poniedziałek, 30 listopada 2015

Listopadzie, dlaczego jesteś taki ponury ?

I prawie minął miesiąc, którego wyjątkowo nie lubię.
Wprawdzie jego pierwszą połowę prawie przeoczyłam, bo byłam zajęta od rana do wieczora,
a połowę drugą chciałam przespać :), ale jak to zwykle bywa - nie mogłam.

Gdy budzik dzwoni o 7 00 (i tak dobrze, że to 7, a nie np. 5), niechętnie wstaję i patrzę przez okno..
A tam albo mżawka albo deszcz, zdarzała się także ulewa.
Najchętniej zasłoniłabym okna roletą i wróciła pod ciepłą kołdrę, przykrywając się nią po uszy.
W weekend zdarzało się tak właśnie czynić :D

Od poniedziałku do piątku podnoszę się o tej 7, czasem przestawiając budzik co 5 minut, żeby jeszcze chwilę poleżeć, jeszcze minutkę..

A potem chcąc nie chcąc trzeba zacząć dzień ponuro-listopadowy.

Dopadła mnie późnojesienna niechęć, ogarnęła senność i osaczyło przygnębienie.
Ciągle ciemno, to już wystarczy, by złapać doła..

Ciekawe czy kiedyś polubię listopadowy czas ..


wtorek, 17 listopada 2015

Z serii: Złote myśli

"Tylko(,) że kiedy się jest szczęśliwym, nigdy się nie wie o tym"
Jarosław Iwaszkiewicz


"Na wszystko w życiu  jest odpowiedni czas. Przyspieszanie tego na siłę może przynieść więcej szkody niż pożytku" 
Karolina Wilczyńska włożyła te słowa w usta babci Róży w książce "Zaplątana miłość"


Zapuściłam bloga przez ostatni miesiąc. Nie wyrabiałam się czasowo, zajęta (współ)organizacją górskiego wypadu weekendowego dla ok. 80 osób.
Wyjazd wypalił :), teraz wolny czas planuję poświęcić na pisanie, czytanie i 'jesieniowanie' :)

Jesienny Zamek Książ, widoczny ze szlaku

piątek, 16 października 2015

Samotne mini-podróżowanie



Zaliczam się do osób, które wolą podróżować w grupie aniżeli samotnie.
Wprawdzie często lubię pobyć sama ze sobą i bywa, że towarzysz zaczyna mnie irytować, ale lepiej (i bezpieczniej) czuję się z kimś.

Ostatnio chwilkę podróżowałam samotnie - Żywiec, Bielsko-Biała, Katowice.
Fajne było to, że sama wybierałam cel, do którego chcę się dostać.
Nikt mi niczego nie narzucał, nie szłam na żadne kompromisy.

Chciałam pojechać do Krakowa, ale spontanicznie podjęłam decyzję, że jednak wsiadam w pociąg, zmierzający...  do Bielska-Białej :)
Nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczenia tego leżącego w górach tajemniczego miasta.
Dość sprawnie załatwiłam sobie nocleg i ruszyłam zwiedzać.

Ktoś mógłby popukać się w czoło, czytając, że magiczny Kraków zamieniłam na nieznaną, śląską Bielsko-Białą, po której niewiadomo czego można się spodziewać                                                                    :)                                                                  
Bielsko-Biała wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Wprawdzie niewielkie miasto, ale całkiem ładne.
I góry w oddali..
Mieszkańcy, jeśli tylko mają ochotę, mogą prosto po pracy spakować plecak i ruszyć na beskidzką wędrówkę. Pozytywnie zazdroszczę :)

Wartym zobaczenia miejscem w BB jest secesyjna kamienica z żabami - urocza :)
 Żaby są wzorowane na postaciach z bajki Wilhelma Buscha, jak głosi tablica na kamienicy.

BB może także pochwalić się ładnym centrum z ratuszem, paroma działającymi fontannami, które przyjemnie  chłodziły w sierpniowy skwar czy uroczymi, wąskimi uliczkami oraz urokliwym budynkiem dworca PKP, którego Poznań może tylko pozazdrościć. 


Dobrze się czułam w tym mieście. Odkrywałam je niespiesznie, piechotą, zaglądając w jego zakamarki.






Znajduje się tam również dość oryginalne muzeum, mianowicie Muzeum Fiata 126 P. :)
Zainteresowało ono nawet taką motoryzacyjną ignorantkę jak ja.

