Czy stopowiczka zamieniła spontaniczne stopowanie na zaplanowanego blablacara ?
Tak i nie.
Jako, że stopem nie podróżuję sama, a ostatnio głównie tak się przemieszczam po kraju, decyduję się na bla bla cara. Wolę wybrać się w trasę autem niż pociągiem z przesiadkami.
(Trasa kolejowa Poznań-Warszawa w dłuższym remoncie, Poznań-Kraków z wydłużonym czasem jazdy).
Z blablacarem różnie bywa, wszystko zależy na kogo się trafi, ale mimo wszystko nawet dziwaczny kierowca brzmi lepiej niż 8 godzin w zdezelowanym, dusznym PKSie czy na korytarzu w PKP.
Oto moje niektóre blablacarowe historie:
1. Poznań-Warszawa: dzień przed wyjazdem kierowca odwołuje nam (tym razem nie jadę sama) podróż. Jest na tyle kulturalny, że dzwoni i przeprasza, tłumacząc, że niestety może zabrać tylko jedno z nas, bo na drugie miejsce musi wziąć kolegę z pracy.
Ma tak przyjemny głos, że aż mi żal, że musimy szukać innego przejazdu.
Znajdujemy inny, z małżeństwem w średnim wieku jedzie się bardzo fajnie. Jedyny minus stanowi fakt, że zostawiają nas na jakimś warszawskim odpowiedniku Franowa (Franowo = dość oddalona od centrum dzielnica Poznania, tzw. poznański koniec świata).
2. Zakopane-Poznań: znajomi wracają późnopopołudniowym busem, ja muszę jednak wrócić do Poznania tego samego dnia max do 22/23. Decyduję się na blabla, nie znajdując połączenia Zakopane-Poznań, rezerwuję odcinek Zakopane-Wrocław. (co zabawne, kierowca jedzie dokładnie do Poznania, ale Wrocław-Poznań ma już zajęty).
Umawiamy się na drugim końcu Krupówek, nie ma możliwości, aby mnie zgarnąć z innego miejsca. Idę więc ze swoim big-plecakiem, oczywiście idę dłużej niż myślałam, spóźniając się pewnie 10 minut. Przepraszam za spóźnienie, partnerka kierowcy patrzy na mnie podejrzliwie. Uauaua, ciekawe jak się pojedzie...
Jadę z parą trochę starszą od siebie i ich maleńką, kilkumiesięczną córeczką Mają.
Dziewczyna na dzień dobry częstuje mnie pytaniem, które słyszę tak często, że już przestało robić na mnie wrażenie. "A Ty się tak nie boisz ? Dziewczyna, sama, jedziesz nie wiesz z kim..".
No nie boję się, wierzę w ludzi.
Po chwili nieufności atmosfera robi się sympatyczna, siedzę z przodu z Patrykiem, który opowiada mi o Chorwacji. Jego żona z maleństwem siedzi z tyłu i po jakimś czasie widzę, że wzbudziłam jej zaufanie.
Zajeżdżamy do Wadowic na słynne papieskie kremówki, chwilę spacerujemy po mieście i ruszamy dalej. W międzyczasie ktoś odwołuje im rezerwację Wrocław-Poznań, z czego cieszą się i oni i ja. Oznacza to tyle, że jedziemy razem dalej, do Poznania. Przed Poznaniem malutka Maja okazuje swoje zniecierpliwienie i zaczyna płakać, więc robimy parę przerw gdzie się da. Czas goni kierowcę, który tego dnia idzie do pracy na nockę, a maleństwo dalej jest niespokojne.
Ostatecznie mamy lekki poślizg, proszę Patryka, by podrzucił mnie gdziekolwiek w Poznaniu i po prostu poszedł się jeszcze chwilę przespać przed pracą. Nie ma znaczenia, czy gdziekolwiek będzie Dębcem czy Górczynem, ale oni stwierdzają, że z Dębca będę miała bliżej i tam kończę podróż.
Najprzyjemniejszą z blablacarowych podróży.
Czasami mnie kusi, by napisać do nich smsa z wiadomością, że trasa z nimi była najfajniejszą jaką jechałam.
Gdyby nie praca Patryka, była opcja, żebyśmy porobili więcej przerw i pozwiedzali jeszcze coś po drodze.
3. Wrocław-Poznań: Jadę busem z Krakowa do Wrocławia, by we Wrocławiu przesiąść się na pociąg. Opóźnienie busa wciąż wzrasta, wzmożony ruch i kolejki przed autostradą uświadamiają mi, że może na jakiś pociąg to i zdążę, ale na pewno nie na ten, na który zamierzałam. Sprawdzam bla bla cara, rezerwuję natychmiast, nie sprawdzając niczego. Dopiero we Wrocławiu sprawdzam z kim pojadę: hmm, bardzo młody chłopak, bmw, żadnych opinii. No ciekawie.
Czuję dreszcz niepewności, zastanawiam się czy aby na pewno nie poszukać jakiegoś późniejszego pociągu. Ale w sumie... nie chce mi się.
Podróż z młodziutkim Marcinem mija przyjemnie, wysiadam nieopodal domu, a na pożegnanie słyszę, że jakbym nadal myślała o skoku ze spadochronem, mam się do niego odezwać.
4. Poznań-Kraków: Rezerwuję jedyny dostępny kolejnego dnia przejazd. Trochę drogi jak na tą trasę, ale wyboru nie ma. Dzwonię do kierowcy, aby zapytać czy możemy wyjechać 10 minut później niż podał na stronie, ułatwiłoby mi to dojazd. Zwracam się do niego per ty, odpowiada mi tak samo, ale już w jego głosie wyczuwam coś, co mi nie pasuje. Wyczuwam dystans. I sztywność.
Za jakiś czas chłopak oddzwania do mnie z wiadomością, że ok, wyjedźmy 15 minut później i spotkajmy się na Dworcu Zachodnim, stamtąd też zgarnie pozostałych dwóch pasażerów.
Tym razem mówi do mnie na pani, wrażenie sztywniactwa nie mija. Przeczuwam, że to nie będzie fajna trasa. Następnego dnia dzwoni do mnie z zapytaniem gdzie jestem, bo on na dworcu. Nie widzę go, siedzę na ławce przy wejściu, widok mam dobry. Aha, pomyliło mu się, bo zajechał na Dworzec Główny. Wczoraj sam prosił o podjechanie na Zachodni, ale zapomniał. Spoko, ja też bywam roztargniona.
Podjeżdża, wita się ze mną i dwójką innych pasażerów "dzień dobry", wrażenie dystansu wzrasta.
Kierowcą jest świetnym, trzeba przyznać, a w Krakowie nawet odbija, by podrzucić mnie na Rondo Grunwaldzkie. Rozmówcą żadnym, poza grzecznościowym pytaniem dokąd jedziemy, zlewa nas całą drogę, czasami tylko w lusterku widzę jego badające spojrzenie. Chłopak, siedzący z przodu na siedzeniu pasażera zaczyna go zagadywać, ale idzie mu słabo. Ja zadziornie olewam go tak jak on nas. Włączam sobie opcję 'uprzejmy dystans. ' Nawet pasuje mi siedzenie z tyłu i święty spokój, nie chce mi się z nim rozmawiać, w ogóle nie chce mi się dzisiaj mówić.
Im bliżej Krakowa, tym bardziej kierowca wydaje się być nami zaciekawiony. Niecałą godzinę przed moim ulubionym polskim miastem ni stąd ni zowąd robi się rozmowny. Rzucam mu spojrzenie pt. "teraz to się bujaj koleś", ale chłodno odpowiadam na jego pytania. Zwracam się do niego takim samym tonem jak on do mnie przez telefon. Gdy tankujemy, drugi pasażer odwraca się do nas i stwierdza 'dziwny on jakiś jest'. No jest.
Na pożegnanie wyskakuje z auta jak poparzony, wyciąga mój bagaż, patrzy mi w oczy i pyta "Wszystko w porządku ? Dobrze się jechało? Wystawiasz mi opinię?". Ooooo, to teraz znów jesteśmy na ty ? :)
Tak - odpowiadam - wszystko ok. Dziękuję.
Bo w sumie wszystko ok, dojechałam szybko i bezpiecznie, podrzucił mnie bliżej niż miało być, prowadził bez zarzutów, nawet wyjechał z Poznania ze względu na mnie mnie trochę później i odebrał nas z dworca, a nie z okolic os. Kopernika jak pierwotnie miało być.
