niedziela, 4 grudnia 2016

Szlakiem miast na "B". Bukareszt




19-20.11.2016 spędziłam w stolicy Rumunii - Bukareszcie, o którym to troszkę już się naczytałam,
więc teoretycznie wiedziałam czego się spodziewać.  Bukareszt jest nazywany jedną z brzydszych europejskich stolic, do czego bardzo przyczyniły się lata dyktatorskich rządów Nicolae Ceaușescu, 
który to delikatnie mówiąc cofnął rozwój kraju. W rzeczywistości zrównał z ziemią sporą część starej części Bukaresztu, przez co miasto nazywane Paryżem Wschodu straciło swój blask.

Dziś chyba pomalutku Bukareszt się otrząsa ze swojej tragicznej historii, z naciskiem na pomału..
Wiem, że listopad nie jest najlepszym miesiącem na zwiedzanie; to raczej najgorszy czas na takie wyprawy, ale tak się złożyło, że akurat w ponury listopadowy czas wylądowałam w stolicy Rumunii :) Pogoda - jak na tą porę roku - trafiła się nam cudowna, było dość ciepło, nie padało, chwilami nawet pokazywało się słońce.

Fot. goście sobie roz-miau-wiają w kawiarni na starówce :)

Na poznanie Bukaresztu mieliśmy dwa dni i postanowiliśmy je optymalnie wykorzystać.
Udało się zobaczyć Pałac Parlamentu (Dom Ludowy) i jego okolice, starówkę, Łuk Triumfalny i nieopodal znajdującą się Alejkę Michaela Jacksona, skansen (Muzeum Wsi), kilka uroczych cerkiewek oraz przy okazji 3 parki.

Wspomniany pomnik Michaela Jacksona znajduje się w parku na tyłach skansenu oraz 3 minuty drogi pieszo od Łuku Triumfalnego.

Ten uwielbiany w Rumunii, nieżyjący już wokalista na początku lat 90-tych przyjechał tu na koncert. Przy okazji postanowił zwiedzić Bukareszt m.in. Pałac Parlamentu, z którego tarasu przywitał licznie zgromadzonych fanów słowami "Hallo Budapest" :)
Mieszkańcy Bukaresztu jednak nie obrazili się za tą gafę, zresztą podobnych pomyłek zdarzało się więcej, a stolice Rumunii i Węgier stosunkowo często są mylone.



Gdy parę lat temu zaczynałam interesować się Rumunią, otrzymałam w prezencie książkę Małgorzaty Rejmer pt. "Bukareszt. Kurz i krew" (dzięki J. !) :)
Książkę napisaną lekkim piórem o ciężkich przeżyciach Bukaresztu czytałam na raty; z niektórych jej rozdziałów trzeba było się otrząsnąć, by móc kontynuować lekturę.
Po przeczytaniu tej pozycji Bukareszt wydał mi się miastem, które z jednej strony fascynuje, ale z drugiej - przeraża.


Nie widziałam stad wałęsających się bezpańskich psów, ale od koleżanki, która jest bardziej związana z Rumunią niż ja, wiem, że ten problem w stolicy kraju raczej zanika. Psy niestety nie trafiają do nowych, kochających właścicieli, ich los jest smutniejszy. Z powodu przepełnienia schronisk bezpańskie psy są niestety usypiane..
Eh..



Listopadowy Bukareszt prezentuje się dość szaro, jednak późna jesień w skansenie mieni się wieloma odcieniami pomarańczu, brązu, żółci oraz przebrzmiałej zieleni  i zachwyca 'jesiennością'. Sam skansen to jedno z największych muzeów na wolnym powietrzu w Europie i zarazem miejsce, które warto odwiedzić, by zobaczyć na własne oczy wiele niebanalnych, historycznych budynków, przeniesionych z innych części kraju. (znaczna część to oryginały).





Pałac Parlamentu (dawniejszy Dom Ludowy) -  dość duża bryła, stojąca na dość dużym placu. To drugi największy budynek rządowy na świecie po amerykańskim Pentagonie. Stoi w miejscu, w którym kiedyś tętniło życie, lecz to życie wraz z zabytkowymi cerkwiami zostało zmiecione, by on mógł powstać.
A wokół niego pustki, oprócz nas kręciło się tu zaledwie kilkoro turystów. Mieszkańcy chyba tutaj nie przychodzą. 
Stoi więc taki niezbyt urodziwy gigant i przypomina niezbyt fajne czasy.

