwójnie - po paczkę i do sklepu w celu odpięcia klipsa.

piątek, 5 stycznia 2018

Pani Ewa. Siła, jaką ona w sobie ma.

Pani Ewa zna mnie od czasu, gdy byłam małym berbeciem.
To znajoma mojego taty poznana przez pracę. Dziś bliska przyjaciółka mojej rodziny.

Kobieta, która jest przykładem jak po ciężkich przeżyciach zachować optymizm i radość życia.

Jej życie usłane słodyczą nie było. Przeciwnie, od dziecka rzucano jej kłody pod dziecięce jeszcze nóżki.
Miała 4 latka, gdy zmarła jej mama. Zaledwie 26-letnia.
Jej siostra miała jeszcze mniej, chyba pół roku czy jakoś tak.

Ojciec został sam z dwoma małymi córeczkami. Nie były to jednak czasy, w jakich obecnie żyjemy my.
Dziś gdy ojcowie kąpią, przewijają, usypiają, karmią dzieci i wstają do nich w nocy, tylko czasy, w których od dzieci była matka, a ojciec zarabiał. I najczęściej poza krótką zabawą potomstwu czasu nie poświęcał, bo to wtedy niemęskie się wydawało.

Ojciec pani Ewy po jakimś czasie ponownie się ożenił. Mała Ewa i jej młodsza siostra zyskały więc macochę, a za jakiś czas przyrodnią siostrzyczkę.

Macocha najbardziej kochała swoją rodzoną córkę, a pozostałe dwie dziewczyny pewnie trochę mniej. One były starsze i miały więcej obowiązków.
I tak jak one musiały pomagać w domu, tak najmłodsza, rozpieszczona dziewczynka żyła bardziej beztrosko.
Czy pani Ewa ma dziś o to do macochy żal ? Trochę tak, ale czuje i wdzięczność za wychowanie.

Ojciec zmarł nagle w wieku chyba 56 lat. Albo mniej, nie pamiętam.
Serce.
Pojechał do miasta załatwiać szkołę dla najmłodszej córki. Nie wrócił już żywy.

Mała Ewa opuściła dom rodzinny w wieku 12 lat, udając się do szkoły z internatem.
I pewnie mniej więcej w tym czasie poczuła, że musi stać się niezależna.
Albo inaczej: zależna najlepiej od siebie samej.

Szybko się usamodzielniła i zaczęła troszczyć sama o siebie.
Praca, znajomi, przyjaciele; wszystko co ma zawdzięcza sobie.

Nigdy nie wyszła za mąż, choć wielokrotnie miała ku temu okazję.
Dziś żartuje, że gdyby wzięła ślub, byłaby już pięciokrotną wdową.  Wszyscy jej absztyfikanci leżą w grobach, a ona z uśmiechem mówi, że to nie przez nią.

Pani Ewa parę lat temu pochowała już młodszą, biologiczną siostrę. Zmarła ona na raka trzustki, a bohaterka posta troszczy się o jej osieroconą, jedyną córkę i wnuka.
Mimo, że małżeństwo siostry uważała za pomyłkę jej życia, a dziwacznego szwagra nie darzyła sympatią. Wielokrotnie o nim opowiadała, np. o tym jak rzeczony szwagier postanowił sobie wyjść ze szpitala, tj. uciec i wyszedł w białych, szpitalnych ciuchach. W tych ubraniach przejechał tramwajem przez pół miasta, wyglądając jak uciekinier z zakładu zamkniętego.

Pamiętam jak przeżywała odejście siostry, paliła wtedy jak smok.
Podniosła się z tej straty.

Dziś, będąc po 70-tce, pani Ewa postanowiła na poważnie zająć się stanem (nie)zdrowia swojej macochy. Niezadowolona ze zbyt luzackiego podejścia do sprawy przyrodniej siostry wzięły sprawy w swe ręce.
Wykorzystując urlopy i opiekę (tak, tak, ona cały czas pracuje zawodowo) stara się zapewnić swojej drugiej mamie jak najlepsze warunki po przebytej operacji.

Mimo mikrourazów z dzieciństwa, to właśnie ona okazała się osobą, która najbardziej przejęła się zdrowiem macochy. 

A macocha..
Całe życie chuchając i dmuchając na jedyną, biologiczną córkę, na starość pomocną dłoń przyjmuje od nierodzonej, silnej i niezależnej córki.

Zahartowana przez życie pani Ewa nauczyła się, że najlepiej liczyć zawsze na siebie.
I iść przed siebie, z uśmiechem, bez narzekania, bo ono nic nie daje.

Jej radość świata rozbraja.
Przebywanie w jej towarzystwie jest przyjemnością - mimo ciężkiego życia zachowała w sobie ogromne pokłady optymizmu, ciepła, uśmiechu.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

"Mustang". Film, który przewierca duszę.



Jeśli w styczniu 2018 piszę o filmie, obejrzanym w kwietniu 2016, znaczy to najczęściej jedno - film musiał być więcej niż dobry. Albo niezwykle emocjonalny, bo takie przemawiają do mnie najbardziej.