A że był jaki był, nieważne. Bla bla car to nie koncert życzeń :)
Może on nawet był w porządku, tylko podchodzi do obcych z wielkim dystansem i tyle. Nadawaliśmy jednak na skrajnie rożnych falach.
Za jakiś czas czytam opinię jaką mi wystawił na bla bla.. i zaczynam się śmiać. "Przyjemna podróż, sympatyczna i rozmowna dziewczyna".
Rozmowna ?
Hahaha, a skąd on to wie ?
Jak czekałam na tego chłopaka na Dworcu Zachodnim podszedł do mnie bezdomny. Ale nie taki pierwszy z brzegu, najzwyklejszy w świecie. Ja przyciągam raczej bardziej zakręconych ludzi. Siedzę sobie na ławce i mrużę oczy w słońcu gdy zbliża się do mnie Pan Brodaty, pytając czy poratuję groszem. No nie poratuję.
- Jak to nie ?
- No nie
- A wygląda pani tak bogato
- Tak ? Naprawdę ? - przyglądam się swoim zwykłym czarnym spodniom, białej koszulce z jakimś nadrukiem w zebrę i sweterkowi w groszki, który też wygląda niezwykle zwyczajnie
Pan odchodzi na chwilę, zaczepia innych nielicznych pasażerów, po chwili wraca jednak do mnie.
- A dokąd pani jedzie ?
- Do Krakowa (a potem jeszcze trochę dalej, ale nie zagłębiam go w szczegóły)
- Niech pani nie jedzie, mówię, niech pani zrezygnuje i wróci do domu
- Ale dlaczego ?
- Królowa Elżbieta w swoim życiu tylko raz odwiedza dane państwo. Niech się pani od niej uczy. Proszę zawrócić do domu
- Nie mogę, umówiłam się
- Mówię pani: będzie pani żałować, proszę zawrócić do domu
- Ale nie mogę
- A Immanuel Kant w swoim życiu nie podróżował, nie jeździł niewiadomo gdzie i po co. I wie pani, on dożył 80 lat. Z niego niech pani weźmie przykład
Będzie pani żałować - rzuca i odchodzi ...
5. Kraków-Poznań czyli podróż, bohater tego wpisu
Rezerwuję najpóźniejszego blabla.... jakiego tylko mogę, żeby jak najdłużej móc poszwędać się po Krakowie. Uwielbiam to artystyczne miasto z całą jego otoczką. Nawet dzikie tłumy turystów mi aż tak nie przeszkadzają. Pokochałam Kraków wiele lat temu, dobrze się w nim czuję w odróżnieniu od np. Warszawy, która jako miasto na dłuższą metę mnie męczy.
Rezerwuję i potwierdzam godzinę, wszystko ok. A za parę godzin zaczyna się smsmowanie.. Najpierw sms czy nie mam nic przeciwko jak wyjedziemy o godzinkę później, potem, że jednak o godzinki pół. Za chwilę, że jednak o całą. Ok, za chwilę dostaję kolejnego smsa z adresem spod jakiego wyjedziemy. No super, tylko specjalnie zdecydowałam się na tego bla bla, żeby 1. wyjechać późno 2. wyjechać spod dworca PKP i nie tachać bagażu po mieście
Kolejna wiadomość: jednak o pół godziny później.
Cholera, nie po to zostawałam na parę godzin w Krakowie, żeby z nim smsy pisać :/
Nie tak się umawialiśmy, ale mogę podjechać jak mu bardzo zależy.
Ok, chwilę przed umówioną godziną, telefon, że on się jednak spóźni. Hmm, niespecjalnie mnie to dziwi. Jakby napisał, że jednak wraca za trzy godziny czy jutro, też nie zrobiłoby to na mnie wrażenia.
Przychodzą, tj. on i jego dziewczyna. Ooo, od razu widać, że luzak totalny. Rzuca "no siemka", ze spokojem ładuje bagaż mój i Marty, drugiej współpasażerki, upychając je pomiędzy ich górskie plecaki.
O jaaa, byli w górach z plecakami, wędrując od schroniska do schroniska.
Wzdycham bezgłośno i smutno, bo obecnie mam lekarski zakaz wielogodzinnych wędrówek z obciążeniem na plecach.
Gdy chłopak tankuje, jego partnerka opowiada, że jednego dnia zrobili trasę 13-godzinną z ciężarem na plecach. Uauaua, ostro. Na moje pytanie czy często takie hardcorowe trasy wybierają, odpowiada ze znaczącym uśmiechem, że to ich pierwszy wspólny wyjazd w góry. Aa, no tak :)
Później kierowca włącza muzykę na tyle głośno, że z tyłu nie słychać ich rozmów i zaczynają zajmować się sobą.
Aha, ok, to mamy płatną taksówkę do Poznania. Spoko. Pasuje mi to, czuję się średnio wyspana i mocno nasycona kilometrami, jakie zaserwowałam sobie w Krakowie.
Po jakimś czasie zaczynam czuć się nieswojo w aucie, łapię też pytające spojrzenia drugiej pasażerki.
Chłopak prowadzi rewelacyjnie, nie łamiąc żadnych przepisów. Nigdy nawet nie wyprzedza na linii ciągłej.. Pewnie każdemu zdarzyło się olać linie ciągłe (?) :P
Za to jego dziewczyna nie bacząc na naszą obecność głaszcze go namiętnie, całuje w kark, masuje mu ucho, jeździ dłonią po jego kolanie i udzie.
Nie ma gdzie uciec wzrokiem, odczuwam lekkie zażenowanie. Nawet nie jej zachowaniem, tylko swoją obecnością. Kurcze, czy aby zabieranie pasażerów na tą trasę na pewno było dobrym pomysłem ? Czy hajs zawsze musi się zgadzać ?
Dziewczyna prawie całą trasę częstuje go taką czułością, jaką mogłaby zostawić na chwile gdy zostaną już sami...
Masowanie ucha trwa długo, to już nie jest zwykłe głaskanie .. Gładzenie policzka to kolejne minutki w liczbie pewnie bliższej 20 niż 5. Określenie blablacarowa gra przedwstępna byłoby trafniejszym określeniem. I ja naprawdę nie mam nic przeciwko, tylko czuję się nieswojo w tym aucie. Czuję się jakbym swoją obecnością wchodziła w czyjąś intymność, a tego nie mam w zwyczaju.
Robi się gorąco, ale ona chyba ma świadomość, że my też z nimi jedziemy. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo pewnie gdyby nie my już dawno włożyłaby mu rękę w spodnie, już było całkiem blisko.
Przed Poznaniem - gdy chcę go zapytać czy aby na pewno dojedziemy przed 23 30, tak abym zdążyła na ostatni dzienny autobus, czekam na odpowiedni moment na zadanie pytania. Nie chcę przeszkadzać, po prostu.
Czas goni, chłopak przyspiesza. Obiecuje, że jeśli nie zdążę, podrzuci mnie na któryś z kolejnych przystanków. Zdążyłam, mam nadzieję, że nie przyślą mu jakiegoś mandatu, bo był naprawdę sympatycznym luzakiem. I szczerze podziwiam go, że mimo tych jednak rozpraszających pieszczot zdołał tak świetnie prowadzić.
środa, 16 maja 2018
niedziela, 29 kwietnia 2018
Wracasz teraz.
Wracasz
do siebie samej
siebie sprzed lat
Wracasz,
choć nie musisz
i samej sobie banały głosisz
Widzisz ją,
ją - siebie
jak wtedy, w maju,
była wtedy wysoko, może i w niebie
Wracasz, spoglądasz jej naiwnie w oczy,
a jej wnętrze przez bezdroża kroczy
Patrzysz, ona Cię nie widzi,
wybiegasz w przyszłość i wiesz,
że za to dzisiaj
jutro siebie na chwilę znienawidzi
Wracasz do tamtej siebie
kroczącej po nastoletnim niebie
Widzisz ją
jej krótkie włosy
jej radościosmutek bosy
niepewność w oczach
i uśmiech na ust zboczach
Wracasz, podchodzisz bliżej
chcesz być jej jak się da najbliżej
i szepnąć tylko jedno słówko
zniżasz się do jej ucha
a ona śmieje się, potrząsa głową,
nieświadoma, że Twój szept to nie natrętna mucha
Odchodzisz,
żadne słowo nie pada,
na placu rozlega się kolejna ballada
Obserwujesz ją szczęśliwą
nie chcesz być więc kąśliwa
Wracasz do siebie
W środku kołacze się tylko jeden przekaz
Pamiętasz jak kroczyła po nastoletnim niebie
Widzisz jej błogi twarzy wyraz
Wracasz do siebie
Wspominasz jak kroczyła po nastoletnim niebie
W środku kołacze się krótki przekaz,
ale widzisz jej błogi twarzy wyraz ...
i bezgłośnie szepczesz w nicość
Dorośnij.