Nie zwiedzaliśmy tego budynku od wewnątrz, chociaż istnieje taka możliwość. Jakoś tak nie mieliśmy ochoty, zresztą pogoda była na tyle ładna, że woleliśmy dłużej poszwędać się po mieście.
Jakbyśmy spędzali w Bukareszcie o jeden dzień dłużej, być może pokusilibyśmy się o wejście do środka na dłużej niż minutę. Chociaż .. nie sądzę, raczej postawilibyśmy na jakieś muzeum.

Okolice Pałacu Parlamentu również są takie jakieś.. ponuro-smutnawe.., 

więc po niezbyt długim czasie ruszyliśmy na starówkę.
Przespacerowaliśmy się każdą jedną uliczką starówki, po drodze zaglądając do kilku ukrytych między różnymi budynkami cerkiew. Te są naprawdę urocze i warto do nich wejść choćby na chwilę.
Na starówce byliśmy zarówno jednego dnia późnym wieczorem jak i drugiego dnia w porze obiadowej i o ile wieczorem tętni tu życie, to w niedzielne południe czas płynie raczej leniwie.

Zdjęć ze ścisłego centrum nie mam zbyt wiele - mogłabym zamieścić takie, które ukazałoby piękno miasta, mogłabym takie, na które każdy zareaguje "yh, jak tu brzydko".

Bukareszt jest na pewno JAKIŚ.
Warto go zobaczyć, jak każde większe miasto zapewne warto poznać bardziej, nas ograniczał czas. 
Silne przeziębienie również nie uprzyjemniało zwiedzania.

Tym, co rzuca się w oczy w centrum Bukaresztu są wszechobecne reklamy.



Poniżej jeszcze kilka migawek z naszego krótkiego pobytu:













niedziela, 9 października 2016

Tanie podróżowanie II. Kwietniowa Praga


Mam coś takiego jak lista miejsc do odwiedzenia w Polsce, o czym pisałam tutaj: http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2015/06/lista-11-miejsc-w-polsce-w-ktorych.html

Stworzyłam sobie podobną listę, dotycząca Europy. Listę niesamowitych miejsc na całym świecie również tworzę, ale tu z realizacją bywa trudniej.

Praga od dawna była na liście miast, które koniecznie chciałam zobaczyć. W styczniu tego roku spędziłam w niej jeden krótki dzień, a w kwietniu udało się pojechać na trochę dłużej.

 Dojazd z Poznania do Pragi jest zarówno tani jak i banalnie prosty. Z racji niedużej odległości można pojechać zarówno samochodem jak i stopem czy pociągiem. Ja wybrałam dojazd polskim busem, który w obie strony kosztował ok. 60 zł./os.

Polecam jechać nocą, by rano czy w południe być już na miejscu i móc zachłysnąć się stolicą Czech.

 Praga jest śliczna, tania i potwornie.. zatłoczona.
To chyba jedna z częściej odwiedzanych europejskich stolic.
Przejście przez słynny Most Karola przypomina tor z przeszkodami, podobnie jest na rynku.
W ścisłym centrum są tysiące indywidualnych turystów i mnóstwo zorganizowanych wycieczek, tłum wypełnia praskie uliczki bardzo szczelnie. 





Pogoda pod koniec kwietnia nie rozpieszczała, brak zimowej kurtki dawał się odczuć. Prawie codziennie popołudniami witał nas deszcz, przed którym czasem trzeba było się chować w przytulnych kawiarenkach.


Uciekając przed mocniejszym deszczem przez przypadek
naszym oczom ukazało się miejsce niezwykłe - Kino Lucerna wraz z kinową kawiarnią, ukryte w pasażu niedaleko Placu Wacława.  Kameralna i urocza miejscówka.

Praga to nie tylko słynne mosty, Hradczany,  wzgórze Petřín, katedra św. Wita czy ścisłe centrum z zegarem astronomicznym.

To też mało znane ulice, na których przyjemnie się zgubić i odkryć coś mniej znanego, ale równie pięknego.











Zapierająca dech w piersiach archikatedra św. Wita, Wacława i Wojciecha, do której wstęp jest płatny, szokuje bramkami, których moim zdaniem w kościele jednak być nie powinno.
Rozumiem parę groszy za wstęp, lecz te bramki wzbudzają spory niesmak.





                                     Fontanna Křižíkov: 


Praga spodobała mi się, lecz nie zgadzam się z stwierdzeniem, że to najpiękniejsza europejska stolica. Wprawdzie wielu stolic Europy jeszcze nie miałam okazji zobaczyć - wszystko przede mną, to jednak bardziej polubiłam Paryż. Obecnie jestem baaardzo zakochana w Budapeszcie, a w listopadzie czekają mnie (tylko, ale zawsze coś) dwa dni w Bukareszcie. 

