środa, 15 lutego 2017

XII Liceum Ogólnokształcące we wspomnieniach absolwentki


 Moje LO i chwile w nim spędzone z perspektywy czasu jawią się jako ważny czas.

Nie wszystko było fajne i łatwe, męczyłam się tam okrutnie wiele razy.
Gdyby ktoś zapytał czym były dla mnie lekcje matematyki, odpowiedziałabym bez wahania: udręką.
Zabrały mi wiele energii i czasu, który mogłabym poświęcić chociażby na doszkolenie się z języków obcych.
Zaliczenie fizyki zawdzięczam tylko dobrej woli pani od tego przedmiotu, która trochę w życiu przeszła i chyba instynktownie czuła, że z niektórych jednostek niewiele da się wykrzesać.
Np. z takich jak ja, dla których te licealne zadania brzmiały tak samo niedorzecznie jak czarna magia.
Fizyka fizyką, a człowiek człowiekiem i dziś mogę pani od fizyki podziękować za szansę daną totalnej humanistce, która bujała sobie w obłokach zamiast w końcu zejść na ziemię.

Przed fizyką często spędzaliśmy czas przy szerokim oknie, spoglądając na pociągi, mijające stację Poznań Garbary.  Niejeden raz wolałabym wskoczyć do któregoś pociągu i pojechać w świat zamiast iść na lekcję z przedmiotów ścisłych.


Liceum to nie mury, to ludzie właśnie. 
Ludzie, którzy pojawili się na mojej drodze w czasie dość spokojnego, ale jednak kształtowania się osobowości.

Polonistka, dzięki której przeczytałam więcej lektur niż zakładał program.
Sięgnęłam po wiele książek i wiele z nich wyciągnęłam dla siebie. Holocaust, literaturę współczesną moja klasa 'przerobiła' trochę dokładniej, z czego bardzo się cieszę.
Zeszyty od języka polskiego są pełne genialnych myśli, wniosków, opisów, z których mogę czerpać po prostu w ..  życiu.


Wuefistka, której los nie rozpieszczał, oprócz aerobiku i tańca nauczyła nas, że gdy pojawia się problem, należy go rozwiązać.
Powtarzała nam często, że ciało jest stworzone do ruchu, o czym przez wiele lat pamiętałam intensywnie trenując prawie codziennie aerobik, a przez ostatnie 2 -3 lata lekko zapomniałam. Od wczoraj  te słowa ponownie nabrały znaczenia.
"Gdy masz trudności z wykonaniem jakiegoś ćwiczenia, od dziś powinno stać się ono twoim ulubionym" - powtarzała nam często.

Wraz z żeńską częścią klasy siedziałyśmy więc w świetlicy na podłodze i rozmawiałyśmy, słuchając kogoś, kto był od nas mądrzejszy w wiedzę i w doświadczenie.
Hatha joga w tamtych czasach na licealnym w-fie naprawdę stanowiła coś, co należy docenić.
Wiele z nas doceniło, ale pewnie po latach. Jako osoba nieznosząca koszykówki i siatkówki, lubiłam te lekcje - spokojne 45 minut często o 7 30 rano, podczas których można było wschłuchać się w swoje ciało, w siebie, zrelaksować  przed cięższymi przedmiotami.
Panią od w-fu spotkałam kiedyś po skończeniu liceum, na obiedzie w jakiejś poznańskiej stołówce. Nie wiem co dziś u niej słychać, czy jeszcze pracuje w tym ogólniaku, ale wspominam ją miło. 



Chociaż dzisiaj utrzymuję kontakt z garstką ludzi z tamtego czasu, wspominam swoje licealne lata bardzo dobrze.
LO to jeszcze dzieciństwo, nastoletni, beztroski czas, odmierzany sprawdzianem z matematyki i odpytywaniem z angielskiego.
Największy problem w tamtych latach stanowiło oblanie kartkówki z matmy i strach przed historią w pierwszej klasie. Niechęć do paru koleżanek w klasie i przygotowania do matury, która jawiła się jako coś nieznanego, acz fascynującego.
Z jaką przyjemnością powtarzałam język polski do matury, 'przejazd' przez epoki był świetną rozrywką - musicie uwierzyć na słowo :)

LO to i inne wspomnienia..  To i K., poznany przecież w murach naszego liceum ..
Studniówka, odbywająca się na szkolnej sali gimnastycznej.
I ona -  matura, którą mimo stresu wspominam bardzo przyjemnie.
Przedmaturalna impreza, która - nie przesadzam, naprawdę - wywarła wpływ na całe moje życie.