Zajrzałam do środka z ciekawości. Muzeum-kawiarnia czy też kawiarnia-muzeum to dość przytulna miejscówka, trochę żałuję, że nie skusiłam się na wypicie herbaty czy czekolady w takim 'maluchowym' otoczeniu.




Kolejnego dnia zastanawiałam się jakie miasto jutro obrać na cel samotnego zwiedzania.
Częstochowa ? Katowice ? Bytom ?
Może Rybnik ?
Miało być blisko, żeby nie tracić czasu w PKP/PKSie; poza tym szukałam miejsca ciekawego, niespotykanego, które mnie zaskoczy bądź zauroczy. 

Jako, że kiedyś czytałam o katowickim Nikiszowcu ze słynnymi familokami, jakich podobno nie ma nigdzie indziej w całej Europie, postawiłam na stolicę województwa śląskiego.
Być może to był mój błąd :), ale Katowice mnie raczej zniechęciły niż zachwyciły.

Wysiadłam z pociągu i już na starcie pojawił się problem ze znalezieniem noclegu.
Albo zajęte albo cena powalała. Do głosu doszła moja poznańska mentalność skąpca, dziwiąca się jak drogie jest w tak brzydkim (!) mieście wynajęcie pokoju. Próbowałam ją uciszyć, bo gdzieś spać jednak trzeba, lecz ona cały czas szeptała, że tyle to można zapłacić we Wrocławiu albo w Krakowie, ale nie tutaj.

Szukając jakiegoś lokum, przeszłam kawałek miasta - miasta, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest ładne. Bo nie ukrywajmy - pięknem Katowice nie grzeszą. 

Zwiedziłam to, co planowałam - Nikiszowiec,
któremu niedługo (mam nadzieję :P) poświęcę osobny wpis.
Pokręciłam się po centrum miasta, zahaczając o słynny katowicki spodek. który jednak mnie nie powalił i nie bardzo wiedziałam co mam z sobą począć.
Weszłam do oddziału Muzeum Śląskiego i zapytałam portiera co - oprócz Nikiszowca - warto zobaczyć w Katowicach. (muzea już były pozamykane)
Zdziwiony odparł, że tu w centrum to chyba nic, ale zawsze mogę pochodzić po knajpach. Jako, że sama po barach nie chadzam, nie wykazałam zainteresowania tą propozycją.
Podobne pytanie zadałam paniom z baru, gdzie zatrzymałam się na dość późną obiadokolację, niestety one także nie potrafiły znaleźć nic interesującego w stolicy woj. śląskiego.

W hostelu, gdzie zatrzymałam się na noc, usłyszałam, że doba ho(s)telowa kończy się o 10 00, ale rozczarowana Katowicami klucze oddałam już ok. 8 30 rano i pognałam na dworzec. Byle dalej stąd :)

Chciałam jeszcze zawitać do Częstochowy, w której byłam zaledwie raz w życiu, na wycieczce szkolnej przed maturą, czyli dawno :) Jednak nie chcąc przeciążać kontuzjowanego kolana odpuściłam ten wypad.
Innym razem. Podobno co się odwlecze... :)

Co było najtrudniejsze w samotnym jeżdżeniu ?
Dla mnie zdecydowanie wieczory, kiedy zostawałam sama w pustych pokojach i nie miałam do kogo się odezwać. I powroty nieznanymi ulicami do tychże pustych pokojów, które to - ulice w Katowicach - nie sprawiały wrażenia bezpiecznych. Tzw. podejrzane typy, mijane na opustoszałych jak na dość duże miasto drogach. I moja bujna wyobraźnia, podsuwająca pesymistyczne obrazy nieszczęśliwego powrotu w całości do pokoju, a już na pewno bez torebki i ... zębów.

Co spodobało mi się najbardziej ?
Jechałam gdzie chciałam :), dużo chodziłam i nikt mi nie marudził nad uchem, że cały dzień tylko łażę i łażę.
W dzień w ogóle nie odczuwałam samotności, czułam się dobrze sama ze sobą. Ba, ja nawet byłam zadowolona, że jestem sama i nikt mi głowy nie zawraca :)
Poza tym wszędzie mijałam ludzi - na ulicy, w sklepie, autobusie, co chwilę z kimś rozmawiałam.