Dorośnij.
Dorośnij.
Teraz
do siebie samej
siebie sprzed lat
Wracasz,
choć nie musisz
i samej sobie banały głosisz
Widzisz ją,
ją - siebie
jak wtedy, w maju,
była wtedy wysoko, może i w niebie
Wracasz, spoglądasz jej naiwnie w oczy,
a jej wnętrze przez bezdroża kroczy
Patrzysz, ona Cię nie widzi,
wybiegasz w przyszłość i wiesz,
że za to dzisiaj
jutro siebie na chwilę znienawidzi
Wracasz do tamtej siebie
kroczącej po nastoletnim niebie
Widzisz ją
jej krótkie włosy
jej radościosmutek bosy
niepewność w oczach
i uśmiech na ust zboczach
Wracasz, podchodzisz bliżej
chcesz być jej jak się da najbliżej
i szepnąć tylko jedno słówko
zniżasz się do jej ucha
a ona śmieje się, potrząsa głową,
nieświadoma, że Twój szept to nie natrętna mucha
Odchodzisz,
żadne słowo nie pada,
na placu rozlega się kolejna ballada
Obserwujesz ją szczęśliwą
nie chcesz być więc kąśliwa
Wracasz do siebie
W środku kołacze się tylko jeden przekaz
Pamiętasz jak kroczyła po nastoletnim niebie
Widzisz jej błogi twarzy wyraz
Wracasz do siebie
Wspominasz jak kroczyła po nastoletnim niebie
W środku kołacze się krótki przekaz,
ale widzisz jej błogi twarzy wyraz ...
i bezgłośnie szepczesz w nicość
Dorośnij.
Dorośnij.
Dorośnij.
Teraz
Na zdjęciu 19-letnia ja.
Obsmarowana brokatem, z najkrótszymi włosami jakie miałam w dorosłym życiu.
niedziela, 8 kwietnia 2018
SHARE WEEK 2018, czyli blogi, które lubię najbardziej
Rzutem na taśmę pierwszy raz uczestniczę w akcji Andrzeja Tucholskiego, który w 2012 r. zapoczątkował akcję SHARE WEEK, czyli blogerzy polecają blogerów.
Pomysł wypalił, bo co tu kryć, okazał się całkiem spoko. Podobnej akcji w polskiej blogosferze nigdy wcześniej nie było, a jak widać okazała się być potrzebna.
Pisanie bloga dla jednych jest frajdą czy odpoczynkiem od rutyny, dla innych źródłem zarobku, czasem skuteczną próbą wybicia się.
Pewnie jak każdy piszący słyszę czasem pytanie: a Tobie się jeszcze chce pisać ? Po co, przecież wszystko już było ?
Może i tak, na świecie było już wszystko, oprócz Ciebie i Twojej wrażliwości :)
Przedstawiam i polecam więc moje TOP 3, trzy blogi, które na chwilę obecną są mi najbliższe.
Miejsce 1: ODPOCZYWALNIA
http://odpoczywalnia.blogspot.com
Czytam blog Pauliny od wielu lat i niezmiennie zachwycam się jej podejściem do życia, macierzyństwa, podróży i codzienności, która na jej blogu nigdy nie jest zwykła.
Polecam go z całego serca. Ta dziewczyna jest niesamowita, bardzo podoba mi się jej styl życia, który nie jest oczywisty. Paulina z mężem i dziećmi korzysta z każdej chwili i sprawia, że nawet pozornie zwykła wycieczka do lasu staje się niezwykłym przeżyciem. Ona wie jak celebrować codzienność, by ta stała się fascynującą przygodą. Jej dzieci z pewnością będą wspominać dzieciństwo jako najwspanialszy czas pełen miłości, radości, górskich wycieczek, spania pod namiotem i eksplorowania świata.
Często mam ochotę pokazać tego bloga wszystkim, którzy twierdzą, że gdy ma się dzieci, to można zapomnieć o swoim poprzednim życiu, pełnym wyjazdów, koncertów, przygód i atrakcji.
Autorka Odpoczywalni udowadnia, że życie z dziećmi nie musi oznaczać rezygnacji z siebie.
Jak się chce, to wszystko można połączyć i nikt na tym nie cierpi.
Podziwiam i polecam :)
2. CODZIENNIE FIT
https://www.codzienniefit.pl
Marta zaraża pozytywną energią i pokazuje, że można żyć zdrowiej nie zatracając przy tym siebie i nie rezygnując z własnych przyjemności. Pisze ciekawie, z polotem, nie dramatyzuje i udowadnia, że zdrowiej nie oznacza bez sensu i smaku.
Mim młodego wieku Marta ma na swoim koncie już sporo całkiem zasłużonych sukcesów.
Poza pisaniem prowadzi także kanał na Youtubie z zestawami ćwiczeń, które po prostu są fajne. Co istotne - zwraca uwagę na poprawną technikę wykonywania ćwiczeń, co w klubach fitness czy na zajęciach sportowych na uczelniach nie zawsze jest normą.
3. KAROLINA PONZO
http://www.karolinaponzo.com/pl
Zaczęłam czytać bloga Karoliny, gdy ten nosił jeszcze żartobliwą nazwę PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ, a jego autorka przemierzała Europę z zadziwiająco małym zapasem gotówki, udowadniając przy tym, że podróżowanie nie musi kosztować fortuny.
Karolina opisywała swoje podróże w szczery, ale i często bardzo zabawny sposób, którym zyskała rzesze czytelników. Jej bezpośredniość i trafność spostrzeżeń trafiła i do mnie.
Zasady SHARE WEEK są jasne: można polecić trzy blogi. I koniec.
Ale wspomnieć poza rankingiem można jeszcze o wielu, co też uczynię w ciągu najbliższych kilku dni. Poniżej wymieniam dziewczyny, do których także zaglądam i które również polecam.
AIFOWY
http://aifowy.blogspot.com
Od Aife wszystko się zaczęło. Cała blogosfera.
Anita jest jak Karkonoska Czarodziejka, w jej pisaniu tkwi magia.
Ona nie tworzy zwykłych zdań, u niej każda linijka tekstu zawiera w sobie niesamowite połączenie wrażliwości z subtelnością.
Czytałam ją od początku bloga Aifowy, zachwycając się doborem słów. Przeczytałam również poprzedniego bloga, obserwując poszukiwanie swojej drogi i rozwój. Jako kobiety, blogerki, ale i artystki.
Dziś - wzięta pani fotograf, mama dwójki maluchów pisze rzadko, ale jak napisze - czapki z głów.
Jeśli kiedyś będę brała ślub, nie wyobrażam sobie na nim innego fotografa niż Anita. Jej wrażliwość rozwaliła mnie już wiele razy na łopatki, tego się nie da podrobić.
PIERWIASTKI
http://pierwiastki.com
Blog Marysi odkryłam przez przypadek.
Może po kolei: Marysia jest jedyną z polecanych przeze mnie blogerek, którą widziałam kiedykolwiek na żywo.
Parę lat temu wybrałam się na tzw. spęd, organizowany przez chłopaków z "Paragonu z podróży".
Takie weekendowe spotkanie różnych ludzi z całej Polski. To był marzec i nadmorskie Osłonino.
Pamiętam, że wraz ze swoją ekipą ... smażyłam kurczaka na jedynym dostępnym palniku gdy podeszła do nas jakaś para, pytając czy już kończymy (czy jakoś tak :) ). Kompletnie ich nie pamiętam, jedyne co zapamiętałam to dziewczynę, przedstawiającą się jako Maryśka.
Nie zapamiętałam dokładnie ani twarzy Marysi i jej twarzysza ani tego czy później jeszcze rozmawialiśmy, nic.
Po jakimś czasie osoby, poznane na tym spędzie zaczęły lajkować na FB posty pisane przez Marysię.
Weszłam na nie, trafiłam na bloga "Pierwiastki" i spodobał mi się styl pisania autorki, więc zostałam.
Uważam, że dziewczyna ma naprawdę ogromny talent, trafnie operuje słowami, które brzmią tak jak brzmieć powinny. Czyli świetnie.