Pamiętam, że płakałam na oficjalnym zakończeniu szkoły, stałam na schodach wejściowych i płakałam, że to już koniec. Bo ja naprawdę lubiłam to miejsce, tą szkołę, te lekcje i te przerwy. Gdyby tak nie było, nie napisałabym tego posta, bo i po co.
Mimo uczenia się przedmiotów, które niewiele mnie obchodziły jak np. biologii, polubiłam te szkolne sale i korytarze. Swoją drugą ławkę. Szkolną świetlicę. Salkę, w której w I klasie odbywała się religia. Lubiłam dyżury, które każda klasa odbywała w szatni, przyjmując i wydając kurtki.

Chciałabym tam wrócić, na dzień albo dwa i spojrzeć w oczy sobie sprzed lat.
Tamtej młodziutkiej, wrażliwej, beztroskiej i naiwnej nastolatce .. Marzycielce, która po szkole pisywała opowiadania.

Liceum ma i swoją gorzką stronę i nie mam tu na myśli męczenia się z przedmiotami ścisłymi.
Dorosłam i dojrzałam 4 lata po opuszczeniu jego murów, wraz z odejściem K.
Gdy wspominam licealne lata, widzę K. na szkolnym korytarzu, przed salą do biologii. Drugie piętro, sala zaraz przy schodach.
Później widzę go przy sali do historii, pierwsze piętro, gdzie pokazuje mi mapkę. Widzę go bardzo wyraźnie mimo upływu lat. W sali od historii spędziłam zresztą wiele godzin, bo gdy po 2 latach bycia w klasie o profilu ogólnym przyszło nam wybierać profil (tak, tak, dopiero po 2 klasie), a mając do wyboru: matematykę (yh...), biologię (no cóż..) i historię, bez zastanowienia zdecydowałam się na trzecią opcję i od tego czasu 6 godzin historii w tygodniu stało się moją codziennością.

Pewnie zawsze z przyjemnością będę wspominać w-fy na cytadeli, gdy na naszej szkolnej sali gimnastycznej zawalił się sufit. I sprawdziany z polskiego i ostatnie lekcje, na których myślało się już o wyjściu na dwór i tamte przyjaźnie i parę rozmów ...
Klasę maturalną, gdy nauczyciele traktowali nas już trochę inaczej, jak prawie dorosłych, mimo, że nadal byliśmy dzieciakami.
Lubiłam moją 'dwunastkę', dała mi sporo cennych życiowych lekcji, nauczyła troszkę o ludziach.

Może to był taki czas pomiędzy byciem dzieckiem a dorosłym ?
Dobry, licealny czas, do którego za dziesiąt lat będzie się wracać z uśmiechem na ustach ..

Nie jest ważne ile dziś zostało nam w głowie z tangensów i cotangensów.  Większe znaczenie ma dla mnie to, że matematyczka okazała mi dużo serca gdy mozoliłam się z tą znienawidzoną przeze mnie matmą.

Od czasu skończenia ogólniaka byłam tam tylko raz - tego samego roku, w wakacje, gdy moja koleżanka poprawiała maturę. Przejeżdżałam i przechodziłam obok wiele razy,  ale nigdy już nie weszłam do środka. Bo po co ?

Licealny rozdział zamknięty, niczego nie da się ani poprawić ani zmienić. Moja klasa nigdy nie była zgrana, raczej każdy po lekcjach wracał do swojego świata. Nie spotykamy się, nie świętujemy kolejnych rocznic matury. Fajnie byłoby się kiedyś spotkać, jednak obawiam się, że po paru chwilach radość ze spotkania po latach by zgasła. Jeśli nie wytworzyła się między nami więź, gdy byliśmy nastolatkami i spędzaliśmy ze sobą codziennie wiele godzin, trudno szukać takiej więzi po latach.
Smutne, lecz prawdziwe.
Szkoda, że nie jeździliśmy na szkolne wycieczki, na nich mielibyśmy szansę bardziej się poznać i zgrać.

Bliższe osoby znalazłam w równoległych klasach, bo ja jak to ja z reguły bywałam nie tam, gdzie większość.


