Góry uzależniają. Totalnie.
Tęsknię gdy długo mnie w nich nie ma.
Zdarza mi się wędrować i pytać samą siebie co mnie tu przywiodło.
Bywa i tak, że mam ich dosyć, wściekam się na swoją słabą kondycję, zbyt ciężki plecak, błoto na szlaku, ulewę ..
Zdarzało się mozolnie podchodzić w ostrym deszczu, gdy widoczność była zerowa ..
W takiej sytuacji nie przychodzą na myśl poetyckie zachwyty nad pięknem krajobrazów, prędzej cisną się na usta dwa słowa, które nie brzmią "cudnie tu", lecz "kurwa mać".
Gdy calutki dzień wędruje się w ulewie, a w butach aż chlupie, trudno z uśmiechem przypatrywać się niezwykłemu światłu, które akurat pada na pobliski szczyt.
Gdy po wieeelu godzinach marszu kolano/a dostają tak mocno w kość, że bolą mocniej niż powinny :D, przeklina się każde 100 g, które przecież sami spakowaliśmy. Najchętniej rzuciłoby się dość dobrze zapakowany plecak i wypieprzyło z niego nadmiarową, jedyną czystą koszulkę czy zapasowy kisiel, ważący tyle co nic, ale jednak zbyt dużo ..
Pamiętam pewien weekendowy wypad w góry, podczas którego obiecywałam sobie, że nigdy więcej.
Padałam ze zmęczenia, ale szłam dalej, cały czas powtarzając sobie w myślach:
mam do cholery dosyć tych gór.
Po czym wróciłam do domu, rozpakowałam się i ... zatęskniłam za podchodzeniem i schodzeniem, za widokami, za samym marszem, za zapachem lasu.
Góry..
One przyciągają, kuszą panoramami, zachwycają, szepczą niewinnie do ucha: i tak do nas wrócisz.
Wracam więc.
Odkrywam je ciągle na nowo, zakochuję się w kolejnych pasmach górskich, ładuję w nich akumulatory, chłonę górską magię wszystkimi zmysłami. W górach odcinam się od miliona problemów, zanurzam się w innej rzeczywistości, mierzonej wdechami i wydechami, poranną rosą i wieczornym niebem pełnym gwiazd.
Mrużę oczy jak kot i przyglądam się światu, widzianemu ze szczytu.
Jakiś spokojniejszy ten świat, uporządkowany, bardziej subtelny niż ten na dole..
Mała masa cudów, rozgrywająca się tuż przed moimi oczami - kolorowy motylek, fruwający w Bieszczadach, zachodzące słońce gdzieś w Sudetach, wspomnienie surowych, potężnych, acz przepięknych Tatr.
Góry oferują coś bardzo ważnego w dzisiejszych czasach - poczucie wolności.. Takiej niczym nieskrępowanej wolności.
Bliskość z naturą, zapach lasu i święty, górski spokój umożliwiają ucieczkę od przyziemności.
Choć czasem dają się mocno we znaki, to tak naprawdę nieistotne.
Tak jak książki, nadające ciepło wnętrzom mieszkań, tak góry nadają życiu .. pełni.
Gdy raz Cię zaczarują, powrócisz stęskniony/a ..
O ile bezkresne morze budzi szczery podziw i respekt, to jednak szybko się nudzi..
A góry ? One się nigdy nie znudzą :)
środa, 27 stycznia 2016
czwartek, 7 stycznia 2016
2016
Zjawił się i on - Nowy Rok 2016.
Nadszedł dość spokojnie, witany w górskiej scenerii. Smakował szampanem, pitym z kubka w kolorowe sówki i pachniał świeżością chwil, które dopiero nadejdą..
Kiedyś, za czasów licealnych, czyli troszkę odległych, bawiłam się w najrozmaitsze postanowienia noworoczne. Później z tego wyrosłam, a dziś chciałabym tylko ogólnie postanowić, że chcę w Nowym Roku zrobić krok do przodu, popchnąć swoje życie mocniej w określonym kierunku.
2015 był dobrym czasem, jednak nie da się ukryć, że nie rozwinęłam się w paru dziedzinach, w których mogłabym to zrobić.
Czas więc pójść przed siebie :)
poniedziałek, 30 listopada 2015
Listopadzie, dlaczego jesteś taki ponury ?
I prawie minął miesiąc, którego wyjątkowo nie lubię.