MAMA GINEKOLOG
https://mamaginekolog.pl
Cenię Nicole za bezpośredniość i sporą wiedzę ginekologiczną, przekazywaną w fajny sposób, bez nadęcia i moralizatorstwa. Ciekawe miejsce w sieci zarówno dla osób planujących ciążę jak i dla rodziców maluszków - pojawia się wiele informacji chociażby nt. zdrowia i pielęgnacji niemowląt.
Poczytamy też np. o ciąży bliźniaczej, której nigdy nie rozpatrywałam w kategoriach medycznych.
RUBY TIMES
http://rubytimes.pl
Widzieliście kiedyś śniadania Agaty i jej rodziny ? Jeśli nie, warto nadrobić :)
Agata nie tylko zachwyca mistrzowskimi zdjęciami kulinarnymi (i nie tylko), ale tez fajnie pisze.
MISS FERREIRA
http://missferreira.pl
Zaglądam do Sary ze względu na jej lekkość pisania i niesamowity dobór słów.
RIENNAHERA
http://www.riennahera.com
Nie potrafię napisać co mnie przyciąga na bloga Marty. Jej bloga akurat znam najkrócej, zaledwie od paru miesięcy, a zaglądam tam najczęściej gdy jestem smutna lub coś mnie trapi.
Dlaczego ? Nie wiem.
ZORKOWNIA
http://www.zorkownia.pl
Agnieszka - autorka Zorkowni w zasadzie nie pisze już od paru lat.
Trafiłam do niej kiedyś przez przypadek, ktoś polecał ją na innym blogu. Weszłam, przeczytałam bloga od deski do deski, choć tematyka łatwa nie jest. (wolontariat w hospicjum)
Dopiero po paru postach zorientowałam się, że Agnieszka opisuje poznańskie hospicjum.
Cóż mogę napisać - polecam, chociaż czytanie o czyjejś samotności w umieraniu przyjemne nie jest.
Jeśli znacie jakieś fajne blogi i macie ochotę je polecić np. w komentarzach, chętnie zajrzę.
Równie chętnie poznam blogi ze swojego najbliższego poznańskiego podwórka, aż jestem ich ciekawa :)
Pomysł wypalił, bo co tu kryć, okazał się całkiem spoko. Podobnej akcji w polskiej blogosferze nigdy wcześniej nie było, a jak widać okazała się być potrzebna.
Pisanie bloga dla jednych jest frajdą czy odpoczynkiem od rutyny, dla innych źródłem zarobku, czasem skuteczną próbą wybicia się.
Pewnie jak każdy piszący słyszę czasem pytanie: a Tobie się jeszcze chce pisać ? Po co, przecież wszystko już było ?
Może i tak, na świecie było już wszystko, oprócz Ciebie i Twojej wrażliwości :)
Przedstawiam i polecam więc moje TOP 3, trzy blogi, które na chwilę obecną są mi najbliższe.
Miejsce 1: ODPOCZYWALNIA
http://odpoczywalnia.blogspot.com
Czytam blog Pauliny od wielu lat i niezmiennie zachwycam się jej podejściem do życia, macierzyństwa, podróży i codzienności, która na jej blogu nigdy nie jest zwykła.
Polecam go z całego serca. Ta dziewczyna jest niesamowita, bardzo podoba mi się jej styl życia, który nie jest oczywisty. Paulina z mężem i dziećmi korzysta z każdej chwili i sprawia, że nawet pozornie zwykła wycieczka do lasu staje się niezwykłym przeżyciem. Ona wie jak celebrować codzienność, by ta stała się fascynującą przygodą. Jej dzieci z pewnością będą wspominać dzieciństwo jako najwspanialszy czas pełen miłości, radości, górskich wycieczek, spania pod namiotem i eksplorowania świata.
Często mam ochotę pokazać tego bloga wszystkim, którzy twierdzą, że gdy ma się dzieci, to można zapomnieć o swoim poprzednim życiu, pełnym wyjazdów, koncertów, przygód i atrakcji.
Autorka Odpoczywalni udowadnia, że życie z dziećmi nie musi oznaczać rezygnacji z siebie.
Jak się chce, to wszystko można połączyć i nikt na tym nie cierpi.
Podziwiam i polecam :)
2. CODZIENNIE FIT
https://www.codzienniefit.pl
Marta zaraża pozytywną energią i pokazuje, że można żyć zdrowiej nie zatracając przy tym siebie i nie rezygnując z własnych przyjemności. Pisze ciekawie, z polotem, nie dramatyzuje i udowadnia, że zdrowiej nie oznacza bez sensu i smaku.
Mim młodego wieku Marta ma na swoim koncie już sporo całkiem zasłużonych sukcesów.
Poza pisaniem prowadzi także kanał na Youtubie z zestawami ćwiczeń, które po prostu są fajne. Co istotne - zwraca uwagę na poprawną technikę wykonywania ćwiczeń, co w klubach fitness czy na zajęciach sportowych na uczelniach nie zawsze jest normą.
3. KAROLINA PONZO
http://www.karolinaponzo.com/pl
Zaczęłam czytać bloga Karoliny, gdy ten nosił jeszcze żartobliwą nazwę PODRÓŻE DZIEWCZYNY SPŁUKANEJ, a jego autorka przemierzała Europę z zadziwiająco małym zapasem gotówki, udowadniając przy tym, że podróżowanie nie musi kosztować fortuny.
Karolina opisywała swoje podróże w szczery, ale i często bardzo zabawny sposób, którym zyskała rzesze czytelników. Jej bezpośredniość i trafność spostrzeżeń trafiła i do mnie.
Zasady SHARE WEEK są jasne: można polecić trzy blogi. I koniec.
Ale wspomnieć poza rankingiem można jeszcze o wielu, co też uczynię w ciągu najbliższych kilku dni. Poniżej wymieniam dziewczyny, do których także zaglądam i które również polecam.
AIFOWY
http://aifowy.blogspot.com
Od Aife wszystko się zaczęło. Cała blogosfera.
Anita jest jak Karkonoska Czarodziejka, w jej pisaniu tkwi magia.
Ona nie tworzy zwykłych zdań, u niej każda linijka tekstu zawiera w sobie niesamowite połączenie wrażliwości z subtelnością.
Czytałam ją od początku bloga Aifowy, zachwycając się doborem słów. Przeczytałam również poprzedniego bloga, obserwując poszukiwanie swojej drogi i rozwój. Jako kobiety, blogerki, ale i artystki.
Dziś - wzięta pani fotograf, mama dwójki maluchów pisze rzadko, ale jak napisze - czapki z głów.
Jeśli kiedyś będę brała ślub, nie wyobrażam sobie na nim innego fotografa niż Anita. Jej wrażliwość rozwaliła mnie już wiele razy na łopatki, tego się nie da podrobić.
PIERWIASTKI
http://pierwiastki.com
Blog Marysi odkryłam przez przypadek.
Może po kolei: Marysia jest jedyną z polecanych przeze mnie blogerek, którą widziałam kiedykolwiek na żywo.
Parę lat temu wybrałam się na tzw. spęd, organizowany przez chłopaków z "Paragonu z podróży".
Takie weekendowe spotkanie różnych ludzi z całej Polski. To był marzec i nadmorskie Osłonino.
Pamiętam, że wraz ze swoją ekipą ... smażyłam kurczaka na jedynym dostępnym palniku gdy podeszła do nas jakaś para, pytając czy już kończymy (czy jakoś tak :) ). Kompletnie ich nie pamiętam, jedyne co zapamiętałam to dziewczynę, przedstawiającą się jako Maryśka.
Nie zapamiętałam dokładnie ani twarzy Marysi i jej twarzysza ani tego czy później jeszcze rozmawialiśmy, nic.
Po jakimś czasie osoby, poznane na tym spędzie zaczęły lajkować na FB posty pisane przez Marysię.
Weszłam na nie, trafiłam na bloga "Pierwiastki" i spodobał mi się styl pisania autorki, więc zostałam.
Uważam, że dziewczyna ma naprawdę ogromny talent, trafnie operuje słowami, które brzmią tak jak brzmieć powinny. Czyli świetnie.
MAMA GINEKOLOG
https://mamaginekolog.pl
Cenię Nicole za bezpośredniość i sporą wiedzę ginekologiczną, przekazywaną w fajny sposób, bez nadęcia i moralizatorstwa. Ciekawe miejsce w sieci zarówno dla osób planujących ciążę jak i dla rodziców maluszków - pojawia się wiele informacji chociażby nt. zdrowia i pielęgnacji niemowląt.
