Sama nie do końca wierzę w to, co napisałam..
Nie dopuszczam do siebie myśli, że on jest zły, że ludzie są tacy okropni
Przecież nie są.
Ludzie potrafią być cudowni, pomocni, przyjacielscy..
Bezinteresownie wyciągają dłoń, gdy jej potrzebujemy
Sami z siebie chcą być blisko nie tylko gdy świeci słońce, także wtedy gdy w duszy pada deszcz..
Tyle ciepłych słów otrzymałam w 2008 r., od bliskich, ale też od całkiem obcych ludzi
Czasem sama nie wierzyłam w ogromne ilości ludzkiego dobra..
Tyle pomocy dostałam, nawet gdy nie prosiłam..
Tak dużo najróżniejszych prezentów bez okazji, prezentów prosto z serca
Pamiętam taką sytuację z uczelni, gdy koleżanka sama z siebie zrobiła za mnie zadanie na zajęcia (dość czasochłonne i trudne), podpisała moim nazwiskiem, po czym jeszcze mi je wydrukowała i przyniosła :)
A inna przyjechała wiele kilometrów tylko dlatego, bo byłam smutna..
Gdy mieszkałam w BDG i nie miałam jeszcze internetu/tv/radia, kolega dzwonił w niedzielne wieczory, bo wiedział, że jestem całkiem sama w mieszkaniu ..
Wymieniać mogę długo..
Ludzie zaskakują dobrocią :)
A on nie jest zły..
Przecież ktoś, kochający koty, góry i przyrodę, nie może być okrutny.
środa, 15 października 2014
jak najmocniej dowalić
Jeszcze mnie męczy ta sytuacja
Boli potworne zachowanie i robienie wszystkiego, by jak najmocniej zranić
Od dorosłej osoby oczekuje się raczej poważnych zachowań
A tu albo dziecinada albo okrutne traktowanie
Znajomi mówią - ciesz się, że się skończyło, on by cię całkowicie zniszczył, nie wytrzymałabyś psychicznie jego zachowań..
Pewnie mają rację.
Gdy napisałam, że widocznie jeszcze go potrzebuję, za niedługi czas zrobił co zrobił.
Myślałam, że zwariuję... z niedowierzania, z bezsilności, z żalu..
Gdy ktoś pisze czy mówi, że mnie potrzebuje, staram się nie zawieść.. Być, pomóc..
I to działa w obie strony
Nie spotkałam się jeszcze z takim - dla mnie - okrucieństwem..
Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, że ktoś informuje mnie, ze jestem mu potrzebna, a ja to olewam, niszcząc czyjąś psychikę..
Sumienie by mnie wykończyło.
Jak można spokojnie zasnąć ze świadomością, że przeze mnie ktoś potwornie cierpi ?
Ja nie potrafię i mam nadzieję, że nigdy nie stanę się bezwzględną, wredną i niesprawiedliwą egoistką.. I że nigdy nikt nie będzie cierpiał przez moje wredne zachowanie..
"Żyj tak, aby nikt nigdy przez ciebie nie płakał..."
Nie pamiętam już skąd znam te słowa, towarzyszą mi od wielu lat ..
I naprawdę potrafię docenić parę jego pozytywnych zachowań..
To nie tak, że widzę tylko to, co krzywdzące..
Tylko złego jest jednak zbyt dużo..
Doceniam, że po długim czasie jednak się zebrał i przyjechał ..
Przemilczę co było przedtem..
Ile nocy wpatrywałam się w sufit, próbując sobie poukładać jego zachowanie w jedną logiczną całość..
Ile weekendów czekałam na jego przyjazd i jakiekolwiek wyjaśnienia
Jakby poinformował, że np. chce wpaść, ale to dla niego ciężkie i potrzebuje trochę czasu - zrozumiałabym.
Ale nie, po co .. Prościej się nie odzywać albo odzywać się wrogo
Tak samo jak łatwiej było zadzwonić w lutym i wymienić moje wady, zrzucić winę na mnie..