Wprawdzie jego pierwszą połowę prawie przeoczyłam, bo byłam zajęta od rana do wieczora,
a połowę drugą chciałam przespać :), ale jak to zwykle bywa - nie mogłam.
Gdy budzik dzwoni o 7 00 (i tak dobrze, że to 7, a nie np. 5), niechętnie wstaję i patrzę przez okno..
A tam albo mżawka albo deszcz, zdarzała się także ulewa.
Najchętniej zasłoniłabym okna roletą i wróciła pod ciepłą kołdrę, przykrywając się nią po uszy.
W weekend zdarzało się tak właśnie czynić :D
Od poniedziałku do piątku podnoszę się o tej 7, czasem przestawiając budzik co 5 minut, żeby jeszcze chwilę poleżeć, jeszcze minutkę..
A potem chcąc nie chcąc trzeba zacząć dzień ponuro-listopadowy.
Dopadła mnie późnojesienna niechęć, ogarnęła senność i osaczyło przygnębienie.
Ciągle ciemno, to już wystarczy, by złapać doła..
Ciekawe czy kiedyś polubię listopadowy czas ..
Wprawdzie jego pierwszą połowę prawie przeoczyłam, bo byłam zajęta od rana do wieczora,
a połowę drugą chciałam przespać :), ale jak to zwykle bywa - nie mogłam.
Gdy budzik dzwoni o 7 00 (i tak dobrze, że to 7, a nie np. 5), niechętnie wstaję i patrzę przez okno..
A tam albo mżawka albo deszcz, zdarzała się także ulewa.
Najchętniej zasłoniłabym okna roletą i wróciła pod ciepłą kołdrę, przykrywając się nią po uszy.
W weekend zdarzało się tak właśnie czynić :D
Od poniedziałku do piątku podnoszę się o tej 7, czasem przestawiając budzik co 5 minut, żeby jeszcze chwilę poleżeć, jeszcze minutkę..
A potem chcąc nie chcąc trzeba zacząć dzień ponuro-listopadowy.
Dopadła mnie późnojesienna niechęć, ogarnęła senność i osaczyło przygnębienie.
Ciągle ciemno, to już wystarczy, by złapać doła..
Ciekawe czy kiedyś polubię listopadowy czas ..
wtorek, 17 listopada 2015
Z serii: Złote myśli
"Tylko(,) że kiedy się jest szczęśliwym, nigdy się nie wie o tym"
Jarosław Iwaszkiewicz
"Na wszystko w życiu jest odpowiedni czas. Przyspieszanie tego na siłę może przynieść więcej szkody niż pożytku"
Karolina Wilczyńska włożyła te słowa w usta babci Róży w książce "Zaplątana miłość"
Zapuściłam bloga przez ostatni miesiąc. Nie wyrabiałam się czasowo, zajęta (współ)organizacją górskiego wypadu weekendowego dla ok. 80 osób.
Wyjazd wypalił :), teraz wolny czas planuję poświęcić na pisanie, czytanie i 'jesieniowanie' :)
Jarosław Iwaszkiewicz
"Na wszystko w życiu jest odpowiedni czas. Przyspieszanie tego na siłę może przynieść więcej szkody niż pożytku"
Karolina Wilczyńska włożyła te słowa w usta babci Róży w książce "Zaplątana miłość"
Zapuściłam bloga przez ostatni miesiąc. Nie wyrabiałam się czasowo, zajęta (współ)organizacją górskiego wypadu weekendowego dla ok. 80 osób.
Wyjazd wypalił :), teraz wolny czas planuję poświęcić na pisanie, czytanie i 'jesieniowanie' :)
piątek, 16 października 2015
Samotne mini-podróżowanie
Zaliczam się do osób, które wolą podróżować w grupie aniżeli samotnie.
Wprawdzie często lubię pobyć sama ze sobą i bywa, że towarzysz zaczyna mnie irytować, ale lepiej (i bezpieczniej) czuję się z kimś. Ostatnio chwilkę podróżowałam samotnie - Żywiec, Bielsko-Biała, Katowice.
Fajne było to, że sama wybierałam cel, do którego chcę się dostać.
Nikt mi niczego nie narzucał, nie szłam na żadne kompromisy.
Chciałam pojechać do Krakowa, ale spontanicznie podjęłam decyzję, że jednak wsiadam w pociąg, zmierzający... do Bielska-Białej :)
Nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczenia tego leżącego w górach tajemniczego miasta.