Podsumowując:

- Pragę warto zobaczyć, sama jeszcze tam kiedyś wrócę, choćby po to, by zobaczyć Złota Uliczkę, której w kwietniu nie widziałam 
- Dojazd jest szybki i przyjemny, więc aż żal nie wyskoczyć tam choćby na weekend
- Kawa czy herbata w samym centrum kosztuje dwa razy mniej niż w Poznaniu 
- Komunikacja miejska jest dość droga, gdybym jechała tam ponownie, wybrałabym nocleg w samym centrum (nasz hostel znajdował się ok. 20 minut tramwajem od Hradczan)
- Most Karola naprawdę robi wrażenie, ale turystów na nim- o jej, aż gęsto :)
- Warto podczas spaceru po mieście zadrzeć głowę w góry i popatrzeć na urocze kamienice, są niesamowite  
- Kelnerzy bywają średnio mili. Gdy wchodzisz witają Cię pytaniem czy przyszedłeś coś zjeść czy tylko wypić kawę i gdy wybierasz (o zgrozo!)  drugą opcję, rzucają Ci spojrzenie pełne wkurzenia, przydzielają gorszy/mniejszy stolik i czekają aż wreszcie sobie pójdziesz i przestaniesz truć im dupę. 
Nie waż się siedzieć zbyt długo (nieważne, że chcesz napić się czegoś ciepłego i się ogrzać), bo .. otworzą drzwi wejściowe, dając 'subtelnie' do zrozumienia, że masz spadać. To, że 90% stolików jest wolnych i nie blokujesz nikomu miejsca, nie ma znaczenia :)
 

Nie jestem specjalistką od pisania recenzji podróżniczych, pewnie pominęłam wiele istotnych informacji; jeśli macie jakieś pytania dot. Pragi, dojazdu, zabytków, poruszania się po mieście itp. itd., to postaram się pomóc i odpowiedzieć :)

Na koniec: zdjęcie z jednodniowego wypadu w styczniu 
(samochodem z Kudowy Zdrój do Pragi) 


piątek, 7 października 2016

Dziewczyna sprzed lat (jest już) dorosła


A w zeszłym tygodniu dziewczynKa sprzed lat poszła do kina na "Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham" w reżyserii Pawła Łozińskiego. Trudny, psychologiczny film o budowaniu od nowa ważnej relacji na linii matka-córka wymęczył jej psychę potwornie, ale wiele z niego wyciągnęła. Warto zobaczyć, może niekoniecznie na wielkim ekranie. Zapewne przyjemniej obejrzeć go w domowym zaciszu, z kubkiem gorącej, malinowej herbaty w dłoni.  I na raty.  Na 3, może 4 raty, żeby nie zamęczyć siebie, to jednak zapis sesji terapeutycznej. 


Potem spontanicznie weszła do przypadkowego zakładu fryzjerskiego i
obcięła swoje długie włosy.


Teraz stwierdziła, że jeszcze pobabra się w przeszłości i wróci do relacji z K., zrobi to przede wszystkim dla siebie, bo dziś wie więcej niż parę lat temu. Dzisiaj tamta małolata jest już bardziej dojrzała i świadoma. 
Ta, która lubi grzebać ludziom w duszy, teraz pogrzebie w swojej.

Moje dzieciństwo i dorastanie można określić jako szczęśliwe i beztroskie.

Wychowywałam się w pełnej rodzinie, otoczona kuzynostwem i szkolnymi koleżankami.
Raczej byłam zadowolona z życia, chociaż z wielu rzeczy nie zdawałam sobie sprawy.
Ba, nawet o nich nie myślałam. Nie musiałam wcześnie dorastać, długo pozostałam po prostu dzieciakiem.

Nie ma ludzi idealnych ani takowych rodzin. Ideały nie istnieją, a gdyby istniały, zapewne byłyby .. nudne.
W każdej rodzinie - gdy się pogrzebie - znajdzie się coś, co poszło nie tak.
W mojej zabrakło mi dojrzałego wsparcia. Nie miałam nikogo, kto by odpowiednio mną pokierował.

Fajne są rodziny, w których siedzi się wspólnie przy stole i rozmawia z dzieckiem, dużo rozmawia. Widziałam takie rodziny i troszkę zazdrościłam dzieciom wychowywanym w atmosferze bliskości, rozmowy i objaśniania świata. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się stworzyć podobną rodzinę i moje dzieci będą dorastać w poczuciu, że zawsze jestem blisko i że ze wszystkim mogą się do mnie zwrócić.