Na zdjęciu powyżej: droga do LO, którą przemierzałam w różnych nastrojach tyleeeee razy...

Pamiętam rozmaite dwunastkowe sytuacje..

Historyczkę, która uczyła nas w I klasie i nie zwracała się do nas imieniem, tylko numerem z dziennika. Stoły w jej klasie były poustawiane wokół sali, a my przestraszeni siedzieliśmy według kolejności alfabetycznej.

Panią od biologii, z którą mieliśmy lekcje w I i w III klasie. Lubiłam ją i dzięki niej lekcje biologii jakoś bezboleśnie mijały. Prosiła, abyśmy ważniejsze rzeczy zapisywali od wielkiej, kolorowej kropy.  I twierdziła, że jesteśmy rozmemłani. No cóż, tacy byliśmy :)

Nauczycielka historii z II klasy nauczyła mnie najwięcej, opowiadała historię ciekawie, z pasją.
Szkoda, że tylko przez rok mieliśmy z nią zajęcia.

Polonistka, nasza wychowawczyni, która pewnego dnia przyłapała nas (koleżankę), swoją klasę na grzebaniu w jej rzeczach w poszukiwaniu pytań na kartkówkę ze znajomości lektur. Zawiedliśmy ją wtedy jako jej klasa..

Lekcje religii w klasie maturalnej, na które uczęszczała tylko połowa klasy i dopiero wtedy w mniejszym gronie zajęcia te nabrały sensu. Ksiądz traktował nas jako dorosłych i wraz z nami delikatnie rozmawiał np. o lekturach, o szkolnym życiu. Szkoda, że tylko delikatnie, mógł bardziej pociągnąć wiele tematów. Na zakończenie szkoły podarował każdemu karteluszkę z przesłaniem i swoistym błogosławieństwem na dorosłe życie. Noszę ją w portfelu calutki czas.

Zdarzały się momenty zabawne, wzruszające, trudne, miłe, jak to w liceum. Parę intensywnych szkolnych lat, które minęły bardzo szybko..

Na fali popularności serwisu społecznościowego nasza-klasa.pl na chwilę odnowiliśmy licealno-wirtualną relację. Klasowa buntowniczka - jak to zwykle w życiu bywa - odkryła swą kobiecość.
Najbardziej ogarnięty chłopak w klasie opuścił Polskę, by w Europie zawalczyć o swoje marzenia.
Sympatyczna i skromna dziewczyna, którą zawsze lubiłam, ale z którą jednak nigdy nie nawiązałam bliższej relacji,  urodziła córeczkę.
Chwilowe rozmowy, wspomnienia, zdjęcia. Minęły tak samo jak popularność tejże strony.
Jedni mieli więcej szczęścia, inni mniej. Życie.

sobota, 21 stycznia 2017

Szlakiem miast na "B". Bratysława (31.12.2016)

Nie sądziłam, że w roku 2016 uda mi się zobaczyć Bratysławę. Znajdowała się ona w wiosennym planie wraz z Wiedniem, a w zasadzie Wiedeń wraz z Bratysławą :)



Plany sobie, życie sobie. A jak to się stało, że dotarłam do stolicy Słowacji wcześniej
niż planowałam ?
Przerwałam dwuletnią tradycję górskich sylwestrów, decydując się na spędzenie końca roku inaczej, w jakimś europejskim mieście. Lubię zmiany.
 Sylwester miał być w Wilnie, połączony z jednym dniem w Rydze i jednym w Tallinie - wyjazd z pewnym pseudo-biurem, niezbyt pewnym, ale za to tanim i oferującym wiele atrakcji w krótkim czasie. Coś za coś, 'biuro'  można rzec - w ostatniej chwili postanowiło tak po prostu wyjazd odwołać.
Hmm, połowa grudnia i cóż tu zrobić, by gdzieś pojechać i zmieścić się w zaplanowanym budżecie ?

 Na zdjęciu powyżej: Slovenske Narodne Divadlo, czyli Słowacki Teatr Narodowy.

Znalazł się groupon, z kilku możliwości różnych wyjazdów w oczy rzucił się Wiedeń + Bratysława. To w drogę !