Dość sprawnie załatwiłam sobie nocleg i ruszyłam zwiedzać.
Ktoś mógłby popukać się w czoło, czytając, że magiczny Kraków zamieniłam na nieznaną, śląską Bielsko-Białą, po której niewiadomo czego można się spodziewać :)
Bielsko-Biała wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Wprawdzie niewielkie miasto, ale całkiem ładne.
I góry w oddali..
Mieszkańcy, jeśli tylko mają ochotę, mogą prosto po pracy spakować plecak i ruszyć na beskidzką wędrówkę. Pozytywnie zazdroszczę :)
Wartym zobaczenia miejscem w BB jest secesyjna kamienica z żabami - urocza :)
Żaby są wzorowane na postaciach z bajki Wilhelma Buscha, jak głosi tablica na kamienicy.
BB może także pochwalić się ładnym centrum z ratuszem, paroma działającymi fontannami, które przyjemnie chłodziły w sierpniowy skwar czy uroczymi, wąskimi uliczkami oraz urokliwym budynkiem dworca PKP, którego Poznań może tylko pozazdrościć. 
Dobrze się czułam w tym mieście. Odkrywałam je niespiesznie, piechotą, zaglądając w jego zakamarki.

Znajduje się tam również dość oryginalne muzeum, mianowicie Muzeum Fiata 126 P. :)
Zainteresowało ono nawet taką motoryzacyjną ignorantkę jak ja.
Zajrzałam do środka z ciekawości. Muzeum-kawiarnia czy też kawiarnia-muzeum to dość przytulna miejscówka, trochę żałuję, że nie skusiłam się na wypicie herbaty czy czekolady w takim 'maluchowym' otoczeniu.


Kolejnego dnia zastanawiałam się jakie miasto jutro obrać na cel samotnego zwiedzania.
Częstochowa ? Katowice ? Bytom ?
Może Rybnik ?
Miało być blisko, żeby nie tracić czasu w PKP/PKSie; poza tym szukałam miejsca ciekawego, niespotykanego, które mnie zaskoczy bądź zauroczy.
Jako, że kiedyś czytałam o katowickim Nikiszowcu ze słynnymi familokami, jakich podobno nie ma nigdzie indziej w całej Europie, postawiłam na stolicę województwa śląskiego.
Być może to był mój błąd :), ale Katowice mnie raczej zniechęciły niż zachwyciły.
Wysiadłam z pociągu i już na starcie pojawił się problem ze znalezieniem noclegu.
Albo zajęte albo cena powalała. Do głosu doszła moja poznańska mentalność skąpca, dziwiąca się jak drogie jest w tak brzydkim (!) mieście wynajęcie pokoju. Próbowałam ją uciszyć, bo gdzieś spać jednak trzeba, lecz ona cały czas szeptała, że tyle to można zapłacić we Wrocławiu albo w Krakowie, ale nie tutaj.
Szukając jakiegoś lokum, przeszłam kawałek miasta - miasta, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest ładne. Bo nie ukrywajmy - pięknem Katowice nie grzeszą.
Zwiedziłam to, co planowałam - Nikiszowiec,
któremu niedługo (mam nadzieję :P) poświęcę osobny wpis.
Pokręciłam się po centrum miasta, zahaczając o słynny katowicki spodek. który jednak mnie nie powalił i nie bardzo wiedziałam co mam z sobą począć.
Weszłam do oddziału Muzeum Śląskiego i zapytałam portiera co - oprócz Nikiszowca - warto zobaczyć w Katowicach. (muzea już były pozamykane)
Zdziwiony odparł, że tu w centrum to chyba nic, ale zawsze mogę pochodzić po knajpach. Jako, że sama po barach nie chadzam, nie wykazałam zainteresowania tą propozycją.
Podobne pytanie zadałam paniom z baru, gdzie zatrzymałam się na dość późną obiadokolację, niestety one także nie potrafiły znaleźć nic interesującego w stolicy woj. śląskiego.
W hostelu, gdzie zatrzymałam się na noc, usłyszałam, że doba ho(s)telowa kończy się o 10 00, ale rozczarowana Katowicami klucze oddałam już ok. 8 30 rano i pognałam na dworzec. Byle dalej stąd :)
Chciałam jeszcze zawitać do Częstochowy, w której byłam zaledwie raz w życiu, na wycieczce szkolnej przed maturą, czyli dawno :) Jednak nie chcąc przeciążać kontuzjowanego kolana odpuściłam ten wypad.