To rodzina i spotkani po drodze ludzie uczą dziecko na czym polega życie.
Pokazują jak żyć, by być szczęśliwym, ale na drodze do własnego szczęścia nie zdeptać uczuć drugiego człowieka.  Uczą jak zachować swoją wrażliwość, ale nie stać się frajerem, którego inni mogą łatwo wykorzystać. Przez własną postawę, godziny rozmów, podsuwane lektury kształtuje się osobowość młodziutkiego człowieka.

Nauczyć dziecko bycia szczęśliwym, wskazywać mu drogę i wspierać, być obok, tak, by ono czuło, że cokolwiek zrobi, ktoś zawsze je wesprze - to jest zadanie życia.
By czuło, że gdy zacznie upadać, będzie mogło oprzeć się na czyichś ramionach.
I nie upadnie, bo ktoś je złapie.

Nastolatka potrzebuje kogoś, kto z nią usiądzie przy filiżance herbaty i porozmawia o życiowych wyborach, nie narzucając jej niczego, lecz wskazując drogę.
Wbrew pozorom nastolatka/nastolatek to jeszcze nieukształtowana osobowość, młodziutki, zagubiony człowiek, który intensywnie szuka siebie.


Ja nie miałam obok siebie nikogo, kto by mną troszkę pokierował.  Po prostu takiej osoby zabrakło, nikogo przy tym jednak nie oskarżam i nie mam żalu, tak wyszło. Życie.

Dla niektórych taką osobą jest któryś z rodziców, dla innych babcia czy dziadek, czasem nauczyciel, który dostrzeże w uczennicy/uczniu coś takiego, że postanowi o nią/niego zawalczyć.
Kwestia szczęścia, ot tak. 

W klasie maturalnej wiele się zmieniło.
w moim życiu pojawił się ktoś, kto dosłownie wziął mnie za rękę i pokazał, że można inaczej. Myśleć, żyć, doświadczać.
Kamil miał tyle samo lat co ja, ale dojrzałością przewyższał mnie parokrotnie.
Ofiarował mi coś, czego nigdy wcześniej nie dostałam od nikogo.

Pootwierał w mojej głowie zamknięte dotąd szufladki, otworzył trochę i mnie, zamkniętą w swej skorupie, zbudowanej z niepewności, niepotrzebnych kompleksów i lęków.
Nikt nigdy nie wierzył we mnie tak mocno jak właśnie on. A ja, 19-latka, nawet nie wiedziałam, że można tak kogoś wspierać. Nie znałam ani takiego rodzaju wsparcia ani takiego ciepła.
Nie przypuszczałam też, że można spoglądać na świat z takim optymizmem.
Nie będę opisywać naszych licealnych chwil, chcę je zachować tylko dla siebie. 

Jego podejście do życia mnie zaskoczyło, ale i zaintrygowało.
Wtedy na poznańskim Placu Wolności, tak różniącym się od obecnego wyglądu tegoż placu, coś we mnie zakiełkowało, choć nie byłam jeszcze tego świadoma.
Chociaż w zasadzie nastąpiło to już wcześniej, nad brzegiem Warty.

Kamil wypełnił pustkę, jaką nosiłam w sobie. Wcześniej nie wiedziałam nawet o istnieniu tej pustki,  gdyż nie znałam uczucia jej zapełnienia.

Uczył mnie jeszcze jednej rzeczy, z której zdałam sobie sprawę całkiem niedawno.
Otaczania się ludźmi, którzy o mnie walczą i życzą mi jak najlepiej.

Takich lekcji mogłoby być jeszcze więcej, ten tak przecież młody chłopak miał w sobie niespotykaną w tym wieku dojrzałość.
Jego tata kiedyś mi powiedział, że Kamil szybko żył, tak jakby czuł, że nie ma zbyt wiele czasu.


Od wielu lat, tj. od czasu jak wyjechałam z Bydgoszczy nikomu nigdy o nim nie mówiłam.
Zamknęłam jakieś drzwi i nie czułam potrzeby ponownego 'przerabiania' tego, co było i nigdy nie wróci. Jego tu nie ma i fizycznie już nigdy nie będzie, co nie znaczy, że nie ma go w ogóle nigdzie ..
Ja się zmieniłam, dalej wędruję przez życie, dojrzalej patrząc na ludzi, problemy i samą siebie.
Odrobiłam lekcję z przeszłości, nauczyłam się wiele. Ciągle jeszcze się uczę, chociaż tak naprawdę powinnam wcześniej dorosnąć i docenić tego, którego na krótko podarował mi los.