Wyjazd zorganizowany zapewniał noclegi, a wiadomo, że w okresie sylwestrowym z nimi bywa rożnie.
Nie doczytałam, że noclegi są 2 godziny jazdy autokarem od Wiednia, zakładałam, że skoro śpimy w Czechach, to zapewne na samej granicy, czyli ok. godzinki drogi.  No trudno, da się przeżyć :)

Na Bratysławę zaplanowane było zaledwie kilka godzin, gdy pytałam ile czasu tam spędzimy, usłyszałam, 'przecież to niewielkie miasto' :) Tyle to ja sama wiem. Nic dobrego o stolicy Słowacji nie słyszałam, przeważają opinie, że nic tam nie ma i nie warto sobie tym miastem głowy zawracać.

Na blogach podróżniczych po Bratysławie jedzie się ostro.
Nie jest to stolica, która zachwyca jak Wiedeń czy Budapeszt, położona jest jeszcze bardzo blisko tychże miast, więc dla wielu stanowi tylko punkt po drodze, do którego czasem się wpadnie na godzinną kawę.

Bratysława nie ma szans, by dorównać stolicy Austrii czy Węgier pod względem ilości zabytków czy uroczych alejek, ale nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że nic w niej nie ma.

I pewnie zaskoczę wielu, ale zamierzam tam jeszcze wrócić na dzień czy dwa i zobaczyć to, na co podczas sylwestrowego wypadu zabrakło czasu.
Np. wjechać windą do najsłynniejszej słowackiej kawiarni, zwanej ufo.

Kawiarnia, mieszcząca się na moście rzuca się w oczy i zapewne można z niej obserwować zarówno Dunaj jak i ścisłe centrum miasta.
Wjazd jest płatny kilka euro, ale moim zdaniem warto poświęcić te trochę drobnych. 

W czasie wolnym, którego było ok. 1 h 20 min można było tam wjechać, ale niestety nie każdy zdążył :)

Słowackie ufo w 2016 r. widziałam jedynie z okolic zamku:





















Z zamku już prosta droga (w dół) do katedry św. Marcina i na (niewielką) starówkę.









































Spacerując po starówce spotyka się różne pomniki, niekoniecznie historyczne, lecz takie zabawne, mające stanowić atrakcję dla turystów jak np. Cumil - figurka faceta, wychylające się z kanału, przy którym postawiono znak "Man at work"



Znak ten postawiono z podobno jednego, ważnego powodu - parkujące auta, zwłaszcza te, prowadzone przez wiecznie spieszących się kurierów miejskich wielokrotnie .. wjeżdżały w Cumila.


Nieopodal pomnika Cumila znajduje się inny, przedstawiający "Pięknego Ignasia" - prawdziwy Ignaś był sprzątaczem o nienagannych manierach, podobno uwielbiającym .. kobiety.
Każdą potrafił w bardzo grzeczny sposób zaczepić, odzywając się do niej w języku, w jakim wydawało mu się, że dana dama mówi.
W I połowie XX w. Bratysława była wielokulturowym miastem, w którym obowiązywały m.in.  języki: słowacki, węgierski, niemiecki.

 Przy Pięknym Ignasiu ustawiały się kolejki chętnych do wspólnego zdjęcia, nie udało mi się sfotografować go samego.

 Jednak to nie pomniki podobały mi się najbardziej, bo nie oszukujmy się, mniej lub bardziej ciekawe pomniki znajdziemy  .. wszędzie. 

Jedno miejsce w stolicy Słowacji chciałam zobaczyć szczególnie, co połowicznie mi się udało. Miejsce to znajduje się na pierwszym zdjęciu w tym poście, a jest to modry kostolik, czyli niebieski kościół.

Niebieski kościół pw. św. Elżbiety wzniesiono w latach  1907-1913.
Trafić do niego niby prosto, chyba, że nie ma się ani mapy ani GPSa, a pytani o ten kościół przechodnie kierują zdezorientowaną pytającą w różne strony. W pobliżu jest też klasztor św. Elżbiety, ale jego budynek niczym specjalnym się nie wyróżnia,

Dojście ze starówki do niebieskiego kościółka zajmuje 10 minut, ale trzeba wiedzieć którędy iść :) Nigdzie nie ma oznaczeń ani tablic informujących jak dotrzeć do tego zabytku.