Innym razem. Podobno co się odwlecze... :)
Co było najtrudniejsze w samotnym jeżdżeniu ?
Dla mnie zdecydowanie wieczory, kiedy zostawałam sama w pustych pokojach i nie miałam do kogo się odezwać. I powroty nieznanymi ulicami do tychże pustych pokojów, które to - ulice w Katowicach - nie sprawiały wrażenia bezpiecznych. Tzw. podejrzane typy, mijane na opustoszałych jak na dość duże miasto drogach. I moja bujna wyobraźnia, podsuwająca pesymistyczne obrazy nieszczęśliwego powrotu w całości do pokoju, a już na pewno bez torebki i ... zębów.
Co spodobało mi się najbardziej ?
Jechałam gdzie chciałam :), dużo chodziłam i nikt mi nie marudził nad uchem, że cały dzień tylko łażę i łażę.
W dzień w ogóle nie odczuwałam samotności, czułam się dobrze sama ze sobą. Ba, ja nawet byłam zadowolona, że jestem sama i nikt mi głowy nie zawraca :)
Poza tym wszędzie mijałam ludzi - na ulicy, w sklepie, autobusie, co chwilę z kimś rozmawiałam.
Przesympatyczni ludzie, chętnie wyjaśniający jak najsprawniej dostanę się tam, gdzie zaplanowałam itp. - wypytywali czy mogą mi jeszcze jakoś pomóc.
Miły pan w Żywcu stwierdził, że on również zmierza w okolice dworca PKP i mogę zabrać się z nim, po czym odprowadził mnie pod sam budynek i zawrócił, bo musiał się trochę cofnąć, dworzec jednak był mu nie do końca po drodze..
Babka w małej, podbeskidzkiej wiosce, w której musiałam przenocować, gdy kolano zaniemogło, tak się mną przejęła, że dała mi swój numer telefonu i powiedziała, że mam dzwonić nawet w środku nocy, jakby coś się niedobrego działo. Rano przyszła wcześniej i dopytywała czy z moim kolanem już lepiej.
Młoda dziewczyna w sklepie spożywczym przy dworcu w Bielsko-Białej zapytana czy mogłaby mi polecić jakiś nocleg na jedną noc, sama zaczęła mi go szukać. Gdy zaprotestowałam, tłumacząc, że już sama to ogarnę, szukała dalej, upierając się, że dla niej to żaden problem.
Starsza pani w Katowicach zadzwoniła do męża z pytaniem czy on mógłby znaleźć adres jakiegoś sprawdzonego lokum, bo tam, gdzie my dzwonimy albo nikt nie odbiera albo proponują cenę iście warszawską.
Itd., itp. :)
P.S. Może niesprawiedliwie oceniam Katowice, z pewnością znajdują się tam urocze zaułki i powalające pięknem miejsca, mnie jednak to miasto po prostu nie urzekło.
poniedziałek, 5 października 2015
Słowa magiczne
"W sercu pozostają nie ci, z którymi najczęściej coś robiliśmy albo rozmawialiśmy,
lecz ci, którzy poruszyli naszą duszę i zaczarowali nasze serce"
Właśnie tak :)
Tylko skąd te słowa wzięły się w jednym z wielu moich notesów z zapiskami ?
lecz ci, którzy poruszyli naszą duszę i zaczarowali nasze serce"
Właśnie tak :)
Tylko skąd te słowa wzięły się w jednym z wielu moich notesów z zapiskami ?
piątek, 18 września 2015
Pani z poczekalni
Z powodu problemów z kolanem musiałam skrócić górskie wędrowanie. Musiałam też wybrać się tam, gdzie zwykle nie chadzam - do lekarza.
Tyle wstępu :)
Nie wiem jak się spędza długie godziny w pamiętających dawne czasy, obskurnych poczekalniach.
Nie wiem ile historii można posłuchać siedząc pod gabinetem lekarza na rozwalającej się ławce.
Nie wiem też ile potrafią opowiedzieć o sobie współtowarzysze niedoli, traktujący poczekalnię jak gabinet psychoterapeuty.
Nie będzie stereotypowo, przewidywalnie i marudząco.
Pani z poczekalni ma 82 lata, chociaż na moje oko wygląda na około 10 lat mniej.