Zdarza mi się patrzeć na swoich znajomych, jeszcze bardziej niepewnych siebie i zagubionych niż ja (ja sprzed lat), słuchać ich historii i jest mi ewidentnie przykro, że w ich życiu zabrakło takiej osoby jaką dla mnie był Kamil. Osoby, która chwyci za łapkę i pokaże, że można żyć pełniej.
A życie z wiarą w siebie i optymistycznym nastawieniem jest po prostu łatwiejsze niż z wiecznym niezadowoleniem i smutkiem w oczach.

czwartek, 29 września 2016

My sprzed lat





Za półprzymkniętymi oczami przymykam je jeszcze raz. Na chwilę wracam do przeszłości, by ich zobaczyć. Mają po 19 lat i świętują zakończenie liceum; młodzi, pełni planów na wspaniałą przyszłość, uśmiechnięci maturzyści.  Jeszcze niewiele wiedzą o życiu.  Choć ta historia zaczyna się wcześniej, w murach jednego z poznańskich ogólniaków, tego dnia nabiera pełni. 

On chce ją zabrać na studia do Wrocławia, ale najpierw mocniej chwyta ją za rękę. Uczy pełną kompleksów, naiwną i niedojrzałą nastolatkę, że świat jest cudowny, że wszystko jest możliwe, gdy się tego chce.  Wierzy w nią mocno, a ona jeszcze nie wie, że jego wiara wiele lat później pomoże jej przetrwać ciężkie chwile. 
 
Gdy mają niespełna 23 lata, odnajduje ją  po kilku latach. Niewiele się zmieniła, nadal jest dziecinną, roztrzepaną smarkulą. Wspiera ją, choć to on bardziej potrzebuje wsparcia. Uczy ją, że zawsze będzie dobrze.  Urodzony optymista i beztroska trzpiotka. Nie dociera do niej powaga jego słów. Mają mało czasu, ale ona o tym nie wie.  Czy on przeczuwa ?
Nie mówi jej całej prawdy o tym o czym wiedzieć zapewne powinna, chroni ją tak mocno jak się da. 

Dziewczyna otrzymuje potężną dawkę optymizmu, wiary w ludzi i w świat.  On wbija jej do głowy prawdy, do których ona dopiero dojrzeje, a nie jest jeszcze świadoma tego, że jej czas beztroski  niedługo przeminie bezpowrotnie.  
Słyszy, że ludzie jednak są dobrzy i że zawsze jej pomogą. Pada wiele dojrzałych, mądrych i pozytywnych słów. Jedno z ostatnich zdań, jakie chłopak do niej kieruje, brzmi:  Pamiętaj, każdy facet to świnia, uważaj na siebie. 

Co się dzieje później, trudno opisać. Pierwsze dni słonecznego września. Jego już tu nie ma, a ona krzyczy, przeraźliwie krzyczy, że nienawidzi tego świata.  Drze się, że to nieprawda, że tak nie może być, buntuje się. Płacze dniami i nocami, do perfekcji opanowuje bezgłośne łkanie, by nikt nie widział w jakim naprawdę jest stanie.
Radość życia, jaką nosiła w sobie, zniknęła, a  plany, marzenia ? Nic nie ma już znaczenia. Jego śmierć i jej rozpacz.  I życie, które musi toczyć się dalej.. Oraz często zadawane pytanie
 „dlaczego on ?”,  „po co codziennie wstaje słońce ?” Mogłoby już nigdy nie wstać. 

Słońce jednak uparcie sobie wstaje,  a pory roku nadal się zmieniają. Wszystko jest takie jak dawniej, choć nie dla niej. Wraz z nim pewnego wrześniowo-słonecznego dnia umarło coś w niej. 
Żadne słowa nie koją bólu, nic nie sprawia radości, a dziewczyna na wszystko ma taką samą odpowiedź: wszystko mi jedno. Jeździ samochodem z szaleńczą prędkością, późnymi wieczorami siedzi na ziemi przy jego grobie na nowo-powstałym cmentarzu, gdzie przez jakiś czas jest tylko jeden grób. Jego.  Stoi więc nad tym grobem z jego tatą i nie potrafi wydusić z siebie żadnego słowa, którym mogłaby dodać otuchy. Intuicyjnie czuje, że jedyne co może zrobić, to słuchać..
A potem ucieka do Bydgoszczy, by zmienić otoczenie. By nie zwariować. Zaczyna pisać, aby obłaskawić ból. Chce być sama ze sobą, więc często ucieka od przyjaciół i znajomych. Uczy się żyć od nowa. Ma zaledwie 23 lata i nadal całe życie przed sobą. On miał tyle samo  – dlaczego musiał tak szybko odejść ? Nikt nigdy na to pytanie jej nie odpowie.
Długo zbiera i siebie i swój roztrzaskany na kawałeczki świat, często upada, by kolejny raz mozolnie się podnieść.  Uśmiecha się, nawet szczerze się śmieje, sprawiając wrażenie szczęśliwej, ale wystarczy spojrzeć jej w oczy, by zobaczyć, że to tylko pozory.