Poczytamy też np. o ciąży bliźniaczej, której nigdy nie rozpatrywałam w kategoriach medycznych.
RUBY TIMES
http://rubytimes.pl
Widzieliście kiedyś śniadania Agaty i jej rodziny ? Jeśli nie, warto nadrobić :)
Agata nie tylko zachwyca mistrzowskimi zdjęciami kulinarnymi (i nie tylko), ale tez fajnie pisze.
MISS FERREIRA
http://missferreira.pl
Zaglądam do Sary ze względu na jej lekkość pisania i niesamowity dobór słów.
RIENNAHERA
http://www.riennahera.com
Nie potrafię napisać co mnie przyciąga na bloga Marty. Jej bloga akurat znam najkrócej, zaledwie od paru miesięcy, a zaglądam tam najczęściej gdy jestem smutna lub coś mnie trapi.
Dlaczego ? Nie wiem.
ZORKOWNIA
http://www.zorkownia.pl
Agnieszka - autorka Zorkowni w zasadzie nie pisze już od paru lat.
Trafiłam do niej kiedyś przez przypadek, ktoś polecał ją na innym blogu. Weszłam, przeczytałam bloga od deski do deski, choć tematyka łatwa nie jest. (wolontariat w hospicjum)
Dopiero po paru postach zorientowałam się, że Agnieszka opisuje poznańskie hospicjum.
Cóż mogę napisać - polecam, chociaż czytanie o czyjejś samotności w umieraniu przyjemne nie jest.
Jeśli znacie jakieś fajne blogi i macie ochotę je polecić np. w komentarzach, chętnie zajrzę.
Równie chętnie poznam blogi ze swojego najbliższego poznańskiego podwórka, aż jestem ich ciekawa :)
sobota, 7 kwietnia 2018
Kijów, Kijów.
Kijów 3/4/11-6.11.2017
W 2016 r. miałam okazję pobyć chwilkę we Lwowie i na ukraińskim Zakarpaciu, teraz przyszedł czas na Kijów.
Przyznam, że miasto mnie zaskoczyło i to pozytywnie. Okazało się o wiele ciekawsze i zachęcające niż np. greckie Saloniki.
Spędziliśmy tam 3 (pełne) dni i trochę miasta zobaczyliśmy.

Zatrzymaliśmy się w hostelu, z powodu chaosu organizacyjnego wylądowaliśmy w innej miejscówce niż ta, którą zarezerwowaliśmy.
(konkretniej: hostel, w który mieliśmy nocować i który powiadomiliśmy o naszym przybyciu ok. 2 w nocy, nie miał dla nas miejsc. Ktoś coś przeoczył i tym sposobem wylądowaliśmy w samym sercu miasta, na Majdanie Niezależności).
Dziwne to uczucie mieszkać w samym sercu miasta, w którym to w 2013-2014 rozegrało się krwawe piekło. Nieopodal znajdują się zdjęcia ofiar z tamtego okresu, a z ich uśmiechniętych twarzy bije młodość. Brutalnie przerwana przez śmierć młodość.
Z balkonu rozpościerał się widok na calutki Majdan. Lokalizacja świetna, warunki trochę gorsze, ale do przeżycia. Pod warunkiem, że podczas brania prysznica, nie rozglądało się za bardzo na boki i nie przyglądało średnio czystej kabinie prysznicowej i takie klimaty. Spoko, ze spokojem dało się przemieszkać.
Wiem, że standard życia na Ukrainie jest niższy niż w Polsce, wiem, że mogliśmy trafić jeszcze gorzej, wiem też, że za tak niską cenę nie można oczekiwać cudów.
Kijów jest naprawdę barwnym miastem i gdy trafi się okazja powrotu tam, chętnie wrócę i spojrzę na nie w wiosennej lub letniej odsłonie
To kot z Alei Pejzażowej, jednej z alternatywnych atrakcji Kijowa, od której rozpoczęliśmy zwiedzanie ukraińskiej stolicy. Fotka wyżej i druga z posta też pochodzi stamtąd.
Miejsce świetne, nie tylko dla najmłodszych. Zaprojektowane z polotem i fantazją, usytuowane prawie w centrum. Aż żal byłoby tam nie zajrzeć.
Kot na drzewie wykonany z plastikowych widelcy, a jeżyk ze starych śrub. Fantazji autorom tych stworów z pewnością nie brakuje :)
Kijów to i najgłębsza stacja metra na świecie - Arsenalna, mieszcząca się aż 105 metrów pod ziemią. Wydostanie się ze stacji na powierzchnię zajmuje ok. 8-10 minut. Za pierwszym razem jest to atrakcja, ale dla mieszkańców, którzy muszą pokonywać taką trasę codziennie, pewnie ciut upierdliwa.
Kijów to także Dniepr, szeroki i potężny. Z ładnym brzegiem i o dziwo - stosunkowo czystą wodą. Dla spragnionych adrenaliny z atrakcją w postaci przejażdżki tyrolką nad rzeką.
Fajną miejscówką jest Muzeum Michaiła Bułhakowa. Niewielkie, lecz klimatyczne.
Minus stanowi zwiedzanie go w języku ukraińskim lub rosyjskim.
Można oczywiście wejść do niego z anglo- lub niemieckojęzycznym przewodnikiem, tylko, że takie zwiedzanie należy zamówić wcześniej. Musi także uzbierać się odpowiednia grupa, co w sezonie pozaturystycznym, listopadowym pewnie bywa problematyczne.
Ukraińska stolica (jak i Ukraina ogólnie) zresztą nie jest miastem nastawionym na turystów.
Kraj dość biedny, z toczącym się konfliktem zbrojnym czy kiepskimi drogami nie przyciągnie tłumów. I dobrze, przynajmniej jest tam tak .. prawdziwie.
Po muzeum Bułhakowa oprowadzała nas przesympatyczna pani przewodnik. Pewnie widziała nasze zdezorientowane miny, sugerujące, że nie bardzo rozumiemy o czym mówi, więc poświęcając swój prywatny czas została dla naszej czwórki dłużej. I przeszła z nami jeszcze raz przez muzeum, starając się najprostszym rosyjskim sprawić, abyśmy wynieśli z tego miejsca jak najwięcej wiedzy. Miły gest z jej strony.I motywacja, by wolne chwile poświęcić na naukę chociaż podstaw rosyjskiego.
Kijów to także dobra kuchnia, murale, staruteńkie tramwaje, biały grzaniec, piękne i tanie rękodzieło, mnogość muzeów, metro na żetony.
I największy zabytek oczywiście - Ławra Peczerska, czyli cały kompleks świątyń prawosławnych. Miejsce kultu religijnego, największe tego typu w całej Ukrainie, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Spędziliśmy tam pół dnia, obiekt naprawdę jest imponujący.
Widok z naszego hostelowego balkonu:
wtorek, 3 kwietnia 2018
W teatralnym Poznaniu czasem coś zaskrzypi, czasem poruszy + uzupełnienie
Niektóre siedzą mi w głowie do dziś mimo, że od ich obejrzenia minęło parę latek.
"Mistrza i Małgorzatę" widziałam dwukrotnie tak samo jak mniej znane, ale niesamowite "Zażynki", poruszające tematykę aborcji.
Moim zdaniem 90% spektakli sprzed kilku lat, które były pokazywane w Teatrze Polskim można nazwać dobrymi. Zdarzały się takie, które uznawałam za wpadki (jak np. "Wieczny kwiecień" czy "Ufo"), ale w ostatecznym zestawieniu prawie wszystko przypadało mi do gustu. Długo mogłabym pisać o niesamowitym teatrze z tamtych lat. (ok. 2011 - 2015)
A później po rzekomych konfliktach zespołu aktorskiego z ówczesnym dyrektorem zaczęły się zmiany. Zmienił się dyrektor teatru, nastąpiły oczywiste zmiany w repertuarze i polityce tego magicznego dla mnie miejsca.
Na początku nie odczuwałam aż takich różnic, z czasem jednak zaczęło mi tam wiele spraw zgrzytać.
Niespostrzeżenie wycofano wiele świetnych spektakli, nawet nie nastąpiło oficjalne pożegnanie z tytułem jak to wcześniej miało miejsce.
Spektakle znikały cichaczem, a w ich miejsce wchodziły nowe. Z bogatszą scenografią, nowymi aktorami, ale z niezadowalającą mnie tematyką i ogólnie poziomem artystycznym.
Nowe spektakle okazywały się być coraz bardziej pokręcone, a za scenicznym pokręceniem - jak dla mnie, kryła się pustka.