Bo Ty to, bo Ty tamto, bo Ty źle..
A przecież zanim oceni się drugą osobę, trzeba spojrzeć na siebie i swoje własne wady ...
Wszystko ja źle zrobiłam, wszystko przeze mnie, wszystko nie tak
Tylko, że ja się starałam :(
I nawet gdy świat rozpadł mi się po raz kolejny na drobne części, gdy musiałam pochować ukochaną babcię i gdy z temperaturą 40 st. ledwo zwlekałam się z łóżka, nie mając siły nawet zrobić sobie gorącej herbaty, dygocąc z zimna, STARAŁAM SIĘ, interesowałam się jak mu idzie pisanie pracy, jak sobie radzi itp.
Wiem, niezbyt miłe takie pisanie z mojej strony ..
Ale naprawdę było źle i naprawdę go potrzebowałam..
Biegając od lekarza do lekarza miałam dosyć wszystkiego - badań, diagnoz, osłabienia, gorączki..
Marzyłam o jakimkolwiek wyjeździe, gdziekolwiek, byle móc odpocząć..
Nie mogłam, byłam zbyt słaba fizycznie :(
Gdy trzeba było uśpić mojego 14-letniego psa, już nawet nie płakałam, tylko po prostu wyłam ..
Byłam przerażona, wszystko zbiegło się w czasie - walka o życie babci, moje dość poważne chorowanie i jeszcze psiak..
Nigdy niczego nie docenił.
Nawet teraz, niedawno, gdy miałam nadzieję, że skoro ma odpowiednią wiedzę, to pomoże chociaż uporać się ze stratą babci, że chociaż raz coś dobrego zrobi, coś naprawi..
Może jego celem było dowalenie mi tak, żebym siedziała i płakała ?
Może tylko o to mu chodziło ?
Chciał sprawdzić jak to jest zniszczyć człowieka i zostawić samego ?
No tak, zapomniałam, przecież jego też skrzywdzono, więc tym samym sam dał sobie prawo do krzywdzenia ludzi .. W sumie kiedyś coś takiego powiedział.
Boli potworne zachowanie i robienie wszystkiego, by jak najmocniej zranić
Od dorosłej osoby oczekuje się raczej poważnych zachowań
A tu albo dziecinada albo okrutne traktowanie
Znajomi mówią - ciesz się, że się skończyło, on by cię całkowicie zniszczył, nie wytrzymałabyś psychicznie jego zachowań..
Pewnie mają rację.
Gdy napisałam, że widocznie jeszcze go potrzebuję, za niedługi czas zrobił co zrobił.
Myślałam, że zwariuję... z niedowierzania, z bezsilności, z żalu..
Gdy ktoś pisze czy mówi, że mnie potrzebuje, staram się nie zawieść.. Być, pomóc..
I to działa w obie strony
Nie spotkałam się jeszcze z takim - dla mnie - okrucieństwem..
Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, że ktoś informuje mnie, ze jestem mu potrzebna, a ja to olewam, niszcząc czyjąś psychikę..
Sumienie by mnie wykończyło.
Jak można spokojnie zasnąć ze świadomością, że przeze mnie ktoś potwornie cierpi ?
Ja nie potrafię i mam nadzieję, że nigdy nie stanę się bezwzględną, wredną i niesprawiedliwą egoistką.. I że nigdy nikt nie będzie cierpiał przez moje wredne zachowanie..
"Żyj tak, aby nikt nigdy przez ciebie nie płakał..."
Nie pamiętam już skąd znam te słowa, towarzyszą mi od wielu lat ..
I naprawdę potrafię docenić parę jego pozytywnych zachowań..
To nie tak, że widzę tylko to, co krzywdzące..
Tylko złego jest jednak zbyt dużo..
Doceniam, że po długim czasie jednak się zebrał i przyjechał ..
Przemilczę co było przedtem..
Ile nocy wpatrywałam się w sufit, próbując sobie poukładać jego zachowanie w jedną logiczną całość..