Modry kostolik widziałam jedynie z zewnątrz.
Jego wnętrze również jest całe w delikatnym odcieniu niebieskiego, z chęcią je obejrzę .. następnym razem. Jak większość kościołów na Słowacji i ten był zamknięty. Żeby było śmieszniej, kościółek miał zostać otwarty za 15-20 minut od momentu, w którym tam byłam, ale uczestniczyłam w wyjeździe zorganizowanym, a czas wolny był ograniczony i właśnie mijał - nie mogłam czekać ..


Ciekawym miejscem, oddalonym 8 km od centrum Bratysławy są ruiny zamku Devin, które również chciałabym kiedyś zobaczyć.. Wygląda na to, że muszę tam wrócić :)

sobota, 14 stycznia 2017

Szlakiem miast na "B". Budapeszt



Tytuł tego posta pierwotnie miał brzmieć:
Tanie podróżowanie, cz. III. Stolica Węgier,
jednak Budapeszt okazał się troszkę droższy niż się powszechnie myśli.

Pierwszą zaletą stolicy Węgier, której nie da się nie zauważyć jest brak tłumów :)
Ufff, przez miasto można swobodnie przejść !
Już się tu dobrze czuję  :)

Turystów oczywiście trochę jest, to początek września, czyli sezon jeszcze trwa, ale nie trzeba ich wymijać chcąc się przedostać gdziekolwiek.

Na ulicach często słychać języki: włoski, francuski czy hiszpański. Polski czy niemiecki da się usłyszeć, ale rzadko.

Most Łańcuchowy (czyli ten z lwami) - najładniejszy most Budapesztu niestety traci trochę uroku przez fakt, że jest nim normalnie poprowadzony ruch samochodowy.







Budapeszt oferuje wiele - lubiący zwiedzanie zabytków nie będą się tu nudzić, osoby, które wolą poleniuchować na trawie w parku, na wyspie Małgorzaty znajdą raj. Widok z wzgórza Gellerta, zwłaszcza nocą, zrekompensuje wysiłek, włożony w wdrapanie się na 235 m.
Gdy wędrowanie po mieście da się we znaki zmęczonym nogom, można wybrać się na rejs po Dunaju i spojrzeć na stolicę Węgier z perspektywy rzeki.

Jedno miejsce w Budapeszcie skradło mi serce od razu. Czuć w nim powiew magii, całość sprawia wręcz bajkowe wrażenie. Mowa o niesamowitej Baszcie Rybackiej, miejscu, gdzie zatrzymał się czas.







To takie miejsce przenikania się przeszłości i teraźniejszości. Jednocześnie Baszta Rybacka to świetny punkt widokowy, z którego można spojrzeć m.in. na imponujący budynek parlamentu.






O ile parlament z zewnątrz robi piorunujące wrażenie (zdjęcia tego nie oddają), to jednak zwiedzanie jego komnat mnie rozczarowało. Parlament można zwiedzać za opłatą (ok. 2 200 forintów za bilet normalny) z przewodnikiem, w języku: angielskim, niemieckim, włoskim lub francuskim. Jako, że dnia, którego zwiedzałam wnętrza parlamentu, grup niemieckich już nie było, pozostał język angielski. Jak się nietrudno domyślić, grupy angielskie są najpopularniejsze, a co za tym idzie, zbyt liczne, troszkę przeładowane.
Przewodniczka szybko przeszła z nami przez kilka sal (spodziewałam się zobaczyć więcej) i równie szybko nas zostawiła, pędząc po kolejną, ostatnią tego dnia grupę.







Spacerując brzegiem Dunaju w pewnym momencie natrafiamy na buty, pomnik ofiar Holokaustu.


Wiele par prawdziwych butów z 1944 r. stanowi upamiętnienie Żydów, którym przed rozstrzelaniem kazano zdjąć buty i stanąć twarzą do Dunaju. Ciała wpadały do rzeki, którą wówczas nazywano Czerwonym Dunajem.




Przed wyjazdem poczytałam trochę opinii o Budapeszcie w necie, znalazłam też ciekawy wątek, w którym ktoś pytał gdzie pojechać na weekend: Praga czy Budapeszt ?
Ok. 80 % odpowiadających bez wahania wskazało Pragę.


