Każdy ma swoje dziwactwa.
Czasem zastanawiam się nad swoimi, np. takimi:
- Nie znoszę papryki. W żadnej postaci. Od dziecka jej nie lubię; drażni mnie nawet jej zapach..
Wydłubuję ją z sałatek w (oczywiście) mniej oficjalnych sytuacjach
- Znoszę do domu wszelkiego rodzaju ulotki - zarówno ulotki np. z Rossmanna czy Superpharm, jak i repertuary teatrów (a przecież cały repertuar jest dostępny w internecie) i lokalne gazetki o wszystkim i o niczym.
- Mam zwyczaj zapisywania wielu informacji na malutkich kartkach.
Z reguły notuję niebanalne cytaty, ciekawe sformułowania itp.
Karteczki walają się później po biurku, parapecie, szufladach; czasem jak ich ilość mnie wkurza, zaczynam je porządkować, tj. część przepisuję, część wyrzucam. Na niedługo wystarczają takie porządki, chociaż staram się mieć jeden wielki zeszyt do takich zapisków i minimalizować ilość fruwających karteluszków.
- Jestem nieuleczalną .. konkursowiczką. Zaczęło się niewinnie, bodajże w 2011 r., kiedy to przez przypadek znalazłam informację o konkursie smsowym w poznańskiej gazecie. Skusiłam się na wysłanie wiadomości i wygrałam podwójny bilet na teatralny spektakl "Krawiec" :)
Potem grałam już co tydzień, wciągając w to znajomych.
Z czasem spróbowałam swoich sił w konkursach książkowych i spodobało mi się - i wygrywanie i czytanie trochę innych książek, takich, po które pewnie w księgarni bym nie sięgnęła.
A to, co najbardziej lubię w konkursach, to pisanie, tworzenie, poprawianie, 'dopieszczanie' zgłoszenia.
Oczekiwanie na przesyłkę też lubię :)
- Nie przepadam za kwiatami i nie mam do nich ręki. Kwiatków doniczkowych wprawdzie trochę mam, staram się o nie dbać, żeby nie padły zbyt szybko, ale robię to często mechanicznie i nie sprawia mi to przyjemności. Opiekuję się storczykami i innymi kwiatami, które 'przejęłam' po śmierci babci i chyba nie prezentują się tak ładnie jak wtedy, gdy troszczyła się o nie babcia.
Aktualnie próbuję reanimować paprotkę - no cóż, troszkę ją przysuszyłam :/
Od dziecka nie trawię pelargonii i niejedną ciotkę już zgorszyłam, uparcie twierdząc, że pelargonie są paskudne i śmierdzą.
czwartek, 4 lutego 2016
środa, 27 stycznia 2016
Góry, góry
Góry uzależniają. Totalnie.
Tęsknię gdy długo mnie w nich nie ma.
Zdarza mi się wędrować i pytać samą siebie co mnie tu przywiodło.
Bywa i tak, że mam ich dosyć, wściekam się na swoją słabą kondycję, zbyt ciężki plecak, błoto na szlaku, ulewę ..
Zdarzało się mozolnie podchodzić w ostrym deszczu, gdy widoczność była zerowa ..
W takiej sytuacji nie przychodzą na myśl poetyckie zachwyty nad pięknem krajobrazów, prędzej cisną się na usta dwa słowa, które nie brzmią "cudnie tu", lecz "kurwa mać".
Gdy calutki dzień wędruje się w ulewie, a w butach aż chlupie, trudno z uśmiechem przypatrywać się niezwykłemu światłu, które akurat pada na pobliski szczyt.
Gdy po wieeelu godzinach marszu kolano/a dostają tak mocno w kość, że bolą mocniej niż powinny :D, przeklina się każde 100 g, które przecież sami spakowaliśmy. Najchętniej rzuciłoby się dość dobrze zapakowany plecak i wypieprzyło z niego nadmiarową, jedyną czystą koszulkę czy zapasowy kisiel, ważący tyle co nic, ale jednak zbyt dużo ..
Pamiętam pewien weekendowy wypad w góry, podczas którego obiecywałam sobie, że nigdy więcej.
Padałam ze zmęczenia, ale szłam dalej, cały czas powtarzając sobie w myślach:
mam do cholery dosyć tych gór.
Po czym wróciłam do domu, rozpakowałam się i ... zatęskniłam za podchodzeniem i schodzeniem, za widokami, za samym marszem, za zapachem lasu.
Góry..
One przyciągają, kuszą panoramami, zachwycają, szepczą niewinnie do ucha: i tak do nas wrócisz.