Chłopak sprzed lat ją odmienił, uwierzył w nią mocniej niż ona sama potrafiła w siebie uwierzyć. Zarówno wtedy gdy miała tylko 19 lat jak i później. Chronił ją, choć przed życiem i podłymi ludźmi ochronić się nikogo nie da. Wskazał jej drogę, wspierał tak długo, aż sama nauczyła się walczyć o siebie.  Pokazał jej, że nigdy nie wolno się poddawać i że zawsze trzeba walczyć do końca. Sam tak właśnie walczył, z uśmiechem i wiarą, że wygra, mimo, że choroba nie dała żadnych szans.  Uczył ją długo, że jutro będzie lepiej, aż w końcu mu uwierzyła.  Otrzymała od niego tyle serca, ciepła, wiary, optymizmu, że wystarczy jej na całe życie.

Pamięci K. – Dziewczyna sprzed lat 



niedziela, 25 września 2016

Wesoły Cmentarz w Săpânța, czyli spełniłam swoje marzenie :)

Zapewne każdy kto mnie zna choć raz słyszał, że bardzo chcę zobaczyć to miejsce. O Wesołym Cmentarzu w niewielkiej rumuńskiej wiosce Săpânța mówiłam często. Uparcie od paru lat kombinowałam jak i czym tam dojechać.

Okazja natrafiła się ot tak :) Któregoś dnia kolega wspomniał o wycieczce do Transylwanii w Rumunii. Również się na nią zdecydowałam, jednak została ona odwołana, a w zamian zaproponowano nam parę innych możliwych wyjazdów. Nie miałam w tamtym momencie czasu dokładnie przeczytać gdzie można pojechać, zamierzałam dopiero wieczorem usiąść i się z tym zapoznać. Na szybko tylko omiotłam wzrokiem oferowane kierunki - był i Czarnobyl i spływ Dniestrem i- iiii- iii Săpânța !
Więcej nie musiałam ani doczytywać ani pytać - decyzja zapadła błyskawicznie.
Dotarłam tam autobusem przez granicę ukraińsko-rumuńską, wykupując zorganizowaną wycieczkę. 



 Sam cmentarz wywiera
na człowieku niesamowite wrażenie. Wcześniej w internecie oglądałam wiele zdjęć tych bajecznie kolorowych nagrobków, ale zobaczenie ich na żywo to zdecydowanie coś, co warto uczynić.
Lubię cmentarze, chociaż zdaję sobie sprawę, że brzmi to niewiarygodnie. Być może z powodu swoich przeżyć sprzed 8 lat, być może tak po prostu, ale w odwiedzanych miastach lubię przejść się cmentarnymi alejkami. Tym sposobem odwiedziłam i warszawskie Powązki i lwowski Cmentarz Łyczakowski i Orląt Lwowskich.

Cimitirul Vesel, czyli Wesoły Cmentarz to unikat na skalę europejską, znajduje się on na światowej liście dziedzictwa UNESCO.
Na drewnianych nagrobkach oprócz zabawnych zdjęć można przeczytać w jaki sposób ktoś pożegnał się z życiem.
Obrazki są jednak na tyle wymowne, że nawet bez znajomości rumuńskiego łatwo domyślić się przyczyny śmierci.

 Tym razem dla odmiany mało pisaniny, więcej zdjęć :)

































Miejsce unikatowe, moim zdaniem zdecydowanie warte odwiedzenia :)

środa, 21 września 2016

Ludzie. Sytuacji parę.



I
Widok starszej pani sprzedającej urocze bukiety ogrodowych kwiatów na jednym z poznańskich targowisk (Rynku Jeżyckim) wywołał podobne uczucia jak staruszka na Ukrainie, potwornie zgarbiona, spracowana, próbująca sprzedać kubeczki malin/poziomek..