"Mustang" pozostaje w pamięci na długo, a po wyjściu z kina słychać jedynie ciszę.. Cisza przy opuszczaniu sali, cisza przy wyjściu z budynku kina.

Milczenie lepiej obrazuje uczucia po seansie niż jakiekolwiek słowa.

Turecka wioska, czasy współczesne.
5 sióstr wychowywanych przez babcię i wujka ma mówiąc wprost, przerąbane.
Młodziutkie dziewczyny są zdane na łaskę i niełaskę  żyjącej w innych czasach starszej, konserwatywnej kobiety i wuja, którego sumienie raczej nie jest czyste. 
Bez rodziców i bez jakiegokolwiek wsparcia muszą stawiać czoła niezbyt normalnym dla ich wieku sytuacjom.

Niewinne zabawy w wodzie po zakończonym roku szkolnym stają się początkiem końca ich beztroski. Naprawdę szokujące jest oglądanie na ekranie jak ludzie radosną zabawę nastolatek traktują jako obrazę majestatu.
Niesamowity klimat niby nowoczesnych czasów kontrastuje ze sposobem myślenia starszych mieszkańców wioski, co smutniejsze: kobiety kobietom czasem potrafią zgotować straszny los.

Dziewczyny, które dotąd żyły w umiarkowanie swobodnej atmosferze, z dnia na dzień zostają zamknięte w ciasnej klatce pokoju i ograniczeń ludzkich.
Bikini i krótkie szorty są zmuszone zamienić na niekobiece, bure łachy, a falujące na wietrze włosy upinać w warkocze.  W ich oknach pojawiają się kraty.

Co gorsza, babcia postanawia jak najszybciej wydać je za mąż. Wszystkie po kolei. Żeby przed śmiercią zobaczyć jeszcze ich szczęście,  czytaj: żeby mieć je z głowy.
Najstarsza z dziewczyn nie jest jeszcze w tak tragicznej sytuacji jak siostry nr 2 i 3.
Babka pozwala jej poślubić chłopaka, z którym się spotyka. Niby wszystko ok, tylko jaką ta młoda dziewczyna może mieć pewność, że nastoletnie uczucie przetrwa całe życie ?
Ciężko nam, wychowanym w wolnym kraju, zrozumieć zniewolenie kobiet z krajów muzułmańskich.
Przykro ogląda się tragedię tych młodziutkich, walczących o swoją wolność i godność dziewczyn.

One nie mają wyboru.
Najprościej byłoby uciec. Jeśli ma się dokąd.
Rodzice nastolatek najprawdopodobniej nie żyją, o innych krewnych w filmie nie ma mowy.
Wydaje mi się, że nawet jakby miały gdzieś jeszcze jakąś rodzinę, niewiele by to zmieniło.
Potrzeba czasu, by pokonać bariery tkwiące w ludzkich głowach.
Bycie kobietą w tamtym świecie oznacza przegranie losu na loterii.

Najmłodsza siostra, Lale jest nad wyraz bystra i nieustraszona. 
Dziewczynka o charakterze "nie dam się wam" jako jedyna walczy do końca. Mocny charakter nie daje się stłamsić, Lale widząc co się święci, wszczyna bunt. 
Jej starsze siostry nie mają tyle siły i samozaparcia. Na początku buntują się, ale z czasem ich zbyt słaby upór zostaje złamany. Niestety...
Lale jako tytułowy mustang, uparta jak osioł, pełna życia i wiary buntowniczka, ratuje tyle ile zdoła, czyli siebie i jedną z sióstr.
Jako jedyna stawia się porządnie, nie ma oporów, by zjechać nadgorliwą sąsiadkę czy napluć do herbaty tym, którzy zagrażają jej rodzeństwu. Lale konwenanse ma gdzieś.
Uwielbiam takich ludzi.

Druga z sióstr zostaje zmuszona do małżeństwa z chłopakiem, do którego widać, że jedyne co czuje, to niechęć.
Teściów też ma niczego sobie. Gdy po nocy poślubnej ląduje w szpitalu w celu testu dziewictwa (w XXI wieku !), jej teściowi towarzyszy broń.
'Super' życie los jej zgotował.. 

Trzecia siostra, najprawdopodobniej cierpiąca na depresję (cóż, trudno się dziwić) popełnia samobójstwo.

Czwarta tylko dzięki odwadze najmłodszej Lale, otrzymuje jeszcze szansę na poprawę swego losu.
Lale wraz z Nur uciekają. Przerażona, już zrezygnowana Nur i jeszcze pełna nadziei, niezmordowana Lale. Gnają przed siebie. Do Stambułu, do jedynej osoby, na którą Lale - miejmy nadzieję - może jeszcze liczyć..

W filmie przewija się temat wujka, którego normalnym nazwać nie można. Zarysowany wątek pozostawia wątpliwości czy niektóre z dziewczyn nie były przez niego molestowane.
Tak naprawdę należałoby obejrzeć film jeszcze raz pod tym kątem.