Wracam więc.
Odkrywam je ciągle na nowo, zakochuję się w kolejnych pasmach górskich, ładuję w nich akumulatory, chłonę górską magię wszystkimi zmysłami. W górach odcinam się od miliona problemów, zanurzam się w innej rzeczywistości, mierzonej wdechami i wydechami, poranną rosą i wieczornym niebem pełnym gwiazd.
Mrużę oczy jak kot i przyglądam się światu, widzianemu ze szczytu.
Jakiś spokojniejszy ten świat, uporządkowany, bardziej subtelny niż ten na dole..
Mała masa cudów, rozgrywająca się tuż przed moimi oczami - kolorowy motylek, fruwający w Bieszczadach, zachodzące słońce gdzieś w Sudetach, wspomnienie surowych, potężnych, acz przepięknych Tatr.
Góry oferują coś bardzo ważnego w dzisiejszych czasach - poczucie wolności.. Takiej niczym nieskrępowanej wolności.
Bliskość z naturą, zapach lasu i święty, górski spokój umożliwiają ucieczkę od przyziemności.
Choć czasem dają się mocno we znaki, to tak naprawdę nieistotne.
Tak jak książki, nadające ciepło wnętrzom mieszkań, tak góry nadają życiu .. pełni.
Gdy raz Cię zaczarują, powrócisz stęskniony/a ..
O ile bezkresne morze budzi szczery podziw i respekt, to jednak szybko się nudzi..
A góry ? One się nigdy nie znudzą :)
Tęsknię gdy długo mnie w nich nie ma.
Zdarza mi się wędrować i pytać samą siebie co mnie tu przywiodło.
Bywa i tak, że mam ich dosyć, wściekam się na swoją słabą kondycję, zbyt ciężki plecak, błoto na szlaku, ulewę ..
Zdarzało się mozolnie podchodzić w ostrym deszczu, gdy widoczność była zerowa ..
W takiej sytuacji nie przychodzą na myśl poetyckie zachwyty nad pięknem krajobrazów, prędzej cisną się na usta dwa słowa, które nie brzmią "cudnie tu", lecz "kurwa mać".
Gdy calutki dzień wędruje się w ulewie, a w butach aż chlupie, trudno z uśmiechem przypatrywać się niezwykłemu światłu, które akurat pada na pobliski szczyt.
Gdy po wieeelu godzinach marszu kolano/a dostają tak mocno w kość, że bolą mocniej niż powinny :D, przeklina się każde 100 g, które przecież sami spakowaliśmy. Najchętniej rzuciłoby się dość dobrze zapakowany plecak i wypieprzyło z niego nadmiarową, jedyną czystą koszulkę czy zapasowy kisiel, ważący tyle co nic, ale jednak zbyt dużo ..
Pamiętam pewien weekendowy wypad w góry, podczas którego obiecywałam sobie, że nigdy więcej.
Padałam ze zmęczenia, ale szłam dalej, cały czas powtarzając sobie w myślach:
mam do cholery dosyć tych gór.
Po czym wróciłam do domu, rozpakowałam się i ... zatęskniłam za podchodzeniem i schodzeniem, za widokami, za samym marszem, za zapachem lasu.
Góry..
One przyciągają, kuszą panoramami, zachwycają, szepczą niewinnie do ucha: i tak do nas wrócisz.
Wracam więc.
Odkrywam je ciągle na nowo, zakochuję się w kolejnych pasmach górskich, ładuję w nich akumulatory, chłonę górską magię wszystkimi zmysłami. W górach odcinam się od miliona problemów, zanurzam się w innej rzeczywistości, mierzonej wdechami i wydechami, poranną rosą i wieczornym niebem pełnym gwiazd.
Mrużę oczy jak kot i przyglądam się światu, widzianemu ze szczytu.
Jakiś spokojniejszy ten świat, uporządkowany, bardziej subtelny niż ten na dole..
Mała masa cudów, rozgrywająca się tuż przed moimi oczami - kolorowy motylek, fruwający w Bieszczadach, zachodzące słońce gdzieś w Sudetach, wspomnienie surowych, potężnych, acz przepięknych Tatr.
Góry oferują coś bardzo ważnego w dzisiejszych czasach - poczucie wolności.. Takiej niczym nieskrępowanej wolności.
Bliskość z naturą, zapach lasu i święty, górski spokój umożliwiają ucieczkę od przyziemności.
Choć czasem dają się mocno we znaki, to tak naprawdę nieistotne.
Tak jak książki, nadające ciepło wnętrzom mieszkań, tak góry nadają życiu .. pełni.