Nie jest schorowaną staruszką, katującą uszy towarzyszy historią swego życia.
Pani nigdy nawet nie była u ortopedy, przyszła po prostu zająć kolejkę swojej młodszej siostrze.
Nie wiem nawet w którym gabinecie przyjmuje lekarz, do którego się dostałam. Jestem pierwszy raz, błądzę, pytam.
Czy poza mną są tu sami stali bywalcy ? Wskazują mi gabinet, mam 2 godziny wolnego, więc swoim zwyczajem nie czekam, lecz idę na miasto. Zaspane miasto, dopiero delikatnie przecierające oczy ze snu.
Przedtem pani z poczekalni - tak ją nazwałam - pyta co sobie zrobiłam. Na dźwięk 3 słów "kontuzja w górach" reaguje ze zrozumieniem. Tak, ona też chodzi po górach, kocha je od kiedy w wieku 18 lat wybrała się pierwszy raz.
Kocha je tak bardzo, że przeszła prawie wszystkie szlaki w Polsce. I nie tylko, były też Dolomity, Alpy.
Wędrowała z mężem, z synem, z wnuczką Pauliną.
Opowiada, że najbardziej ukochała Tatry. Tatry Wysokie, łańcuchy i trud, nagradzany cudnymi widokami. Beskidy - choć też piękne - nazywa pagórkami.
"Beskidy to nie góry, to pagórki", po czym dodaje: "też je przeszłam".
"Wie pani - zwraca się do mnie - boję się o tą moją wnuczkę, bo ona też wędruje z ciężkim plecakiem. Obawiam się, żeby Paulinka nie nabawiła się - tak jak pani - jakiejś kontuzji"
Bo starsza pani, choć zawędrowała wysoko i daleko, nigdy nie nosiła big-plecaka.
Z tego prostego powodu, że plecak dźwigał .. mąż :)
No tak, to zupełnie inaczej.. Chodzić na lekko a tachać na plecach zbyt wiele - nie ma co porównywać :) Gdy tylko mogę, zrzucam plecak, ale nie zawsze się da.
Pani opowiada o szczytach, które zdobyła, o widoku kozicy w blasku księżyca na szczycie..
O schroniskach tatrzańskich, w których wiele lat temu pokoje było wieloosobowe, w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Nie to co dziś, gdzie w schroniskach możemy korzystać z 'dwójek' z łazienką w pokoju.
Śmiała się z dzisiejszych warunków, wspominała jak nocowali z mężem w pokoju wraz z 50 innymi osobami.
Wzruszona opowiadała o pewnej sytuacji sprzed lat, kiedy to z mężem nocowała w Tatrach w schronisku.
Spotkała wówczas starszego pana (który wtedy wydawał się jej stary, a dziś sama jest w jego wieku) i jako młodziutka dziewczyna nie do końca rozumiała jego żal i tęsknotę.
Zrozumiała teraz - gdy ona jeszcze chce chodzić po górach, gdy serce wyrywa się jej w Tatry, ale mąż już nie może, już nie ma sił..
Ów starszy mężczyzna postanowił pożegnać się ze swoimi ukochanym górami, po raz ostatni wchodząc na najwyższy szczyt. Wszedł sam, lecz niestety zabrakło mu sił i nie dał już rady zejść. TOPR musiał go sprowadzić w dół..
Pani z poczekalni skomentowała: "a dziś tak dobrze go rozumiem, tak bardzo rozumiem tęsknotę za wysokimi Tatrami...".
Jak musiał czuć się wiele lat temu starszy mężczyzna, czując, że jego organizm już nie podoła wędrówce ? Jak bardzo cierpiał, przeczuwając, że już nie spojrzy na świat z perspektywy ponad
2 000 m. n.p.m. ?
Pani z poczekalni mając 82 lata wspominała sytuację sprzed 50/60 lat ..
Czy ja za dziesiąt lat będę wspominać jej opowieść?
Gdy wchodziłam do gabinetu, pani z siostrą już wychodziły.
Na pożegnanie dodała: "Życzę, aby kolano szybko się wyleczyło, aby mogła pani dalej wędrować po górach. Bo góry są tak piękne, tak piękne..."
Pani z poczekalni wraz z mężem przewędrowała także polskie wybrzeże.
"Bo co robić nad morzem? Trzeba chodzić"
Tak, to prawda.
Dziś mając 82 lat nadal chodzi, 2-3 razy w tygodniu po 15 km.