Po "Trojankach" nie miałam ochoty na częstsze wizyty w Teatrze Polskim. Od skądinąd świetnego pomysłu na spektakl bolała mnie głowa. Co z tego, że ktoś miał super pomysł jak realizacja okazała się cholernie męcząca dla widza.
Na "Hymnie do miłości" zastanawiałam się co mnie skłoniło tego dnia do przyjścia do teatru i czy to co dzieje się na scenie na pewno można jeszcze nazwać przestawieniem teatralnym.
Trzecią szansę dałam i teatrowi i sobie, wybierając się na "Odysa". Parę dni po spektaklu kolega - bardziej związany z teatrem niż ja - wysłał mi wiadomość ostrzegawczą pt. "tylko nie idź do Polskiego na 'Odysa', bo tego się oglądać nie da'. Za późno, już zdążyłam zobaczyć najnowszą premierę teatru. Premierę głośną, rozreklamowaną w poznańskich mediach, z gościnnym udziałem bardziej znanych aktorów.
O 'Odysie' pisano, że takiej formy teatru jeszcze poznańska publiczność nie znała i że widzowie będą zaskoczeni.
Czy byłam zaskoczona ? Niespecjalnie.
Czy wreszcie przestanę marudzić i napiszę, że mi się podobało ?
Nie.
Znowu nie :/
Niestety ponownie postawiono na szokowanie publiczności, tylko czy ta publiczność nie ma już dosyć takich eksperymentów ?
Czy (dramatyczny) Teatr Polski zamienia się w Teatr Eksperymentalny ?
Czy każdy jeden spektakl musi być przede wszystkim dziwny, a dopiero w dalszej kolejności opowiadać o czymś, o czymkolwiek ?
O czym miał być 'Odys' ciężko stwierdzić. W necie pojawiają się wprawdzie recenzje i bogaty opis poruszanych w tymże spektaklu wątków. Ciekawsze niż te recenzje są jednak dla mnie rozmowy (i miny) widzów chociażby w kolejce do teatralnej toalety. Ziewających, lekko (?) znudzonych, zastanawiających się o czym to znowu, do cholery jest. Słychać jeszcze opinie, że ZNOWU jakieś dziwne coś, tak samo dziwne jak "Malowany ptak" (którego jeszcze nie widziałam).
Po przerwie nie wszyscy wracają na drugą część spektaklu.
W 'Odysie' pozornie jest wszystko. Świetna scenografia, całkiem fajna oprawa muzyczna, nieźli aktorzy, niby miała być też fabuła, ale może się rozmyśliła i nie dotarła.
Pojawia się sporo nagości, co gorsze - niczym nieuzasadnionej nagości.
Nie jestem fanką nagości w teatrze, nie przeszkadza mi ona jednak gdy widzę jaki jest jej cel.
Po co jej tyle w 'Odysie'? Nie wiem, może to celowy zabieg, mający na celu przyciągnięcie spragnionych widoku nagich ciał widzów do teatru. Nagość w tym spektaklu jest niepotrzebna, chwilami aż nachalna i dla wielu zapewne krępująca. Może dla aktorów to nic takiego, szkoły teatralne w końcu przesuwają ich granice intymności i komfortu dość skutecznie. Ale dla siedzącej w przednich rzędach młodej grupy (licealnej albo wczesno-studenckiej) <sądząc po ich minach> sytuacja niezbyt komfortowa.
Tak samo jak specyficzna interakcja z widzami, tak naprawdę służąca... niczemu.
Mamy więc aktorów przechodzących przez krzesła widzów, siadających publiczności na kolanach, proszących o przytulenie czy pocałowanie.
Tylko, że te kontakty na linii aktor/aktorka - widz nie mają żadnego odzwierciedlenia w spektaklu.
Czy to właśnie te interakcje + nagość miały być wabikiem i sprawić, że "Odys" okaże się sukcesem ?
Nie wyszło, sorry.
Wspomniany wcześniej kolega odpuszcza sobie Teatr Polski, bo już nie jest w stanie znieść ich 'spektakli'.
** Ja, sentymentalna z natury, jeszcze dam szansę tej scenie.
Jeszcze wierzę, że w końcu postawią na coś dobrego i któryś spektakl okaże się po prostu fajnie spędzonym czasem.
Kiedyś często bywając w Teatrze Polskim, okazyjnie chadzałam do Teatru Nowego.
Dziś - dokładnie odwrotnie.
Teatr Nowy wystawił niedawno spektakl, o którym poniżej.
Można powiedzieć spektakl muzyczny, oparty na utworach Jacka Kaczmarskiego.
Oszczędna scenografia; na scenie oprócz mikrofonów znajdują się jedynie czarne parasole, których symbolika wydaje się dość oczywista.
Utwory Kaczmarskiego słyszymy w damskiej odsłonie z jednym męskim akcentem. I to właśnie ten męski pierwiastek sprawił, że postanowiłam napisać o *** "Kanapce z człowiekiem".
Oprócz pięciu aktorek na scenie pojawia się (gościnnie) nieznany mi wcześniej Marcin Januszkiewicz i swoim wokalem pozytywnie rozwala spektakl.
Po wyjściu z teatru powiedziałam do kolegi, że ten chłopak najbardziej mi się podobał i żałuję, że nie on śpiewał najbardziej rozpoznawalne teksty Kaczmarskiego takie jak "Nasza klasa" i "Mury".
Chłopak ma mocny i niezwykle emocjonalny jak na faceta, wokal. Zajebisty wokal, można rzec.
Zaintrygował mnie na tyle, że z ciekawości sprawdziłam czy w internecie są dostępne jakieś jego własne utwory/interpretacje Kaczmarskiego/Gintrowskiego.
Materiałów jest sporo, przesłuchałam jakąś ich część.
I szczerze mówiąc zaskoczyło mnie, że mimo TAKIEGO głosu Marcin Januszkiewicz nie jest znany szerszej publiczności.
Współpracujący z Piotrem Rubikiem czy Natalią Sikorą - której The Voice of Poland dał nie tylko zwycięstwo, ale przede wszystkim rozpoznawalność, chłopak w (warszawskim ?) środowisku teatralno-artystycznym znany świetnie.
Poza nim - chyba słabiej.
Jego wykonanie "Wybacz Mamasza" ze słowami Agnieszki Osieckiej i muzyką Przemka Gintrowskiego przewierca jakieś delikatne struny w duszy.
Jest genialne, nie da się ukryć. Emocjonalnie rozpieprza system.
Szokuje fakt, jak mało wyświetleń ma tak świetne wykonanie.
https://www.youtube.com/watch?v=Fq0RMcCRjpM
Cudnie byłoby kiedyś usłyszeć na żywo jak śpiewa ten wers: "Ja się zmienię, świat się zmieni" :)
To też dobre :)
https://www.youtube.com/watch?v=kzU7FCJR0Oo
Młody, zdolny. Tak o nim piszą.
Dodałabym: ze świetną dykcją i sporą dozą emocjonalności, jaka nie zawsze towarzyszy męskim interpretacjom.
Śpiewający Osiecką, jeśli się nie mylę - wydał już płytę "Osiecka po męsku", na którą jeszcze nie wiem czy się skuszę.
Niektóre jego interpretacje ("Niech żyje bal") średnio do mnie trafiają, mimo, że - podkreślam, głos uważam za przenikający, mocny, pełen emocji. Głos mącący wodę, poruszający jej nurt.
Słucham tego co jest dostępne na youtubie i zastanawia mnie jedno: dlaczego posiadając tak niezwykły talent nie zdołał bardziej się wybić ? Nawet teksty pisze sam, nie tylko dla siebie, ale i dla innych wykonawców polskiej sceny, wszystkich bardziej znanych od siebie jak chociażby Margaret.
Ten jeden z najlepszych obecnie męskich wokali w Polsce, który chętnie usłyszałbym w utworze na miarę "Wybacz Mamasza". I nie wątpię, że taki powstanie. Może tekst napisze sam Marcin, może znajdzie go kiedyś w kopercie zaadresowanej na swoje nazwisko i dopiskiem "do korekty" :)
Wracając do spektaklu "Kanapka z człowiekiem": warto się na niego skusić.
Przede wszystkim ze względu na udział Marcina J. i jego końcowy występ, wywołujący ciarki. ("Powrót", śpiewany w oryginale przez Przemka Gintrowskiego).