Gdy raz Cię zaczarują, powrócisz stęskniony/a ..
O ile bezkresne morze budzi szczery podziw i respekt, to jednak szybko się nudzi..
A góry ? One się nigdy nie znudzą :)
czwartek, 7 stycznia 2016
2016
Zjawił się i on - Nowy Rok 2016.
Nadszedł dość spokojnie, witany w górskiej scenerii. Smakował szampanem, pitym z kubka w kolorowe sówki i pachniał świeżością chwil, które dopiero nadejdą..
Kiedyś, za czasów licealnych, czyli troszkę odległych, bawiłam się w najrozmaitsze postanowienia noworoczne. Później z tego wyrosłam, a dziś chciałabym tylko ogólnie postanowić, że chcę w Nowym Roku zrobić krok do przodu, popchnąć swoje życie mocniej w określonym kierunku.
2015 był dobrym czasem, jednak nie da się ukryć, że nie rozwinęłam się w paru dziedzinach, w których mogłabym to zrobić.
Czas więc pójść przed siebie :)
poniedziałek, 30 listopada 2015
Listopadzie, dlaczego jesteś taki ponury ?
I prawie minął miesiąc, którego wyjątkowo nie lubię.
Wprawdzie jego pierwszą połowę prawie przeoczyłam, bo byłam zajęta od rana do wieczora,
a połowę drugą chciałam przespać :), ale jak to zwykle bywa - nie mogłam.
Gdy budzik dzwoni o 7 00 (i tak dobrze, że to 7, a nie np. 5), niechętnie wstaję i patrzę przez okno..
A tam albo mżawka albo deszcz, zdarzała się także ulewa.
Najchętniej zasłoniłabym okna roletą i wróciła pod ciepłą kołdrę, przykrywając się nią po uszy.
W weekend zdarzało się tak właśnie czynić :D
Od poniedziałku do piątku podnoszę się o tej 7, czasem przestawiając budzik co 5 minut, żeby jeszcze chwilę poleżeć, jeszcze minutkę..
A potem chcąc nie chcąc trzeba zacząć dzień ponuro-listopadowy.
Dopadła mnie późnojesienna niechęć, ogarnęła senność i osaczyło przygnębienie.
Ciągle ciemno, to już wystarczy, by złapać doła..
Ciekawe czy kiedyś polubię listopadowy czas ..
Wprawdzie jego pierwszą połowę prawie przeoczyłam, bo byłam zajęta od rana do wieczora,
a połowę drugą chciałam przespać :), ale jak to zwykle bywa - nie mogłam.
Gdy budzik dzwoni o 7 00 (i tak dobrze, że to 7, a nie np. 5), niechętnie wstaję i patrzę przez okno..
A tam albo mżawka albo deszcz, zdarzała się także ulewa.
Najchętniej zasłoniłabym okna roletą i wróciła pod ciepłą kołdrę, przykrywając się nią po uszy.
W weekend zdarzało się tak właśnie czynić :D
Od poniedziałku do piątku podnoszę się o tej 7, czasem przestawiając budzik co 5 minut, żeby jeszcze chwilę poleżeć, jeszcze minutkę..
A potem chcąc nie chcąc trzeba zacząć dzień ponuro-listopadowy.
Dopadła mnie późnojesienna niechęć, ogarnęła senność i osaczyło przygnębienie.
Ciągle ciemno, to już wystarczy, by złapać doła..
Ciekawe czy kiedyś polubię listopadowy czas ..
wtorek, 17 listopada 2015
Z serii: Złote myśli
"Tylko(,) że kiedy się jest szczęśliwym, nigdy się nie wie o tym"
Jarosław Iwaszkiewicz
"Na wszystko w życiu jest odpowiedni czas. Przyspieszanie tego na siłę może przynieść więcej szkody niż pożytku"
Karolina Wilczyńska włożyła te słowa w usta babci Róży w książce "Zaplątana miłość"
Zapuściłam bloga przez ostatni miesiąc. Nie wyrabiałam się czasowo, zajęta (współ)organizacją górskiego wypadu weekendowego dla ok. 80 osób.
Wyjazd wypalił :), teraz wolny czas planuję poświęcić na pisanie, czytanie i 'jesieniowanie' :)
Jarosław Iwaszkiewicz
"Na wszystko w życiu jest odpowiedni czas. Przyspieszanie tego na siłę może przynieść więcej szkody niż pożytku"
Karolina Wilczyńska włożyła te słowa w usta babci Róży w książce "Zaplątana miłość"
Zapuściłam bloga przez ostatni miesiąc. Nie wyrabiałam się czasowo, zajęta (współ)organizacją górskiego wypadu weekendowego dla ok. 80 osób.