Nie jest zgorzkniałą staruszką, nie skarży się, że musiała wstać przed 5 (mówi: jak trzeba wstać, to trzeba), by odstać swoje i zapisać siostrę do ortopedy.
Podziwiam.
Dostrzegłam łzę w jej oku gdy wspominała swoje wyprawy w góry..
Radzi mi, abym w górach robiła wiele zdjęć.
Bo dziś ogląda swoje zdjęcia - zachody słońca, zdobyte szczyty, wspomina mozolne podchodzenie i trud, które jednak zawsze są wynagradzane - zapłatą jest satysfakcja i widok, który pozostaje z nami na całe życie.
Pani z poczekalni opowiada mi jak zabrała po maturze wnuczkę Paulinkę w Dolomity i jak bardzo nastoletnia wtedy wnuczka była jej wdzięczna za taki prezent, jak płakała ze wzruszenia, dziękując babci za zaszczepienie w niej miłości do gór.
Dziś - dorosła już, 29-letnia Paulina, pakuje plecak, namiot i rusza na szlak :)
Pani nigdy nie miała żadnej kontuzji. Raz - jak mówi - chyba skręciła kostkę, ale rozpuściła jakiś lek, owinęła posmarowaną lekiem kostkę bandażem, na to nałożyła zwykłą folię śniadaniową i .. szła dalej. "Było tak pięknie, musiałam iść :)"
Mówiła o ludziach gór i trudno się z nią nie zgodzić, że ludzie kochający góry są inni, jakby lepsi..
Pomogą gdy trzeba, wesprą słowem..
Ktoś, kto tego nie zaznał pewnie nie zrozumie..
Cieszę się, że miałam okazję poznać tą niemłodą wiekiem, lecz młodą duchem panią.
Niezwykle wrażliwą panią z poczekalni.
Paulino - masz niezwykłą babcię..
Tyle wstępu :)
Nie wiem jak się spędza długie godziny w pamiętających dawne czasy, obskurnych poczekalniach.
Nie wiem ile historii można posłuchać siedząc pod gabinetem lekarza na rozwalającej się ławce.
Nie wiem też ile potrafią opowiedzieć o sobie współtowarzysze niedoli, traktujący poczekalnię jak gabinet psychoterapeuty.
Nie będzie stereotypowo, przewidywalnie i marudząco.
Pani z poczekalni ma 82 lata, chociaż na moje oko wygląda na około 10 lat mniej.
Nie jest schorowaną staruszką, katującą uszy towarzyszy historią swego życia.
Pani nigdy nawet nie była u ortopedy, przyszła po prostu zająć kolejkę swojej młodszej siostrze.
Nie wiem nawet w którym gabinecie przyjmuje lekarz, do którego się dostałam. Jestem pierwszy raz, błądzę, pytam.
Czy poza mną są tu sami stali bywalcy ? Wskazują mi gabinet, mam 2 godziny wolnego, więc swoim zwyczajem nie czekam, lecz idę na miasto. Zaspane miasto, dopiero delikatnie przecierające oczy ze snu.
Przedtem pani z poczekalni - tak ją nazwałam - pyta co sobie zrobiłam. Na dźwięk 3 słów "kontuzja w górach" reaguje ze zrozumieniem. Tak, ona też chodzi po górach, kocha je od kiedy w wieku 18 lat wybrała się pierwszy raz.
Kocha je tak bardzo, że przeszła prawie wszystkie szlaki w Polsce. I nie tylko, były też Dolomity, Alpy.
Wędrowała z mężem, z synem, z wnuczką Pauliną.
Opowiada, że najbardziej ukochała Tatry. Tatry Wysokie, łańcuchy i trud, nagradzany cudnymi widokami. Beskidy - choć też piękne - nazywa pagórkami.
"Beskidy to nie góry, to pagórki", po czym dodaje: "też je przeszłam".
"Wie pani - zwraca się do mnie - boję się o tą moją wnuczkę, bo ona też wędruje z ciężkim plecakiem. Obawiam się, żeby Paulinka nie nabawiła się - tak jak pani - jakiejś kontuzji"
Bo starsza pani, choć zawędrowała wysoko i daleko, nigdy nie nosiła big-plecaka.
Z tego prostego powodu, że plecak dźwigał .. mąż :)
No tak, to zupełnie inaczej.. Chodzić na lekko a tachać na plecach zbyt wiele - nie ma co porównywać :) Gdy tylko mogę, zrzucam plecak, ale nie zawsze się da.