Z czystej przekory chciałabym napisać, że ja jednak stawiam na Budapeszt.
Tylko kurcze, nie będzie to przekora, lecz prawda.
O ile Praga zachwyca od razu, o tyle Budapeszt jest mniej oczywisty, bardziej trzeba sobie go odkryć, co osobiście uwielbiam.
Zauroczyło mnie to miasto, bardzo chętnie wróciłabym tam np. za miesiąc czy pół roku.
Na jeden dzień udało się wyrwać nad Balaton i popływać w tzw. węgierskim morzu, ale o Balatonie innym razem. 

 A jak już wyruszyłam szlakiem miast na "B", to chciałabym kontynuować takie zwiedzanie.
Nie licząc Berlina, w którym od czasu do czasu jestem, na B-liście znajdują się kolejno:

rumuński Bukareszt (udało się, spójrz tutaj, klik: http://wyfrunaczwlasnejglowy.blogspot.com/2016/12/szlakiem-miast-na-b-bukareszt.html)

czeskie Brno
słowacka Bratysława (również tu dotarłam w ostatni dzień roku 2016,  zaledwie na parę godzin, ale zawsze coś :) )
polski Białystok
belgijska Bruksela
hiszpańska Barcelona
szwajcarskie Berno
Serbski Belgrad też chętnie bym zobaczyła, ale tu może być trochę trudniej..
O Bangkoku w Tajlandii na razie mogę pomarzyć, co nie znaczy, że kiedyś tam nie dotrę :P



Na moją podróżniczą listę wskoczyły kraje bałtyckie - Litwa, Łotwa i Estonia i myślę, że one będą celem wypadowym wiosną 2017 r.
Niekoniecznie wszystkie trzy od razu, najbardziej na ten moment skupiona jestem na pierwszym kraju z tej listy; zaczytuję się już o Wilnie, Trokach czy Kownie.

Tymczasem na koniec jeszcze kilka migawek z pięknego Budapesztu:



Nasz kolorowy hostel :) 



środa, 28 grudnia 2016

Wracam

Nie pisałam trochę. Przygwoździł mnie jesienny świat.
Byłam zmęczona, czasem pisywałam inne rzeczy, ale raczej krótkie, szybkie i niezaprzątające myśli na dłużej.

Nie miałam głowy do wielu spraw. 

Zapewne sam/sama wiesz jak to jest gdy zwala Cię z nóg..
Zmęczenie takie, że aż bolą mięśnie.
Takie cholerne zmęczenie, że gdy proponują Ci  bilet na koncert Dżemu dosłownie za grosze, lecz
 nie masz siły na niego pojechać, chociaż wiesz, ze pewnie byłoby zajebiście.
Ale padnięcie na łóżko to szczyt Twych możliwości weekendowych.

Gdy na głowie miliony spraw, a wszystkie na teraz, na już, pilne jak cholera.
Gdy od 16 panuje ciemna noc, a Ty marzysz o spacerze po dywanie z liści.
Gdy ciągle słyszysz, że jesteś niewystarczająco dobra, a w zasadzie słyszysz, że jesteś beznadziejna i nie pasujesz do tego świata.

Zagryzasz więc mocno zęby, żeby się nie rozpłakać.

Gdy rodzina ciągle się czepia, bo nie żyjesz tak jak Twoje kuzynostwo, czyli w jeden jedyny słuszny sposób. Bo włóczysz się gdzieś niewiadomo nawet gdzie, po jakichś górach i gdzieś tam jeszcze zamiast zająć się życiem.
I zajmujesz się pierdołami, które niewiele Ci dają. To, że dają Ci radość, nikogo nie obchodzi.

Gdy starasz się możliwie jak najbardziej zaangażować w przygotowanie Szlachetnej Paczki dla potrzebującej rodziny, ale nie masz czasu .. I czujesz się podle.
Bo na nic nie masz czasu. Wydzierasz więc potrzebny Ci czas na siłę i robisz tyle ile zdążysz.


Jedyną muzyką, jaką jesteś w stanie znieść wieczorami, jest cisza. Inne dźwięki przewiercają Ci mózg.
Niezgłębiona grudniowa ciemność zamiast zachwycać, irytuje.
Spojrzenie, zazwyczaj roziskrzone głodem świata, jakoś tak obojętnieje.
Ileż można słuchać, że jest się do niczego ?