Ale także ze względu na możliwość posłuchania utworów *Kaczmarskiego w nieco innej, odświeżonej <nie zawsze trafionej> odsłonie. Odsłonie damskiej, współczesnej, zaskakującej.
Muzyka Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego ma pewien atut, zapewniający jej wieczne przetrwanie.
Można nie znać dokładnie okoliczności powstawania danego utworu, można się pogubić w historii, ale nie w emocjach.
"Nasze klasie" i "Murom" w "Kanapce....." niestety zabrakło emocji, jak dla mnie zbyt płasko zaśpiewane. Szkoda, że tych utworów nie zaśpiewał Januszkiewicz - to właśnie jemu w czasie trwania spektaklu najbardziej uwierzyłam.
Nie chciałabym nikogo urazić, ale jak dla mnie on mógłby być jedynym wokalistą w "Kanapce..".
Mimo niezaprzeczalnego talentu i dobrego głosu pozostałych aktorek, tym razem mnie nie przekonały mnie. Nic a nic, przepraszam.
Chociaż z drugiej strony interpretacje z założenia miały być inne niż w oryginale, by pokazać jak teksty Kaczmarskiego można odbierać dzisiaj, wiele lat po jego śmierci i minionych wydarzeniach historycznych, w których powstawały.
* Z tekstami Kaczmarskiego oswajam się od jakichś 10 lat.
K. (http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/09) bardzo lubił twórczość Kaczmarskiego, zapewne rozumiał ją bardziej niż ja, co wynikało z jego sytuacji życiowej i ogromnej jak na tak młodego chłopaka dojrzałości.
Ja zdecydowanie bardziej polubiłam głos Przemysława Gintrowskiego, od którego biło jakieś-takie ciepło. I spokój.
Intuicyjnie darzyłam go większą sympatią.
W 2011 r. przy okazji jakiegoś pobytu w Warszawie byłam na grobie Kaczmarskiego, później znów wałkowałam jego utwory. Trochę szukałam w nich przekazu, jaki odnalazł K.
I znów odnajdywałam to co chciałam, ale u Gintrowskiego.
I choć uważam Jacka Kaczmarskiego za artystę-geniusza (teksty jego piosenek są ge-nial-ne), to wokalnie wolę Przemysława Gintrowskiego. I tak już zapewne zostanie.
** Kolejny spektakl ("K") w Teatrze Polskim uświadomił mi, że to już nie jest 'moje' miejsce.
Nie czuję klimatu jaki teraz tam panuje, nie moja estetyka.
Rozumiem politykę nowej dyrekcji, współpracę z młodymi reżyserami, często nazywanymi skandalistami, ściąganie znanych nazwisk (Jacek Poniedziałek, Piotr Nerlewski, wkrótce Jan Peszek), ale nie kupuję tego.
Nie kręci mnie nachalne rozbieranie aktorów, artystyczne rozjechanie, totalny chaos, nie przekonuje mnie gra kilku aktorów, których nie będę wymieniać z nazwiska, bo nie chcę nikomu sprawić przykrości. Gdzie się podziała choćby przezdolna aktorko Agnieszka Findysz ?
Ceny biletów idą ostro w górę, a jakość spektakli drastycznie w dół.
I choć słyszałam trochę narzekań na poprzedniego dyrektora (Paweł Szkotak), to jednak za jego czasów teatr miał ręce i nogi, a widownia była zapełniona w powiedzmy 90 %.
Za rządów nowej dyrekcji np. "Trojanki" są wystawiane przy 60% obłożeniu, a na "K" pojawiło się jakieś 70% ziewających widzów. Na balkonach pustki, a loże nieco przerzedzone..
Teatr Polski wymienia widownię i ma do tego prawo.
Osoby, które kiedyś często bywały w T. Polskim, pewnie skierują swe kroki w stronę Teatru Nowego czy Muzycznego, a do Polskiego wejdą, tj. już weszli nowi widzowie, lubujący się w eksperymentach czy nowatorskich teatralnych formach.
Nie twierdzę, że rezygnuję całkowicie z Teatru Polskiego, może za jakiś dłuższy czas wybiorę sobie z repertuaru coś, co brzmi jak najmniej dziwnie. Zobaczymy.
*** Na "Kanapkę z człowiekiem" w T. Nowym wybieram się w maju jeszcze raz. Bardzo chcę ponownie usłyszeć ten "Powrót", poczuć emocje, jakie tak trafnie przekazuje ten cholernie zdolny chłopak.
Tym razem miejsca wybrałam takie, by móc go nie tylko posłuchać, ale i subtelnie mu się przyjrzeć pod kątem aktorskim.
niedziela, 18 marca 2018
Emocjonalne inspiracje II. Blog, utwór muzyczny i wywiad.
Mroźny, teoretycznie ostatni zimowy weekend spędziłam częściowo na planszówkach w większym gronie (uwielbiam Dixit, po prostu uwielbiam), częściowo w domu.
Gęsta ciemność i szczypiący w policzki mróz nie sprzyjają aktywnościom na zewnątrz, za to stanowią świetne tło dla książek i muzyki. I czytania wszystkiego co wpadnie w ręce.
Jak np. poniższego, szczerego i dobrego wywiadu.
1. Wywiad-zwierzenia maszynisty pociągu
Czy zastanawialiście się jak tak naprawdę wygląda praca maszynisty pociągu ?
Któż z nas nie lubi jeździć pociągami ? Wielu upodobało sobie zajmowanie miejsca przy oknie, by móc obserwować zmieniający się za szybą krajobraz. Ja też. W pociągu - w odróżnieniu od autobusów - mogę spokojnie czytać, gapić się za okno, odpocząć.
Najbardziej lubię długie trasy typu Poznań-Lublin czy Poznań-Kraków i jazdę w dzień, gdy jasno za oknem. Swego czasu regularnie kursowałam na trasie Poznań-Bydgoszcz.
Wiadomo, że w pociągach różnie bywa, zdarzało mi się jechać w strasznie zimnym składzie jak i w potwornej gorączce i syfie (zostawionym zapewne przez poprzednich podróżnych). W gwarze i ścisku, z przyciśniętym do szyby nosem i z niemożliwością zrobienia kroku. Jak i w pustym wagonie, gdy byłam jedyną pasażerką, a do celu (Bydgoszczy) pozostawało jeszcze niepokojąco daleko.
W poniższym wywiadzie poczytacie jak to wygląda z perspektywy drugiej strony - kierującego lokomotywą.
Zew wolności, codziennie inne widoki, ciągle w innych miastach. Z pewnością nie ma mowy o nudzie czy rutynie.
Wywiad momentami jest dość przerażający, więc ostrzegam już teraz.
Tak jak i praca - wprawdzie ciekawa, ale czasami narażająca na takie sytuacje, że tylko usiąść i płakać. Nieprzewidywalna, bo czy rano (często nocą) wsiadając jak zawsze do swojego składu i planując jak zawsze dojechać do celu, można przewidzieć, że dziś celu się nie osiągnie ? Nie, a samobójców na torach jest niepokojąco wielu. Maszynista pociągu nie ma wyboru, nie ma szans, by wyhamować i zatrzymać się przed nosem niedoszłego samobójcy. Jest tylko kilka sekund i świadomość, że nic nie można zrobić. NIC.
I o tym opowiada bohater wywiadu. O wolności jaką daje praca, o trudach, jakie trzeba ponieść, o oczach samobójców, o katastrofie kolejowej pod Szczekocinami, w której stracił kolegów.
O kolejowej codzienności. Po prostu.
Milknę więc i zostawiam link:
https://magazyn.wp.pl/artykul/prosze-zachowac-ostroznosc-i-odsunac-sie-od-krawedzi-peronu
2. Utwór wykonywany przez Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego przy akompaniamencie Zbigniewa Łapińskiego.
https://www.youtube.com/watch?v=Dn4-tAFdOxY
Jedna z bardziej znanych ich piosenek, którą ja osobiście usłyszałam niedawno po raz pierwszy.
W *teatrze na spektaklu z utworami Jacka Kaczmarskiego. Piosenka "Powrót" kończyła spektakl i naprawdę wyciskała łzy z oczu.
Teatr Nowy w Poznaniu, spektakl pt. "Kanapka z człowiekiem"
3. Jeden z najlepszych tekstów, jaki przeczytałam na polskich blogach.
Tekst mądry, niezwykle dojrzały i po prostu w dzisiejszych czasach bardzo potrzebny.
Paulina z "Odpoczywalni" szczerze o tym, że czasem w życiu musi być ciężej.