Pani opowiada o szczytach, które zdobyła, o widoku kozicy w blasku księżyca na szczycie..
O schroniskach tatrzańskich, w których wiele lat temu pokoje było wieloosobowe, w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Nie to co dziś, gdzie w schroniskach możemy korzystać z 'dwójek' z łazienką w pokoju.
Śmiała się z dzisiejszych warunków, wspominała jak nocowali z mężem w pokoju wraz z 50 innymi osobami.
Wzruszona opowiadała o pewnej sytuacji sprzed lat, kiedy to z mężem nocowała w Tatrach w schronisku.
Spotkała wówczas starszego pana (który wtedy wydawał się jej stary, a dziś sama jest w jego wieku) i jako młodziutka dziewczyna nie do końca rozumiała jego żal i tęsknotę.
Zrozumiała teraz - gdy ona jeszcze chce chodzić po górach, gdy serce wyrywa się jej w Tatry, ale mąż już nie może, już nie ma sił..
Ów starszy mężczyzna postanowił pożegnać się ze swoimi ukochanym górami, po raz ostatni wchodząc na najwyższy szczyt. Wszedł sam, lecz niestety zabrakło mu sił i nie dał już rady zejść. TOPR musiał go sprowadzić w dół..
Pani z poczekalni skomentowała: "a dziś tak dobrze go rozumiem, tak bardzo rozumiem tęsknotę za wysokimi Tatrami...".
Jak musiał czuć się wiele lat temu starszy mężczyzna, czując, że jego organizm już nie podoła wędrówce ? Jak bardzo cierpiał, przeczuwając, że już nie spojrzy na świat z perspektywy ponad
2 000 m. n.p.m. ?
Pani z poczekalni mając 82 lata wspominała sytuację sprzed 50/60 lat ..
Czy ja za dziesiąt lat będę wspominać jej opowieść?
Gdy wchodziłam do gabinetu, pani z siostrą już wychodziły.
Na pożegnanie dodała: "Życzę, aby kolano szybko się wyleczyło, aby mogła pani dalej wędrować po górach. Bo góry są tak piękne, tak piękne..."
Pani z poczekalni wraz z mężem przewędrowała także polskie wybrzeże.
"Bo co robić nad morzem? Trzeba chodzić"
Tak, to prawda.
Dziś mając 82 lat nadal chodzi, 2-3 razy w tygodniu po 15 km.
Nie jest zgorzkniałą staruszką, nie skarży się, że musiała wstać przed 5 (mówi: jak trzeba wstać, to trzeba), by odstać swoje i zapisać siostrę do ortopedy.
Podziwiam.
Dostrzegłam łzę w jej oku gdy wspominała swoje wyprawy w góry..
Radzi mi, abym w górach robiła wiele zdjęć.
Bo dziś ogląda swoje zdjęcia - zachody słońca, zdobyte szczyty, wspomina mozolne podchodzenie i trud, które jednak zawsze są wynagradzane - zapłatą jest satysfakcja i widok, który pozostaje z nami na całe życie.
Pani z poczekalni opowiada mi jak zabrała po maturze wnuczkę Paulinkę w Dolomity i jak bardzo nastoletnia wtedy wnuczka była jej wdzięczna za taki prezent, jak płakała ze wzruszenia, dziękując babci za zaszczepienie w niej miłości do gór.
Dziś - dorosła już, 29-letnia Paulina, pakuje plecak, namiot i rusza na szlak :)
Pani nigdy nie miała żadnej kontuzji. Raz - jak mówi - chyba skręciła kostkę, ale rozpuściła jakiś lek, owinęła posmarowaną lekiem kostkę bandażem, na to nałożyła zwykłą folię śniadaniową i .. szła dalej. "Było tak pięknie, musiałam iść :)"
Mówiła o ludziach gór i trudno się z nią nie zgodzić, że ludzie kochający góry są inni, jakby lepsi..
Pomogą gdy trzeba, wesprą słowem..
Ktoś, kto tego nie zaznał pewnie nie zrozumie..
Cieszę się, że miałam okazję poznać tą niemłodą wiekiem, lecz młodą duchem panią.
Niezwykle wrażliwą panią z poczekalni.
Paulino - masz niezwykłą babcię..
Subskrybuj:
Posty (Atom)