Przesympatyczni ludzie, chętnie wyjaśniający jak najsprawniej dostanę się tam, gdzie zaplanowałam itp. - wypytywali czy mogą mi jeszcze jakoś pomóc.

Miły pan w Żywcu stwierdził, że on również zmierza w okolice dworca PKP i mogę zabrać się z nim, po czym odprowadził mnie pod sam budynek i zawrócił, bo musiał się trochę cofnąć, dworzec jednak był mu nie do końca po drodze..

Babka w małej, podbeskidzkiej wiosce, w której musiałam przenocować, gdy kolano zaniemogło, tak się mną przejęła, że dała mi swój numer telefonu i powiedziała, że mam dzwonić nawet w środku nocy, jakby coś się niedobrego działo. Rano przyszła wcześniej i dopytywała czy z moim kolanem już lepiej.

Młoda dziewczyna w sklepie spożywczym przy dworcu w Bielsko-Białej zapytana czy mogłaby mi polecić jakiś nocleg na jedną noc, sama zaczęła mi go szukać. Gdy zaprotestowałam, tłumacząc, że już sama to ogarnę, szukała dalej, upierając się, że dla niej to żaden problem.

Starsza pani w Katowicach zadzwoniła do męża z pytaniem czy on mógłby znaleźć adres jakiegoś sprawdzonego lokum, bo tam, gdzie my dzwonimy albo nikt nie odbiera albo proponują cenę iście warszawską.


Itd., itp. :)

P.S. Może niesprawiedliwie oceniam Katowice, z pewnością znajdują się tam urocze zaułki i powalające pięknem miejsca, mnie jednak to miasto po prostu nie urzekło. 

poniedziałek, 5 października 2015

Słowa magiczne

"W sercu pozostają nie ci, z którymi najczęściej coś robiliśmy albo rozmawialiśmy,
lecz ci, którzy poruszyli naszą duszę i zaczarowali nasze serce"


Właśnie tak :)
Tylko skąd te słowa wzięły się w jednym z wielu moich notesów z zapiskami ?

piątek, 18 września 2015

Pani z poczekalni

Z powodu problemów z kolanem musiałam skrócić górskie wędrowanie. Musiałam też wybrać się tam, gdzie zwykle nie chadzam - do lekarza.

Tyle wstępu :)

Nie wiem jak się spędza długie godziny w pamiętających dawne czasy, obskurnych poczekalniach.
Nie wiem ile historii można posłuchać siedząc pod gabinetem lekarza na rozwalającej się ławce.
Nie wiem też ile potrafią opowiedzieć o sobie współtowarzysze niedoli, traktujący poczekalnię jak gabinet psychoterapeuty.

Nie będzie stereotypowo, przewidywalnie i marudząco.

Pani z poczekalni ma 82 lata, chociaż na moje oko wygląda na około 10 lat mniej.
Nie jest schorowaną staruszką, katującą uszy towarzyszy historią swego życia.
Pani nigdy nawet nie była u ortopedy, przyszła po prostu zająć kolejkę swojej młodszej siostrze.

Nie wiem nawet w którym gabinecie przyjmuje lekarz, do którego się dostałam. Jestem pierwszy raz, błądzę, pytam.
Czy poza mną są tu sami stali bywalcy ? Wskazują mi gabinet, mam 2 godziny wolnego, więc swoim zwyczajem nie czekam, lecz idę na miasto. Zaspane miasto, dopiero delikatnie przecierające oczy ze snu.

Przedtem pani z poczekalni - tak ją nazwałam - pyta co sobie zrobiłam. Na dźwięk 3 słów "kontuzja w górach" reaguje ze zrozumieniem. Tak, ona też chodzi po górach, kocha je od kiedy w wieku 18 lat wybrała się pierwszy raz.
Kocha je tak bardzo, że przeszła prawie wszystkie szlaki w Polsce. I nie tylko, były też Dolomity, Alpy.
Wędrowała z mężem, z synem, z wnuczką Pauliną.

Opowiada, że najbardziej ukochała Tatry. Tatry Wysokie, łańcuchy i trud, nagradzany cudnymi widokami. Beskidy - choć też piękne - nazywa pagórkami.

"Beskidy to nie góry, to pagórki", po czym dodaje: "też je przeszłam".