Wtedy na małej ukraińskiej wiosce, gdzie zewsząd przytłaczała bieda, widok staruszki sprawił, że do oczu napływały łzy .. Jedna z uczestniczek naszej wycieczki chwyciła starszą kobietę za ręce, zapytała ile ma zapłacić za cały towar i kupiła od niej owoce.
Byłam jej wtedy niewymownie wdzięczna.

Bukiecik od pani z rynku kupiłam nie ze względu na kwiaty, choć naprawdę są one urocze.
Kłuje w środku gdy się widzi starszych, często schorowanych ludzi, za grosze sprzedających coś, w przygotowanie czego włożyli dużo czasu, pracy i przede wszystkim SERCA ..



II
Wracałam autobusem do domu. Usiadłam na miejscu przy drzwiach, a na puste siedzenie obok położyłam torebkę i rzeczony bukiecik.  Gdzieniegdzie siedział pojedynczy, pogrążony w swoim świecie pasażer, ale ogólnie autobus jechał w ok. 80%  pusty.
Nagle wsiada facet, potężny wzrostem i wagą. Stoi parę przystanków i wlepia wzrok w ludzi.
Chyba postanawia usiąść, bo pcha się na miejsce obok mnie, dosłownie się pcha, ledwo zdążyłam zabrać torbę i bukiet, jakbym się sekundę spóźniła, zmiażdżyłby tyłkiem moje rzeczy.
Nie czuć od niego fiołkami, ale ok. Może wraca zmęczony po ciężkiej fizycznej pracy ?
Rozpycha się tak, że odruchowo przysuwam się do okna. Wkurzona, bo kurde, ma wolny prawie cały autobus, może się przecież rozwalić nawet na 4 siedzeniach :/
Otwiera piwo, a poziom mojego wkurzenia wzrasta.  Zanurzam nos w kwiaty, one jednak ładniej pachną. Kiedy otwiera drugie, wymownie spoglądam w kierunku kierowcy. Gdy zbliża się kolejny przystanek, z nadzieją myślę, że mógłby już opuścić autobus. Nie wysiada :/, modlę się więc, by nie wysiadł tam gdzie ja, bo jest ciemno i pusto na ulicach, a ja czuję jakiś lęk.
Z wielką łaską i jeszcze większą niechęcią podnosi się, gdy chcąc wyjść, mówię średnio grzeczne 'przepraszam'.
Uff, jestem w domu.


III
Ładuję się wraz z rowerem do innego autobusu MPK, chociaż wiem, że kierowcy czasem wypraszają takich pasażerów. Widzę, że kierowca opuszcza swą kabinę, więc myślę, że pewnie każe mi zjeżdżać. Dosłownie i w przenośni.
Ale nie - on się miło wita, podchodzi do mnie i mówi, że mogę jechać, ale on mi przypnie rower pasami. Gdy odpowiadam, że chcę przejechać tylko dwa przystanki, mój rower zostaje przypięty na jeden pas.


IV
Wysiadam z autobusu i dalszą drogę pokonuję rowerem. Tutaj jest już chodnik, a dalej ścieżka rowerowa, więc nie muszę jechać ruchliwą szosą. Docieram do celu, czyli do miejsca, którego nie powinno być na żadnej mapie świata. Za chwilę pojawia się chłopak, tak jak ja przyjechał rowerem. Mija mnie, a ja czuję jego wzrok na sobie, więc starym zwyczajem zasłaniam twarz włosami.
W tym miejscu często mi się przypatrują, ale w końcu jestem tu obca, a jakby nie patrzeć to niewielka wioska, ludzie się tu znają.
Za chwilę odjeżdża, zostaję sama. Tak jak przed laty..
Są takie miejsca, w których czasem dobrze (po)być samej ..


V
Wracam. Najpierw przepuszczają mnie na pasach, zanim jeszcze zdążyłam się przed nimi zatrzymać.
Jadę po kostce brukowej przez wioski. Nagle dostaję zjebkę od jakiejś kobiety, że nie wolno mi tu jechać rowerem po chodniku i powinnam mandat dostać. Odpowiadam grzecznie i spokojnie, że wiem, że to nieprzepisowe, ale drogą jechać się nie da, a chodnik jest z reguły pusty i nikomu nie przeszkadzam.
Ale ona ciągnie dalej, że nie wolno i już, bo nie wolno, bo nie.
Odpowiadam jej nadal grzecznie, że może i nie wolno, ale skoro nikomu nie wadzę, to jednak dalej tak pojadę. Irytuję ją tak samo jak ona mnie, spokojnie odjeżdżam nie wdając się w dalsze dyskusje.
Przypominam sobie jak od dziecka nie znoszę służbistów i nadgorliwców, przestrzegających wszelkich reguł i jak czasem odpowiadam im, że wszystko można co nie można, byle z wolna i ostrożna.
Co ciekawe, zwykle nadupierdliwi są ludzie młodzi wiekiem, lecz starzy umysłem albo jego ograniczeniami.