Ile weekendów czekałam na jego przyjazd i jakiekolwiek wyjaśnienia
Jakby poinformował, że np. chce wpaść, ale to dla niego ciężkie i potrzebuje trochę czasu - zrozumiałabym.
Ale nie, po co .. Prościej się nie odzywać albo odzywać się wrogo
Tak samo jak łatwiej było zadzwonić w lutym i wymienić moje wady, zrzucić winę na mnie..
Bo Ty to, bo Ty tamto, bo Ty źle..
A przecież zanim oceni się drugą osobę, trzeba spojrzeć na siebie i swoje własne wady ...
Wszystko ja źle zrobiłam, wszystko przeze mnie, wszystko nie tak
Tylko, że ja się starałam :(
I nawet gdy świat rozpadł mi się po raz kolejny na drobne części, gdy musiałam pochować ukochaną babcię i gdy z temperaturą 40 st. ledwo zwlekałam się z łóżka, nie mając siły nawet zrobić sobie gorącej herbaty, dygocąc z zimna, STARAŁAM SIĘ, interesowałam się jak mu idzie pisanie pracy, jak sobie radzi itp.
Wiem, niezbyt miłe takie pisanie z mojej strony ..
Ale naprawdę było źle i naprawdę go potrzebowałam..
Biegając od lekarza do lekarza miałam dosyć wszystkiego - badań, diagnoz, osłabienia, gorączki..
Marzyłam o jakimkolwiek wyjeździe, gdziekolwiek, byle móc odpocząć..
Nie mogłam, byłam zbyt słaba fizycznie :(
Gdy trzeba było uśpić mojego 14-letniego psa, już nawet nie płakałam, tylko po prostu wyłam ..
Byłam przerażona, wszystko zbiegło się w czasie - walka o życie babci, moje dość poważne chorowanie i jeszcze psiak..
Nigdy niczego nie docenił.
Nawet teraz, niedawno, gdy miałam nadzieję, że skoro ma odpowiednią wiedzę, to pomoże chociaż uporać się ze stratą babci, że chociaż raz coś dobrego zrobi, coś naprawi..
Może jego celem było dowalenie mi tak, żebym siedziała i płakała ?
Może tylko o to mu chodziło ?
Chciał sprawdzić jak to jest zniszczyć człowieka i zostawić samego ?
No tak, zapomniałam, przecież jego też skrzywdzono, więc tym samym sam dał sobie prawo do krzywdzenia ludzi .. W sumie kiedyś coś takiego powiedział.
piątek, 10 października 2014
świat nigdy się nie zatrzyma..
Patrząc na to co ostatnio dzieje, mimo, że jestem z boku, czuję ból i rozpacz tych, których teraz dotknęła taka tragedia..
Nie muszę spojrzeć w ich oczy, by wiedzieć co przeżywają..
Nie dlatego, że jestem taka mądra, domyślna i empatyczna.
Nie jestem. Wcale.
Straciłam już parę osób, które były mi bliskie.
Straciłam osobę młodą, 20-paroletnią.
I niestety wiem jak to boli..
Chociaż wolałabym nie wiedzieć. I nie czuć tego potwornego kłucia w środku.
Tego żalu..
Bólu, który rozrywa serce i przeszywa duszę .. Nie pozwala funkcjonować..
Tak, jakby wszystkie narządy wewnętrzne próbowały z rozpaczy przedrzeć się na zewnątrz..
Śmierć człowieka młodego, pełnego życia, mającego setki planów i marzeń wytrąca z równowagi.
Bo jak to ? Jak to możliwe, że odchodzi taka wspaniała osoba, ciągle uśmiechnięta, pomagająca innym, zarażająca optymizmem i wiarą, że wszystko będzie dobrze.
Ciągle mi powtarzał, że wszystko się ułoży, będzie dobrze, bo musi być.
Uczył mnie optymizmu i wiary w świat.
Nauczył..
Nauczył i odszedł.