"Wie pani - zwraca się do mnie - boję się o tą moją wnuczkę, bo ona też wędruje z ciężkim plecakiem. Obawiam się, żeby Paulinka nie nabawiła się - tak jak pani - jakiejś kontuzji"

Bo starsza pani, choć zawędrowała wysoko i daleko, nigdy nie nosiła big-plecaka.
Z tego prostego powodu, że plecak dźwigał .. mąż :)

No tak, to zupełnie inaczej.. Chodzić na lekko a tachać na plecach zbyt wiele - nie ma co porównywać :) Gdy tylko mogę, zrzucam plecak, ale nie zawsze się da.

Pani opowiada o szczytach, które zdobyła, o widoku kozicy w blasku księżyca na szczycie..
O schroniskach tatrzańskich, w których wiele lat temu pokoje było wieloosobowe, w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Nie to co dziś, gdzie w schroniskach możemy korzystać z 'dwójek' z łazienką w pokoju.
Śmiała się z dzisiejszych warunków, wspominała jak nocowali z mężem w pokoju wraz z 50 innymi osobami.

Wzruszona opowiadała o pewnej sytuacji sprzed lat, kiedy to z mężem nocowała w Tatrach w schronisku.
Spotkała wówczas starszego pana (który wtedy wydawał się jej stary, a dziś sama jest w jego wieku) i jako młodziutka dziewczyna nie do końca rozumiała jego żal i tęsknotę.
Zrozumiała teraz - gdy ona jeszcze chce chodzić po górach, gdy serce wyrywa się jej w Tatry, ale mąż już nie może, już nie ma sił..
Ów starszy mężczyzna postanowił pożegnać się ze swoimi ukochanym górami, po raz ostatni wchodząc na najwyższy szczyt. Wszedł sam, lecz niestety zabrakło mu sił i nie dał już rady zejść. TOPR musiał go sprowadzić w dół..
Pani z poczekalni skomentowała: "a dziś tak dobrze go rozumiem, tak bardzo rozumiem tęsknotę za wysokimi Tatrami...".
Jak musiał czuć się wiele lat temu starszy mężczyzna, czując, że jego organizm już nie podoła wędrówce ? Jak bardzo cierpiał, przeczuwając, że już nie spojrzy na świat z perspektywy ponad
 2 000 m. n.p.m. ?

Pani z poczekalni mając 82 lata wspominała sytuację sprzed 50/60 lat ..
Czy ja za dziesiąt lat będę wspominać jej opowieść?

Gdy wchodziłam do gabinetu, pani z siostrą już wychodziły.
Na pożegnanie dodała: "Życzę, aby kolano szybko się wyleczyło, aby mogła pani dalej wędrować po górach. Bo góry są tak piękne, tak piękne..."

Pani z poczekalni wraz z mężem przewędrowała także polskie wybrzeże.
"Bo co robić nad morzem? Trzeba chodzić"

Tak, to prawda.
Dziś mając 82 lat nadal chodzi, 2-3 razy w tygodniu po 15 km.
Nie jest zgorzkniałą staruszką, nie skarży się, że musiała wstać przed 5 (mówi: jak trzeba wstać, to trzeba), by odstać swoje i zapisać siostrę do ortopedy.

Podziwiam.
Dostrzegłam łzę w jej oku gdy wspominała swoje wyprawy w góry..
Radzi mi, abym w górach robiła wiele zdjęć.
Bo dziś ogląda swoje zdjęcia - zachody słońca, zdobyte szczyty, wspomina mozolne podchodzenie i trud, które jednak zawsze są wynagradzane - zapłatą jest satysfakcja i widok, który pozostaje z nami na całe życie.

Pani z poczekalni opowiada mi jak zabrała po maturze wnuczkę Paulinkę w Dolomity i jak bardzo nastoletnia wtedy wnuczka była jej wdzięczna za taki prezent, jak płakała ze wzruszenia, dziękując babci za zaszczepienie w niej miłości do gór.
Dziś - dorosła już, 29-letnia Paulina, pakuje plecak, namiot i rusza na szlak :)

Pani nigdy nie miała żadnej kontuzji. Raz - jak mówi - chyba skręciła kostkę, ale rozpuściła jakiś lek, owinęła posmarowaną lekiem kostkę bandażem, na to nałożyła zwykłą folię śniadaniową i .. szła dalej. "Było tak pięknie, musiałam iść :)"


Mówiła o ludziach gór i trudno się z nią nie zgodzić, że ludzie kochający góry są inni, jakby lepsi..
Pomogą gdy trzeba, wesprą słowem..
Ktoś, kto tego nie zaznał pewnie nie zrozumie..