Gdyby ciągle było zbyt różowo, nie potrafilibyśmy docenić prostych przyjemności.
http://odpoczywalnia.blogspot.com/2018/03/post-na-post-czyli-pochwaa-nie-dostatku.html
Planuję napisać post o blogach, które sama czytam. Blog Pauliny z pewnością się tam znajdzie, bo czytam go od wielu, wielu lat i bardzo do mnie trafia.
Gęsta ciemność i szczypiący w policzki mróz nie sprzyjają aktywnościom na zewnątrz, za to stanowią świetne tło dla książek i muzyki. I czytania wszystkiego co wpadnie w ręce.
Jak np. poniższego, szczerego i dobrego wywiadu.
1. Wywiad-zwierzenia maszynisty pociągu
Czy zastanawialiście się jak tak naprawdę wygląda praca maszynisty pociągu ?
Któż z nas nie lubi jeździć pociągami ? Wielu upodobało sobie zajmowanie miejsca przy oknie, by móc obserwować zmieniający się za szybą krajobraz. Ja też. W pociągu - w odróżnieniu od autobusów - mogę spokojnie czytać, gapić się za okno, odpocząć.Najbardziej lubię długie trasy typu Poznań-Lublin czy Poznań-Kraków i jazdę w dzień, gdy jasno za oknem. Swego czasu regularnie kursowałam na trasie Poznań-Bydgoszcz.
Wiadomo, że w pociągach różnie bywa, zdarzało mi się jechać w strasznie zimnym składzie jak i w potwornej gorączce i syfie (zostawionym zapewne przez poprzednich podróżnych). W gwarze i ścisku, z przyciśniętym do szyby nosem i z niemożliwością zrobienia kroku. Jak i w pustym wagonie, gdy byłam jedyną pasażerką, a do celu (Bydgoszczy) pozostawało jeszcze niepokojąco daleko.
W poniższym wywiadzie poczytacie jak to wygląda z perspektywy drugiej strony - kierującego lokomotywą.
Zew wolności, codziennie inne widoki, ciągle w innych miastach. Z pewnością nie ma mowy o nudzie czy rutynie.
Wywiad momentami jest dość przerażający, więc ostrzegam już teraz.
Tak jak i praca - wprawdzie ciekawa, ale czasami narażająca na takie sytuacje, że tylko usiąść i płakać. Nieprzewidywalna, bo czy rano (często nocą) wsiadając jak zawsze do swojego składu i planując jak zawsze dojechać do celu, można przewidzieć, że dziś celu się nie osiągnie ? Nie, a samobójców na torach jest niepokojąco wielu. Maszynista pociągu nie ma wyboru, nie ma szans, by wyhamować i zatrzymać się przed nosem niedoszłego samobójcy. Jest tylko kilka sekund i świadomość, że nic nie można zrobić. NIC.
I o tym opowiada bohater wywiadu. O wolności jaką daje praca, o trudach, jakie trzeba ponieść, o oczach samobójców, o katastrofie kolejowej pod Szczekocinami, w której stracił kolegów.
O kolejowej codzienności. Po prostu.
Milknę więc i zostawiam link:
https://magazyn.wp.pl/artykul/prosze-zachowac-ostroznosc-i-odsunac-sie-od-krawedzi-peronu
2. Utwór wykonywany przez Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego przy akompaniamencie Zbigniewa Łapińskiego.
https://www.youtube.com/watch?v=Dn4-tAFdOxY
Jedna z bardziej znanych ich piosenek, którą ja osobiście usłyszałam niedawno po raz pierwszy.
W *teatrze na spektaklu z utworami Jacka Kaczmarskiego. Piosenka "Powrót" kończyła spektakl i naprawdę wyciskała łzy z oczu.
Teatr Nowy w Poznaniu, spektakl pt. "Kanapka z człowiekiem"
3. Jeden z najlepszych tekstów, jaki przeczytałam na polskich blogach.
Tekst mądry, niezwykle dojrzały i po prostu w dzisiejszych czasach bardzo potrzebny.
Paulina z "Odpoczywalni" szczerze o tym, że czasem w życiu musi być ciężej.
Gdyby ciągle było zbyt różowo, nie potrafilibyśmy docenić prostych przyjemności.
http://odpoczywalnia.blogspot.com/2018/03/post-na-post-czyli-pochwaa-nie-dostatku.html
Planuję napisać post o blogach, które sama czytam. Blog Pauliny z pewnością się tam znajdzie, bo czytam go od wielu, wielu lat i bardzo do mnie trafia.
sobota, 10 marca 2018
Zbyt wiele się działo - styczeń i luty 2018
Chciałam napisać nowy post o tym, że wreszcie zrobiło się trochę spokojniej. Że mój świat zwolnił i że mogłam delektować się długimi, zimowymi wieczorami..
Nic z tego. Działo się wiele cały czas, aż nie mogłam nadążyć.
Styczeń 2018:
Zaczęło się od wizyty od dentysty, która miała być zwyczajna. Nastawiona na normalne leczenie zęba nie przypuszczałam, że gabinet opuszczę zmasakrowana, opuchnięta i z wyrwanym zębem.
Spokojnie, to ósemka, przeżyłam.
Po dłuuugiej próbie leczenia tegoż zęba niestety trzeba było go usunąć.
Eh, jakbym wiedziała, że skończy się wyrwaniem, od razu bym o nie poprosiła. Uniknęłabym sporo bólu, stresu, potu i łez.
Kolejny dzień. Lekko pozbierana po ósemko-rwaniu postanawiam pozałatwiać parę rzeczy na mieście. Moja lista "tam pójść, tu coś odebrać, tam zanieść i wyskoczyć jeszcze do kina" jest długa.
Nagle piękna, styczniowa pogoda zmienia się w totalną śnieżycę. Już wiem, że powrót do domu wydłuży się. Drogi białe, z nieba sypie, wszystko stoi. Zawijam się wcześniej i wracam. Ponad 1.5 godziny zajmuje przejechanie ok. 20 km...
Tydzień później.
Chwilę po północy rozlega się potężny huk.
Huk taki jakby spadł samolot. Serio, nie przesadzam.
Buczy cały czas, wyglądam przez okno i zamieram.
Kolana mi się uginają, przerażenie rozszerza mi źrenice.
Ogień. Gigantyczne płomienie ognia, które wydają się być bardzo blisko.
Dwa ogniste jęzory pożerają moje miasto. Nigdy w życiu nie widziałam takiego pożaru, wpadam w popłoch, nie wiem co się dzieje.
Samolot zleciał, to pierwsza myśl.
Zaraz wszystko spłonie, co robić ?
Ktoś biegnie, krzyczy, że cysterna się zapaliła.
Straże, policja, pogotowie kursują.
Telefony.
Ogień nie zmniejsza się, jest ogromny i przerażający.
Buczy. Nie słychać nic poza hukiem.
Serce wali z przerażenia i bezsilności.
To nie samolot, to nie cysterna.
Płoną domy.
Boże, nie wierzę ..
Następnego dnia cały kraj wie o pożarze w mojej rodzinnej miejscowości.
Na szczęście obyło się bez ofiar. Oszczędzę Wam jednak opisu piekła, jakie przeżyli ludzie, uciekający ze swoich domów. W piżamach i kapciach wybiegający z płomieni.
Luty 2018
Zwykła wizyta u lekarza rodzinnego kończy się na SORze.
Ląduję tam o dzień za wcześnie, bo całą kolejną noc i dzień umieram z bólu. Bólu tak potwornego, że rozrywa mi rękę. I duszę przy okazji.
Potem trafiam do paru lekarzy, gdzie - w zatłoczonych poczekalniach pewnie łapię jakiegoś wirusa. Ten przykuwa mnie do łóżka na parę dni, śmiejąc się w twarz z moich planów. Moimi towarzyszami stają się gorączka i termofor.
Moje zimowe (zawieszone) pisanie najlepiej opisują poniższe zdania:
"Trzeba wydukać parę zdań
i kołek z drewna włazi w krtań
w cesarskich cięciach rodzę każde z prostych słów ..." ("Rękawiczki" Joanna Zagdańska)
Ostatni weekend lutego to Bałtyk zimą. Śnieżne, mroźne powietrze oczyszcza myśli.
Szczelnie opatuleni ludzie, obsypywani śniegiem, przemieszczają się w różnych kierunkach, pochłonięci swoimi sprawami.
Luty to także trochę kina, książek czytanych pod kocem i planów czynionych na wiosnę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