A ja zostałam. I nie wiedziałam co dalej, bo nie widziałam dalszego sensu niczego. Wszystko było bezsensowne, puste.. Nie rozumiałam dlaczego świat się nie zatrzymał..
Mój świat rozsypał się na miliony kawałeczków i długo go zbierałam.. Siebie też.
Patrzyłam na wschodzące słońce i dziwiłam się, po co ono wstaje.
Gdzieś obok przemykały zmieniające się pory roku, ledwo je dostrzegałam, zresztą i tak było mi to całkowicie obojętne.
Zatrzymałam się.
Miałam 23 lata. Zwolniłam, przewartościowałam swoje poglądy. Zmieniłam się, zdaniem wielu tych, co mnie znali..
Musiałam dorosnąć. Nagle i brutalnie odebrano mi beztroskę.
Dopiero jego śmierć uświadomiła mi jak kruche jest (młode) życie...
I pokazała, co jest w życiu ważne..
Wtedy zrozumiałam, że ciągle za czymś gonimy i w tym szaleńczym pędzie gubimy to, co ważne - siebie..
Dotarły do mnie banalne prawdy, tak proste, ale zarazem tak trudne.
Spadłam na dno rozpaczy i mozolnie się z niego wydostawałam.
Nie byłam sama.
Dziękuję wszystkim, którzy wtedy BYLI.
Byli ze mną, nie pozostawili samej sobie.
Chociaż bywałam niemiła, obojętna, apatyczna, zaryczana zawsze doceniałam to, że jesteście.
Nawet gdy o tym nie mówiłam.
Uczyłam się żyć na nowo.
Bardziej świadomie.
Z ogromnym żalem, bólem, buntem, złością, bezsilność wstawałam co rano.
Wstawałam, bo musiałam.
On chciałby, żebym żyła dalej.
Poza tym miałam dla kogo żyć.
Świat się nie zatrzymał. I nie zatrzyma nigdy.
Dla świata nic się nie stało, ot jedno ludzkie życie mniej..
Wszystko toczy się dalej. Kolejne młode istnienia znikają.
Następne osoby wariują z bólu, zastanawiając się po co to wszystko - po co po nocy wstaje dzień a po zimie nadchodzi wiosna..
Jeszcze nie zobojętniałam na świat.
Jeszcze pęka mi serce, gdy słyszę, że odchodzi ktoś, kto dopiero zaczynał życie..
Trzy nastoletnie życia zgasły po wypadku w moim mieście..
Odeszła młoda aktorka, jedna z niewielu, jakie ceniłam. Jako człowieka. Za naturalność i przede wszystkim mądrość życiową. Wiele lat temu, jeszcze przed stratą K., przeczytałam gdzieś wywiad z nią. Chyba w poznańskiej gazecie, za czasów jak ona tu mieszkała. Zapamiętałam zdanie "Najważniejsza w życiu jest rodzina"
Każdego dnia rozgrywają się ludzkie dramaty..
Płyną łzy, pękają serca.
Tragedie tych, którzy odchodzą i tych, co zostają ..
"Pod ciemnym światłem gwiazd jak ciężko żyć tym, co ...................... ZOSTALI..."
Nie muszę spojrzeć w ich oczy, by wiedzieć co przeżywają..
Nie dlatego, że jestem taka mądra, domyślna i empatyczna.
Nie jestem. Wcale.
Straciłam już parę osób, które były mi bliskie.
Straciłam osobę młodą, 20-paroletnią.
I niestety wiem jak to boli..
Chociaż wolałabym nie wiedzieć. I nie czuć tego potwornego kłucia w środku.
Tego żalu..
Bólu, który rozrywa serce i przeszywa duszę .. Nie pozwala funkcjonować..
Tak, jakby wszystkie narządy wewnętrzne próbowały z rozpaczy przedrzeć się na zewnątrz..
Śmierć człowieka młodego, pełnego życia, mającego setki planów i marzeń wytrąca z równowagi.