Cieszę się, że miałam okazję poznać tą niemłodą wiekiem, lecz młodą duchem panią.
Niezwykle wrażliwą panią z poczekalni.


Paulino - masz niezwykłą babcię..

piątek, 14 sierpnia 2015

"Czarodziejska Góra" .. nie zaczarowała.






Podczas tegorocznego Festiwalu Malta w Poznaniu pojawiło się niecodzienne wydarzenie - wystawiono "Czarodziejską Górę" Tomasza Manna w formie opery.
Znane nazwiska, choćby reżysera Andrzeja Chyry, ograniczona liczba bezpłatnych wejściówek, szum medialny zrobiły niezłą reklamę operze. 
Nie było łatwo dostać się na salę, gdzie "Czarodziejska Góra"  miała swoją prapremierę.
Wejściówki niby były, rezerwacja mailowa niby działała - właśnie wszystko .. niby, bo w rzeczywistości wiadomości z prośbą o zarezerwowanie biletu trafiały w próżnię.
Zdobyłam jedną pojedynczą wejściówkę, po prostu stojąc po nią w kolejce, wcale niekrótkiej.

Tomasz Mann napisał dzieło naprawdę magiczne i .. niezwykłe - myślę, że nie tylko ja byłam ciekawa czy uda się twórcom opery przenieść tę magię na scenę.


Nadszedł czerwcowy, sobotni wieczór podczas którego pełna sala widzów (łącznie z siedzącymi na podłodze na schodach) miała możliwość zobaczenia na własne oczy efektów wielomiesięcznej pracy reżysera, kompozytora i przede wszystkim artystów.

Byłam ciekawa co z tego wyniknie i pozytywnie nastawiona do takiej formy przedstawienia dzieła Manna.

Zaczęło się. I już pierwszy zgrzyt...
Muzyka elektroniczna, mająca naświetlić upływ czasu. Ok, wszystko jasne.
Tylko dlaczego te dość irytujące dźwięki rozbrzmiewają tak długo ? Dobrze, może nie każdy jeszcze załapał, że czas płynie i płynie, że upłynęło go już sporo. Dajmy czasowi czas jak pisał E. Stachura, dajmy muzyce się wybrzmieć, może jeszcze parę osób nie zdążyło się domyśleć jaki cel przyświęca temu zabiegowi.
Ale do cholery, już wystarczy! Już naprawdę każdy musiał się zorientować o co chodzi, musiał, po prostu musiał dojść do wniosku, że czas w sanatorium w Davos płynie trybem iście sanatoryjnym, powolnym, leniwym. Wyłączcie tą paskudną muzykę, bo mi głowę rozsadzi..

Ufff, trochę to trwało, ale wyłączyli ... Co za ulga.
Rozpoczęła się opera, wokalnie super.
Tylko jakoś tak ... bezbarwnie i miałko.
Starsza kobieta,  siedząca obok mnie, zaczyna wiercić się na krześle. Ktoś siedzący w rzędzie poniżej znudzony rozgląda się po sali.
Też bym się porozglądała, ale zrobiłam to wchodząc do sali - omiotłam wzrokiem rzędy vipowskie,  balkon, z którego boków chyba niewiele widać.
Dobra, może za chwilę się rozkręci i zyska na ... jakości.


Tymczasem przerwa. 
Dłuuuga, półgodzinna przerwa, po której nie wszyscy wracają na salę.
Nie lubię wychodzenia w połowie spektaklu i nigdy jeszcze tego nie zrobiłam, choć parę razy miałam ochotę.
Ale jak już przychodzę, by coś obejrzeć to mam w zwyczaju oglądać do końca.


Drugi akt. Druga szansa :)
Ludzi mniej, więc kto sprytny, zmyka z balkonu i szuka miejsca na parterze.
Do moich uszu docierają strzępki rozmów dwóch kobiet, z których jedna tłumaczy drugiej, że całą pierwszą część stała na balkonie, a i tak niewiele stamtąd widziała.

Teraz musi się rozkręcić i nabrać spójności - myślę - przecież gorzej już nie będzie.
Jakiś mały procent magii tej wybitnej powieści MUSI zostać oddany.
Twórcy postanowili jednak udowodnić fanom twórczości T. Manna, że nic nie MUSI  i oni nic nie MUSZĄ.