Wyjazd wypalił :), teraz wolny czas planuję poświęcić na pisanie, czytanie i 'jesieniowanie' :)
piątek, 16 października 2015
Samotne mini-podróżowanie
Zaliczam się do osób, które wolą podróżować w grupie aniżeli samotnie.
Wprawdzie często lubię pobyć sama ze sobą i bywa, że towarzysz zaczyna mnie irytować, ale lepiej (i bezpieczniej) czuję się z kimś. Ostatnio chwilkę podróżowałam samotnie - Żywiec, Bielsko-Biała, Katowice.
Fajne było to, że sama wybierałam cel, do którego chcę się dostać.
Nikt mi niczego nie narzucał, nie szłam na żadne kompromisy.
Chciałam pojechać do Krakowa, ale spontanicznie podjęłam decyzję, że jednak wsiadam w pociąg, zmierzający... do Bielska-Białej :)
Nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczenia tego leżącego w górach tajemniczego miasta.
Dość sprawnie załatwiłam sobie nocleg i ruszyłam zwiedzać.
Ktoś mógłby popukać się w czoło, czytając, że magiczny Kraków zamieniłam na nieznaną, śląską Bielsko-Białą, po której niewiadomo czego można się spodziewać :)
Bielsko-Biała wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Wprawdzie niewielkie miasto, ale całkiem ładne.
I góry w oddali..
Mieszkańcy, jeśli tylko mają ochotę, mogą prosto po pracy spakować plecak i ruszyć na beskidzką wędrówkę. Pozytywnie zazdroszczę :)
Wartym zobaczenia miejscem w BB jest secesyjna kamienica z żabami - urocza :)
Żaby są wzorowane na postaciach z bajki Wilhelma Buscha, jak głosi tablica na kamienicy.
BB może także pochwalić się ładnym centrum z ratuszem, paroma działającymi fontannami, które przyjemnie chłodziły w sierpniowy skwar czy uroczymi, wąskimi uliczkami oraz urokliwym budynkiem dworca PKP, którego Poznań może tylko pozazdrościć. 
Dobrze się czułam w tym mieście. Odkrywałam je niespiesznie, piechotą, zaglądając w jego zakamarki.

Znajduje się tam również dość oryginalne muzeum, mianowicie Muzeum Fiata 126 P. :)
Zainteresowało ono nawet taką motoryzacyjną ignorantkę jak ja.
Zajrzałam do środka z ciekawości. Muzeum-kawiarnia czy też kawiarnia-muzeum to dość przytulna miejscówka, trochę żałuję, że nie skusiłam się na wypicie herbaty czy czekolady w takim 'maluchowym' otoczeniu.


Kolejnego dnia zastanawiałam się jakie miasto jutro obrać na cel samotnego zwiedzania.
Częstochowa ? Katowice ? Bytom ?
Może Rybnik ?
Miało być blisko, żeby nie tracić czasu w PKP/PKSie; poza tym szukałam miejsca ciekawego, niespotykanego, które mnie zaskoczy bądź zauroczy.
Jako, że kiedyś czytałam o katowickim Nikiszowcu ze słynnymi familokami, jakich podobno nie ma nigdzie indziej w całej Europie, postawiłam na stolicę województwa śląskiego.
Być może to był mój błąd :), ale Katowice mnie raczej zniechęciły niż zachwyciły.
Wysiadłam z pociągu i już na starcie pojawił się problem ze znalezieniem noclegu.
Albo zajęte albo cena powalała. Do głosu doszła moja poznańska mentalność skąpca, dziwiąca się jak drogie jest w tak brzydkim (!) mieście wynajęcie pokoju. Próbowałam ją uciszyć, bo gdzieś spać jednak trzeba, lecz ona cały czas szeptała, że tyle to można zapłacić we Wrocławiu albo w Krakowie, ale nie tutaj.
Szukając jakiegoś lokum, przeszłam kawałek miasta - miasta, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest ładne. Bo nie ukrywajmy - pięknem Katowice nie grzeszą.
Zwiedziłam to, co planowałam - Nikiszowiec,
któremu niedługo (mam nadzieję :P) poświęcę osobny wpis.
Pokręciłam się po centrum miasta, zahaczając o słynny katowicki spodek. który jednak mnie nie powalił i nie bardzo wiedziałam co mam z sobą począć.