Bo jak to ? Jak to możliwe, że odchodzi taka wspaniała osoba, ciągle uśmiechnięta, pomagająca innym, zarażająca optymizmem i wiarą, że wszystko będzie dobrze.
Ciągle mi powtarzał, że wszystko się ułoży, będzie dobrze, bo musi być.
Uczył mnie optymizmu i wiary w świat.
Nauczył..
Nauczył i odszedł.
A ja zostałam. I nie wiedziałam co dalej, bo nie widziałam dalszego sensu niczego. Wszystko było bezsensowne, puste.. Nie rozumiałam dlaczego świat się nie zatrzymał..
Mój świat rozsypał się na miliony kawałeczków i długo go zbierałam.. Siebie też.
Patrzyłam na wschodzące słońce i dziwiłam się, po co ono wstaje.
Gdzieś obok przemykały zmieniające się pory roku, ledwo je dostrzegałam, zresztą i tak było mi to całkowicie obojętne.
Zatrzymałam się.
Miałam 23 lata. Zwolniłam, przewartościowałam swoje poglądy. Zmieniłam się, zdaniem wielu tych, co mnie znali..
Musiałam dorosnąć. Nagle i brutalnie odebrano mi beztroskę.
Dopiero jego śmierć uświadomiła mi jak kruche jest (młode) życie...
I pokazała, co jest w życiu ważne..
Wtedy zrozumiałam, że ciągle za czymś gonimy i w tym szaleńczym pędzie gubimy to, co ważne - siebie..
Dotarły do mnie banalne prawdy, tak proste, ale zarazem tak trudne.
Spadłam na dno rozpaczy i mozolnie się z niego wydostawałam.
Nie byłam sama.
Dziękuję wszystkim, którzy wtedy BYLI.
Byli ze mną, nie pozostawili samej sobie.
Chociaż bywałam niemiła, obojętna, apatyczna, zaryczana zawsze doceniałam to, że jesteście.
Nawet gdy o tym nie mówiłam.
Uczyłam się żyć na nowo.
Bardziej świadomie.
Z ogromnym żalem, bólem, buntem, złością, bezsilność wstawałam co rano.
Wstawałam, bo musiałam.
On chciałby, żebym żyła dalej.
Poza tym miałam dla kogo żyć.
Świat się nie zatrzymał. I nie zatrzyma nigdy.
Dla świata nic się nie stało, ot jedno ludzkie życie mniej..
Wszystko toczy się dalej. Kolejne młode istnienia znikają.
Następne osoby wariują z bólu, zastanawiając się po co to wszystko - po co po nocy wstaje dzień a po zimie nadchodzi wiosna..
Jeszcze nie zobojętniałam na świat.
Jeszcze pęka mi serce, gdy słyszę, że odchodzi ktoś, kto dopiero zaczynał życie..
Trzy nastoletnie życia zgasły po wypadku w moim mieście..
Odeszła młoda aktorka, jedna z niewielu, jakie ceniłam. Jako człowieka. Za naturalność i przede wszystkim mądrość życiową. Wiele lat temu, jeszcze przed stratą K., przeczytałam gdzieś wywiad z nią. Chyba w poznańskiej gazecie, za czasów jak ona tu mieszkała. Zapamiętałam zdanie "Najważniejsza w życiu jest rodzina"
Każdego dnia rozgrywają się ludzkie dramaty..
Płyną łzy, pękają serca.
Tragedie tych, którzy odchodzą i tych, co zostają ..
"Pod ciemnym światłem gwiazd jak ciężko żyć tym, co ...................... ZOSTALI..."
sobota, 4 października 2014
Malowanie słowem
Ostatnio odpuściłam sobie trochę koncertów, ale tego przegapić nie mogłam.
I nie miało znaczenia, że nic nie pasuje - dzień, godzina, miejsce czy dojazd. Musiałam tam być i koniec :)
Poprzestawiałam plany, pokombinowałam, przedarłam się przez popołudniowe piątkowe korki.
Lubię słuchać muzyki na żywo. Od zawsze.