Najchętniej wyłączyłabym internet, aby nie wiedzieć.
By nie czytać o tym co się wydarzyło w Berlinie - na placu,  na którym przecież wiele razy zdarzało mi się być.  Znam tamtą okolicę stosunkowo dobrze.
Właśnie tam urzeczywistnił się koszmar, którego obawiano się w Berlinie od dawna..
I o tragedii chóru Alexandrowa, którego koncertu miałam okazję posłuchać w poznańskiej arenie w  listopadzie 2013 r.

Zamykam oczy, rozłączam internet, wylogowuję się z wirtualnego świata.

Zewsząd płyną pytania czy dalej chcę jeździć do Berlina i czy pojadę jeszcze na świąteczne jarmarki.
Tak, czasem się boję. Tak, wiem, co się wydarzyło. Tak, zdaję sobie sprawę z tego co do mnie mówicie. Tak, pojadę.

Natłok myśli wysysa energię. Krytyka podcina skrzydła. Świat przytłacza.

Zamiast rozbłysnąć, gaśniesz...Potrzeba chwili, by otrząsnąć się z mocnych słów.
Kolejnej, by odpocząć i nabrać sił.
Ze spokojem pomyśleć i przypomnieć sobie co naprawdę jest ważne.
Odkryć na nowo dziecko w sobie - dziecko, które potrafi się cieszyć tym, co ma i docenia każdą chwilę. Bo nic nie jest dane raz na zawsze.

Jesteśmy coraz bardziej zblazowani i nic nas nie cieszy.
Nie doceniamy tego, z czego możemy korzystać, a gdy coś tracimy mamy pretensje do całego świata..

Odpoczęłam. Wracam do pisania, do korzystania z chwili, do 'siebie'.

"Do kiedy jestem,
nie powie, nie powie mi nic
Do kiedy będę,
nie wie nikt.."



Alicja miała 26 lat.
Korzystała z życia na maxa, żyła tak szybko i intensywnie jak tylko się da.
Podróżowała po świecie, niedawno wróciła z Tajlandii. Jak powiedzieli jej znajomi,
ona bywała wszędzie. Pełna życia, uśmiechnięta, zadowolona.
Dobrze, że tyle zdążyła, bo potem przyszła sobie choroba i ot tak ją zabrała. No niezupełnie ot tak, dano im jeszcze tydzień.
Jak zawsze - nie było szans na ratunek. 

Ile takich historii słyszałaś/eś ? Ja zbyt dużo.
Moi rodzice uczestniczyli w jej pogrzebie, o nic nie pytaj.

Ciesz się, że jesteś.

Niedługo pojawi się relacja z wrześniowego Budapesztu, która napisać się jakoś nie może.

niedziela, 4 grudnia 2016

Szlakiem miast na "B". Bukareszt




19-20.11.2016 spędziłam w stolicy Rumunii - Bukareszcie, o którym to troszkę już się naczytałam,
więc teoretycznie wiedziałam czego się spodziewać.  Bukareszt jest nazywany jedną z brzydszych europejskich stolic, do czego bardzo przyczyniły się lata dyktatorskich rządów Nicolae Ceaușescu, 
który to delikatnie mówiąc cofnął rozwój kraju. W rzeczywistości zrównał z ziemią sporą część starej części Bukaresztu, przez co miasto nazywane Paryżem Wschodu straciło swój blask.

Dziś chyba pomalutku Bukareszt się otrząsa ze swojej tragicznej historii, z naciskiem na pomału..
Wiem, że listopad nie jest najlepszym miesiącem na zwiedzanie; to raczej najgorszy czas na takie wyprawy, ale tak się złożyło, że akurat w ponury listopadowy czas wylądowałam w stolicy Rumunii :) Pogoda - jak na tą porę roku - trafiła się nam cudowna, było dość ciepło, nie padało, chwilami nawet pokazywało się słońce.

Fot. goście sobie roz-miau-wiają w kawiarni na starówce :)

Na poznanie Bukaresztu mieliśmy dwa dni i postanowiliśmy je optymalnie wykorzystać.
Udało się zobaczyć Pałac Parlamentu (Dom Ludowy) i jego okolice, starówkę, Łuk Triumfalny i nieopodal znajdującą się Alejkę Michaela Jacksona, skansen (Muzeum Wsi), kilka uroczych cerkiewek oraz przy okazji 3 parki.

Wspomniany pomnik Michaela Jacksona znajduje się w parku na tyłach skansenu oraz 3 minuty drogi pieszo od Łuku Triumfalnego.