Weszłam do oddziału Muzeum Śląskiego i zapytałam portiera co - oprócz Nikiszowca - warto zobaczyć w Katowicach. (muzea już były pozamykane)
Zdziwiony odparł, że tu w centrum to chyba nic, ale zawsze mogę pochodzić po knajpach. Jako, że sama po barach nie chadzam, nie wykazałam zainteresowania tą propozycją.
Podobne pytanie zadałam paniom z baru, gdzie zatrzymałam się na dość późną obiadokolację, niestety one także nie potrafiły znaleźć nic interesującego w stolicy woj. śląskiego.
W hostelu, gdzie zatrzymałam się na noc, usłyszałam, że doba ho(s)telowa kończy się o 10 00, ale rozczarowana Katowicami klucze oddałam już ok. 8 30 rano i pognałam na dworzec. Byle dalej stąd :)
Chciałam jeszcze zawitać do Częstochowy, w której byłam zaledwie raz w życiu, na wycieczce szkolnej przed maturą, czyli dawno :) Jednak nie chcąc przeciążać kontuzjowanego kolana odpuściłam ten wypad.
Innym razem. Podobno co się odwlecze... :)
Co było najtrudniejsze w samotnym jeżdżeniu ?
Dla mnie zdecydowanie wieczory, kiedy zostawałam sama w pustych pokojach i nie miałam do kogo się odezwać. I powroty nieznanymi ulicami do tychże pustych pokojów, które to - ulice w Katowicach - nie sprawiały wrażenia bezpiecznych. Tzw. podejrzane typy, mijane na opustoszałych jak na dość duże miasto drogach. I moja bujna wyobraźnia, podsuwająca pesymistyczne obrazy nieszczęśliwego powrotu w całości do pokoju, a już na pewno bez torebki i ... zębów.
Co spodobało mi się najbardziej ?
Jechałam gdzie chciałam :), dużo chodziłam i nikt mi nie marudził nad uchem, że cały dzień tylko łażę i łażę.
W dzień w ogóle nie odczuwałam samotności, czułam się dobrze sama ze sobą. Ba, ja nawet byłam zadowolona, że jestem sama i nikt mi głowy nie zawraca :)
Poza tym wszędzie mijałam ludzi - na ulicy, w sklepie, autobusie, co chwilę z kimś rozmawiałam.
Przesympatyczni ludzie, chętnie wyjaśniający jak najsprawniej dostanę się tam, gdzie zaplanowałam itp. - wypytywali czy mogą mi jeszcze jakoś pomóc.
Miły pan w Żywcu stwierdził, że on również zmierza w okolice dworca PKP i mogę zabrać się z nim, po czym odprowadził mnie pod sam budynek i zawrócił, bo musiał się trochę cofnąć, dworzec jednak był mu nie do końca po drodze..
Babka w małej, podbeskidzkiej wiosce, w której musiałam przenocować, gdy kolano zaniemogło, tak się mną przejęła, że dała mi swój numer telefonu i powiedziała, że mam dzwonić nawet w środku nocy, jakby coś się niedobrego działo. Rano przyszła wcześniej i dopytywała czy z moim kolanem już lepiej.
Młoda dziewczyna w sklepie spożywczym przy dworcu w Bielsko-Białej zapytana czy mogłaby mi polecić jakiś nocleg na jedną noc, sama zaczęła mi go szukać. Gdy zaprotestowałam, tłumacząc, że już sama to ogarnę, szukała dalej, upierając się, że dla niej to żaden problem.
Starsza pani w Katowicach zadzwoniła do męża z pytaniem czy on mógłby znaleźć adres jakiegoś sprawdzonego lokum, bo tam, gdzie my dzwonimy albo nikt nie odbiera albo proponują cenę iście warszawską.
Itd., itp. :)
P.S. Może niesprawiedliwie oceniam Katowice, z pewnością znajdują się tam urocze zaułki i powalające pięknem miejsca, mnie jednak to miasto po prostu nie urzekło.
poniedziałek, 5 października 2015
Słowa magiczne
"W sercu pozostają nie ci, z którymi najczęściej coś robiliśmy albo rozmawialiśmy,
lecz ci, którzy poruszyli naszą duszę i zaczarowali nasze serce"
Właśnie tak :)
Tylko skąd te słowa wzięły się w jednym z wielu moich notesów z zapiskami ?
lecz ci, którzy poruszyli naszą duszę i zaczarowali nasze serce"
Właśnie tak :)
Tylko skąd te słowa wzięły się w jednym z wielu moich notesów z zapiskami ?
Subskrybuj:
Posty (Atom)