Jej głos mnie rozwala. Nie wiem co ona w tym głosie ma, ciężko mi to nazwać.
Coś niesprecyzowanego, ale cudnego, hipnotyzującego.
Taki głos w dawnym stylu, wywołujący niemy zachwyt.
Inna przestrzeń, inny świat.
Jej muzyka jest inna niż to, czego czasem jestem zmuszona słuchać w radiu.
Coraz bardziej się męczę jak muszę dłużej słuchać tej byle jakiej radiowej papki.
Odkrywam sobie, sama dla siebie, inny muzyczny świat, szukam inspiracji, grzebię w najróżniejszych muzycznych gatunkach.
Dziś, gdy mamy internet, nie jest to trudne.
Szkoda, że tylu utalentowanych muzyków pozostaje niedocenionych, kompletnie nieznanych, a w mediach króluje bylejakość i totalna tandeta...
Takie to wszystko kolorowe, głośne, błyszczące, ale ... puste.
Wczoraj było magicznie..
Klimatycznie..
Nostalgicznie..
Zdjęć lepszej jakości niestety nie mam.
Dorota Osińska, bo o niej mowa, rzadko koncertuje w moich okolicach.
Tym bardziej się cieszę, że udało mi się w końcu dotrzeć, zasłuchać się..
A gdy ona po koncercie wyszła podpisać płyty, porozmawiać, jej mała córeczka czarowała niebieskimi oczami..
Ciekawie by było, móc usłyszeć Dorotę Osińską w poznańskiej operze, akustycznie..
I nie miało znaczenia, że nic nie pasuje - dzień, godzina, miejsce czy dojazd. Musiałam tam być i koniec :)
Poprzestawiałam plany, pokombinowałam, przedarłam się przez popołudniowe piątkowe korki.
Lubię słuchać muzyki na żywo. Od zawsze.
Jej głos mnie rozwala. Nie wiem co ona w tym głosie ma, ciężko mi to nazwać.
Coś niesprecyzowanego, ale cudnego, hipnotyzującego.
Taki głos w dawnym stylu, wywołujący niemy zachwyt.
Inna przestrzeń, inny świat.
Jej muzyka jest inna niż to, czego czasem jestem zmuszona słuchać w radiu.
Coraz bardziej się męczę jak muszę dłużej słuchać tej byle jakiej radiowej papki.
Odkrywam sobie, sama dla siebie, inny muzyczny świat, szukam inspiracji, grzebię w najróżniejszych muzycznych gatunkach.
Dziś, gdy mamy internet, nie jest to trudne.
Szkoda, że tylu utalentowanych muzyków pozostaje niedocenionych, kompletnie nieznanych, a w mediach króluje bylejakość i totalna tandeta...
Takie to wszystko kolorowe, głośne, błyszczące, ale ... puste.
Wczoraj było magicznie..
Klimatycznie..
Nostalgicznie..
Zdjęć lepszej jakości niestety nie mam.
Dorota Osińska, bo o niej mowa, rzadko koncertuje w moich okolicach.
Tym bardziej się cieszę, że udało mi się w końcu dotrzeć, zasłuchać się..
A gdy ona po koncercie wyszła podpisać płyty, porozmawiać, jej mała córeczka czarowała niebieskimi oczami..
Ciekawie by było, móc usłyszeć Dorotę Osińską w poznańskiej operze, akustycznie..
czwartek, 2 października 2014
Wieczorne pisanie
Zanim dojdę do tematu właściwego bloga, minie jeszcze mnóstwo czasu.
Podobno nie jest dobrym pomysłem mieszać to, o czym z założenia miał być blog z moimi przemyśleniami.
Lubię być na przekór, więc znając siebie pewnie zmiksuję wszystko w jednym miejscu.
Gdy pojawi się temat właściwy, spróbuję zaprowadzić trochę porządku.
Na razie to piszę sobie, ot tak, wieczorami. Sama dla siebie.
Nie dbając o ład.
Pierwszy raz w życiu cieszę się na nadchodzącą jesień.
Zwykle z ubytkiem słońca ubywało mi energii, a szare, deszczowe dni pozbawiały mnie dobrego humoru. O ile październik jeszcze w miarę znosiłam, to depresyjny listopad stawał się moim najgorszym miesiącem w roku..
Gdy listopadowe poranki niepostrzeżenie zmieniają się w wieczory, znika ochota na spacer, rower, kino czy teatr. Wielokrotnie zastanawiałam się dlaczego listopad tak dołuje..
Parę powodów by się znalazło. Główny jest banalny - wszystko rozpływa się w ciemności..
Świat przestaje zachwycać magią, a zaczyna przerażać ciemnością.
Jak byłam mała, bałam się zasypiać przy zgaszonym świetle, zapalano mi wówczas małą lampkę. I już było przyjemniej. Inaczej, jaśniej, pogodniej, łatwiej.
Do dziś nie lubię schodzić w ciemności do piwnicy.
Nigdy w życiu nie obejrzałam horroru i pewnie tak już pozostanie..
Jak robi się ciemno, mrocznie i upiornie, najchętniej schowałabym głowę pod kołdrę..
W tym roku jesień będzie inna.
Spokojniejsza, zaczytana, przespacerowana. Smutek we mnie powinien zniknąć, rozprysnąć się jak bańka mydlana na wrocławskim rynku.
Chcę odkryć inną jesienną przestrzeń, taką, jakiej jeszcze nie znam.
Tak to sobie wymyśliłam, słuchając muzyki i pisząc w przyćmionym świetle..
Podobno nie jest dobrym pomysłem mieszać to, o czym z założenia miał być blog z moimi przemyśleniami.
Lubię być na przekór, więc znając siebie pewnie zmiksuję wszystko w jednym miejscu.
Gdy pojawi się temat właściwy, spróbuję zaprowadzić trochę porządku.
Na razie to piszę sobie, ot tak, wieczorami. Sama dla siebie.
Nie dbając o ład.
Pierwszy raz w życiu cieszę się na nadchodzącą jesień.
Zwykle z ubytkiem słońca ubywało mi energii, a szare, deszczowe dni pozbawiały mnie dobrego humoru. O ile październik jeszcze w miarę znosiłam, to depresyjny listopad stawał się moim najgorszym miesiącem w roku..
Gdy listopadowe poranki niepostrzeżenie zmieniają się w wieczory, znika ochota na spacer, rower, kino czy teatr. Wielokrotnie zastanawiałam się dlaczego listopad tak dołuje..
Parę powodów by się znalazło. Główny jest banalny - wszystko rozpływa się w ciemności..
Świat przestaje zachwycać magią, a zaczyna przerażać ciemnością.
Jak byłam mała, bałam się zasypiać przy zgaszonym świetle, zapalano mi wówczas małą lampkę. I już było przyjemniej. Inaczej, jaśniej, pogodniej, łatwiej.
Do dziś nie lubię schodzić w ciemności do piwnicy.
Nigdy w życiu nie obejrzałam horroru i pewnie tak już pozostanie..
Jak robi się ciemno, mrocznie i upiornie, najchętniej schowałabym głowę pod kołdrę..
W tym roku jesień będzie inna.
Spokojniejsza, zaczytana, przespacerowana. Smutek we mnie powinien zniknąć, rozprysnąć się jak bańka mydlana na wrocławskim rynku.
Chcę odkryć inną jesienną przestrzeń, taką, jakiej jeszcze nie znam.
Tak to sobie wymyśliłam, słuchając muzyki i pisząc w przyćmionym świetle..
wtorek, 30 września 2014
spokój
Mało we mnie spokoju od jakiegoś czasu.
Od maja zeszłego roku w zasadzie brakuje mi ciszy w sobie..
Dużo się działo, wiele trudnych chwil, stresu, wylanych łez, nieprzespanych nocy, chorób..
Radości też wiele, ale gdzieś umykały mi szczęśliwe chwile.
Czułam się przygwożdżona ciężarem tego, co się działo, to za dużo jak dla mnie..
Podobno jest taka granica cierpienia, za którą uśmiech pogodny się zaczyna..
Być może to ten moment.
Jest jak jest. Chyba nie najgorzej.
Gdy patrzę na to, co się wydarzyło w mojej rodzinnej mieścince w ostatni dzień oficjalnych wakacji, dochodzę do wniosku, że u mnie nie jest jeszcze najgorzej.
Żyję, mam rodzinę, przyjaciół, ich wsparcie, słowa otuchy.
Pomimo ostrych zawirowań zdrowotnych jakoś jest.
Ola i Kamil nie mieli tyle szczęścia. Marcin też nie.
Czym są moje problemy w porównaniu do tragedii, jaka ich spotkała..
Nie potrafię jeszcze o tym pisać, co nie zmienia faktu, że to co się stało, mną wstrząsnęło..
Po prostu walnęło to we mnie, z taką siłą, że poczułam się porażona.
Szok, niedowierzanie, żal.
Tacy młodzi, tacy piękni oboje.. Zakochani, mający to, co najważniejsze - siebie.
Ułamki sekund, czyjaś skrajna głupota, tępota, brak odpowiedzialności - i koniec.
Tak po prostu..
Od maja zeszłego roku w zasadzie brakuje mi ciszy w sobie..
Dużo się działo, wiele trudnych chwil, stresu, wylanych łez, nieprzespanych nocy, chorób..
Radości też wiele, ale gdzieś umykały mi szczęśliwe chwile.
Czułam się przygwożdżona ciężarem tego, co się działo, to za dużo jak dla mnie..
Podobno jest taka granica cierpienia, za którą uśmiech pogodny się zaczyna..
Być może to ten moment.
Jest jak jest. Chyba nie najgorzej.
Gdy patrzę na to, co się wydarzyło w mojej rodzinnej mieścince w ostatni dzień oficjalnych wakacji, dochodzę do wniosku, że u mnie nie jest jeszcze najgorzej.
Żyję, mam rodzinę, przyjaciół, ich wsparcie, słowa otuchy.
Pomimo ostrych zawirowań zdrowotnych jakoś jest.
Ola i Kamil nie mieli tyle szczęścia. Marcin też nie.
Czym są moje problemy w porównaniu do tragedii, jaka ich spotkała..
Nie potrafię jeszcze o tym pisać, co nie zmienia faktu, że to co się stało, mną wstrząsnęło..
Po prostu walnęło to we mnie, z taką siłą, że poczułam się porażona.
Szok, niedowierzanie, żal.
Tacy młodzi, tacy piękni oboje.. Zakochani, mający to, co najważniejsze - siebie.
Ułamki sekund, czyjaś skrajna głupota, tępota, brak odpowiedzialności - i koniec.
Tak po prostu..
taka mała dziewczynka...
Gdy na nią patrzę uświadamiam sobie, jakie to niesamowite, że taka mała królewna co chwilę widzi coś po raz pierwszy w życiu..
Chłonie, słucha, obserwuje, uczy się..
Niezwykła jest świadomość, że gdziekolwiek się ją zabierze, dla niej to będzie pierwszy raz..
Pierwszy raz zobaczy wiewiórkę w parku, poczuje zapach rozkwitających pąków kwiatów, usłyszy miauczenie kota, szept dorosłych, muzykę..
Magiczny świat maleńkiej dziewczynki..
Chłonie, słucha, obserwuje, uczy się..
Niezwykła jest świadomość, że gdziekolwiek się ją zabierze, dla niej to będzie pierwszy raz..
Pierwszy raz zobaczy wiewiórkę w parku, poczuje zapach rozkwitających pąków kwiatów, usłyszy miauczenie kota, szept dorosłych, muzykę..
Magiczny świat maleńkiej dziewczynki..
Subskrybuj:
Posty (Atom)