VI
Kontynuuję więc jazdę chodnikiem, zatrzymując się na chwilę, by pozbierać parę (-naście) kasztanów.
Najpierw mija mnie chłopak z psem, który to (pies) wyraźnie nie czuje do mnie sympatii.
Chłopak uspokaja i mnie (on nie ugryzie) i psa i odchodzą w dal. Rozłupuję kasztanowe skorupki, nagle czując COŚ na swojej nodze, a w zasadzie czuję .. lizanie po bosych stopach.  Zdezorientowana patrzę co mam na stopie - kota. No tak, nieuleczalną kociarę wyczuwają nie tylko znajome koty.
Kocurek jest ufny, wisi mi na nodze, gdy robię krok naprzód, on idzie za mną, każe się głaskać i co chwilę mnie liże. Za moment wraca chłopak z nieprzyjaznym psem, mam strach w oczach, żeby ten bojowo nastawiony stwór kota nie pożarł. Rzucam kocurkowi kasztany w dal, byle dalej od psa, ale on ma taką zabawę gdzieś i nadal siedzi na mojej stopie. Drugi raz uspokaja mnie chłopak, wyjaśniając, żebym się nie bała, bo to kot jego siostry, który wychowywał się wraz z jego psem i jedno drugiego nie ruszy.
Ufff :)
Muszę się zbierać, jest mi już zimno, głaszczę kociaka na pożegnanie i zmykam.
Przypominam sobie moją kotkę i psa, którego nie ma już prawie 3 lata - najpierw kotka bała się psa, a gdy się do niego przyzwyczaiła, zaczęła go terroryzować. Siła charakteru zwykle wygrywa :)


sobota, 17 września 2016

Życie na (wirtualną) sprzedaż ?

Post ten napisałam wiosną, ale go nie opublikowałam, bo wydał mi się nie do końca w moim stylu.
Po skróceniu i naniesieniu paru zmian stwierdziłam, że nadal nie jest najlepszy, ale może iść w świat.

Portale społecznościowe mają się w dzisiejszych czasach świetnie. Trudno funkcjonować bez konta na FB, przyznaję, że sama zaglądam tam zbyt często. Staram się ograniczać, co bywa trudne, bo komu się dziś chce napisać smsa, skoro może przesłać wiadomość przez FB.. Przyznaję, mi też wygodniej komunikować się w taki sposób.

Nie wrzucam na tamtejszą tablicę jednakże siebie i swego życia, bo nie czuję potrzeby informowania całego fejsowego świata o tym gdzie i z kim obecnie przebywam, jakiego drinka piję i co zamierzam robić za 2 minuty. Ograniczam swą aktywność jak tylko mogę, od czasu do czasu coś tam zamieszczę, ale to coś musi się mieścić w moich granicach dobrego smaku i nie przekraczać granic mojej prywatności. Nie sprzedam siebie.


Konto na FB wiele mi daje, m.in. pozwala utrzymywać kontakt z ludźmi, z którymi rozdzieliła odległość. Informuje o wielu wydarzeniach, do których inaczej pewnie bym nie dotarła jak przeglądy filmów różnojęzycznych, rozmaite wystawy, warsztaty itp. Czerpię z niego korzyści, ale staram się nie zatracić po prostu siebie.


Nie obchodzi mnie ile kto jakich zdjęć dziennie zamieszcza, w ilu knajpach był wczoraj i do jakiej wybiera się jutro. Zdjęcie wnętrza czyjegoś brzucha raczej mnie zniesmacza niż zachwyca, o roznegliżowanych dzieciach w wannach/basenach już nie wspomnę. Może bywam staroświecka, ale uważam, że miejsce na takie osobiste zdjęcia jest w rodzinnym albumie.
Nagie męskie klaty też wzbudzają nie takie odczucia o jakich zapewne myślał ich właściciel.

Nie mam w zwyczaju włazić ludziom do łóżka i zaglądać do portfela i bywam zszokowana, że czasem sami tam wpuszczają ..

Żyjemy w takich czasach, że każdy może robić co chce i to jest super :) Komuś może się nie podobać moja wirtualna powściągliwość, a mnie czyjeś epatowanie intymnością.