Chaos, drażniąca uszy muzyka, jakieś to wszystko rozmyte.
Nawet świetne głosy artystów nie zostały wyeksponowane tak, jak na to zasługiwały.
Jest niestety coraz gorzej, zmęczenie daje mi się we znaki.

Nie, to nie dla mnie.
Może jestem zbyt mało otwarta na nowe formy przekazu, ale stanowczo nie trafia do mnie ta współczesna próba pokazania geniuszu Manna. Próba nieudana, męcząca, mało spójna, może nie do końca przemyślana.
Zniecierpliwiona czekam na koniec, ciągle jeszcze nie tracąc resztek nadziei, że a nuż zaskoczenie okaże się dobre.
Ale zaskoczenie niczym nie zaskakuje, może tylko tym, że wreszcie nadeszło.

Czy gdyby autor powieści żył, zgodziłby się na taki sposób wystawienia swojego dzieła ? Oj, nie wiem ...
Czy on nie przewraca się w grobie, obserwując z drugiej strony tęczy, tą operę ? Nie, z pewnością nie, obejrzał pierwszą scenę i resztę sobie darował.

Wychodząc z sali mówię koleżankom (które także zdobyły dla siebie (2) wejściówki) o swoim rozczarowaniu, wspominam też, że TO okazało się tak okropne, że z pewnością pojawią się same pozytywne recenzje.
Nie mylę się, media wychwalają reżysera pod niebiosa, pisząc o nowatorskim stylu i kierunku, w jakim powinna zmierzać współczesna opera.

 Ja jednak podziękuję za takie niecudne cuda  i zostanę przy bardziej tradycyjnych metodach obrazowania największych dzieł literatury europejskiej.


Dla osób, które przyjechały do Poznania specjalnie na tą operę (i wyjechały rozczarowane) mam dobrą radę - przyjedźcie jeszcze raz, teatralno-operowy Poznań potrafi wiele zaoferować :)

Jak ktoś lubi troszkę "inne" sztuki, polecam "Dr@cula. Vagina dentata" w Teatrze Polskim.
Preferujących tradycyjną operę nie zawiedzie "Madame Butterfly" w Teatrze Wielkim.
A dla szukających dreszczyka emocji, nie tylko muzycznych niezłą gratkę w postaci musicalu "Jekyll&Hyde" oferuje Teatr Muzyczny.
Teatr Nowy (w którym nie ukrywam -  jednak bywam najrzadziej) wystawia niezwykłe "Imperium",
a nieformalna Scena Robocza zachwyca prostą w formie, lecz niezwykłą w przekazie sztuką "Projekt. Matka" - spektakl ten powinny obejrzeć nie tylko matki czy planujące dziecko pary, lecz naprawdę .. wszyscy :)

Poznański Teatr Polski wystawiał też spektakl pod każdym względem wybitny, na który bilety rozchodziły się w tempie przysłowiowych ciepłych bułeczek. Spektakl 4-godzinny, który zachwycał świetnym aktorstwem, subtelnością, efektami specjalnymi i wieloma innymi zaletami, lecz został (moim zdaniem niesłusznie) zdjęty z afisza.
Widzowie się zbuntowali i zażądali powrotu tytułu na deski teatru, spektakl wrócił na chwilę i niestety nie wiem czy jeszcze otrzyma szansę na wznowienie.

Mowa tu oczywiście o "Mistrzu i Małgorzacie"   Michaiła Bułhakowa w reżyserii  Grigorija Lifanowa. 
:)

niedziela, 2 sierpnia 2015

Umiesz liczyć ? To licz na siebie

Ludzie zawodzą. Żadna nowość.
Myślą tylko o swoim tyłku. By im było wygodnie. Przyjemnie i po ich myśli.
Gdy czegoś potrzebują, wiedzą gdzie przyjść.
Gdy zadbają już o swój interes, zapominają.

Wiem, mam gorszy dzień.
Zawiodłam się. Już niestety nie pierwszy raz na tej osobie.
To nawet nie jest ważna sprawa, możnaby rzec błahostka.
Jednak mi na tym zależało..
A zawodzący wiedział bardzo dobrze, że jest to dla mnie ważne..


Najlepiej polegać na sobie, nie prosić o pomoc, robić swoje.
Samej wszystko załatwić, samej pojechać, robić co się chce i na nikogo nie liczyć.
Wyłącznie na siebie.

Takie czasy ?