Ten uwielbiany w Rumunii, nieżyjący już wokalista na początku lat 90-tych przyjechał tu na koncert. Przy okazji postanowił zwiedzić Bukareszt m.in. Pałac Parlamentu, z którego tarasu przywitał licznie zgromadzonych fanów słowami "Hallo Budapest" :)
Mieszkańcy Bukaresztu jednak nie obrazili się za tą gafę, zresztą podobnych pomyłek zdarzało się więcej, a stolice Rumunii i Węgier stosunkowo często są mylone.



Gdy parę lat temu zaczynałam interesować się Rumunią, otrzymałam w prezencie książkę Małgorzaty Rejmer pt. "Bukareszt. Kurz i krew" (dzięki J. !) :)
Książkę napisaną lekkim piórem o ciężkich przeżyciach Bukaresztu czytałam na raty; z niektórych jej rozdziałów trzeba było się otrząsnąć, by móc kontynuować lekturę.
Po przeczytaniu tej pozycji Bukareszt wydał mi się miastem, które z jednej strony fascynuje, ale z drugiej - przeraża.


Nie widziałam stad wałęsających się bezpańskich psów, ale od koleżanki, która jest bardziej związana z Rumunią niż ja, wiem, że ten problem w stolicy kraju raczej zanika. Psy niestety nie trafiają do nowych, kochających właścicieli, ich los jest smutniejszy. Z powodu przepełnienia schronisk bezpańskie psy są niestety usypiane..
Eh..



Listopadowy Bukareszt prezentuje się dość szaro, jednak późna jesień w skansenie mieni się wieloma odcieniami pomarańczu, brązu, żółci oraz przebrzmiałej zieleni  i zachwyca 'jesiennością'. Sam skansen to jedno z największych muzeów na wolnym powietrzu w Europie i zarazem miejsce, które warto odwiedzić, by zobaczyć na własne oczy wiele niebanalnych, historycznych budynków, przeniesionych z innych części kraju. (znaczna część to oryginały).





Pałac Parlamentu (dawniejszy Dom Ludowy) -  dość duża bryła, stojąca na dość dużym placu. To drugi największy budynek rządowy na świecie po amerykańskim Pentagonie. Stoi w miejscu, w którym kiedyś tętniło życie, lecz to życie wraz z zabytkowymi cerkwiami zostało zmiecione, by on mógł powstać.
A wokół niego pustki, oprócz nas kręciło się tu zaledwie kilkoro turystów. Mieszkańcy chyba tutaj nie przychodzą. 
Stoi więc taki niezbyt urodziwy gigant i przypomina niezbyt fajne czasy.

Nie zwiedzaliśmy tego budynku od wewnątrz, chociaż istnieje taka możliwość. Jakoś tak nie mieliśmy ochoty, zresztą pogoda była na tyle ładna, że woleliśmy dłużej poszwędać się po mieście.
Jakbyśmy spędzali w Bukareszcie o jeden dzień dłużej, być może pokusilibyśmy się o wejście do środka na dłużej niż minutę. Chociaż .. nie sądzę, raczej postawilibyśmy na jakieś muzeum.

Okolice Pałacu Parlamentu również są takie jakieś.. ponuro-smutnawe.., 

więc po niezbyt długim czasie ruszyliśmy na starówkę.
Przespacerowaliśmy się każdą jedną uliczką starówki, po drodze zaglądając do kilku ukrytych między różnymi budynkami cerkiew. Te są naprawdę urocze i warto do nich wejść choćby na chwilę.
Na starówce byliśmy zarówno jednego dnia późnym wieczorem jak i drugiego dnia w porze obiadowej i o ile wieczorem tętni tu życie, to w niedzielne południe czas płynie raczej leniwie.

Zdjęć ze ścisłego centrum nie mam zbyt wiele - mogłabym zamieścić takie, które ukazałoby piękno miasta, mogłabym takie, na które każdy zareaguje "yh, jak tu brzydko".

Bukareszt jest na pewno JAKIŚ.
Warto go zobaczyć, jak każde większe miasto zapewne warto poznać bardziej, nas ograniczał czas. 
Silne przeziębienie również nie uprzyjemniało zwiedzania.

Tym, co rzuca się w oczy w centrum Bukaresztu są wszechobecne reklamy.



Poniżej jeszcze kilka migawek z naszego krótkiego pobytu: