sobota, 11 sierpnia 2018
Czasem jest wena. Ale co zrobić gdy jej nie ma ? (cz. I)
"Sztuka pisania jest sztuką skracania, a zwięzłość jest siostrą talentu.”
Antoni Czechow
Pytacie skąd biorę wenę do pisania i czy mogłabym korzystać z tejże weny częściej.
Temat dla wielu jest kontrowersyjny, opowiem więc jak to u mnie wygląda.
Pisanie bez weny jest możliwe, w końcu pisanie to zajęcie typowo rzemieślnicze.
Da się tworzyć w każdych warunkach. Nawet wtedy gdy co drugie słowo sprawia ból, a wymęczenie jednego zdania zajmuje parę godzin. Da się, serio.
Tylko w takich niesprzyjających warunkach pisanie nie sprawia radości. Jest pracą, rzemiosłem, obowiązkiem, który trzeba odbębnić, by mieć spokój i czyste sumienie.
Czasami piszę w taki sposób. Bo muszę, bo komuś obiecałam jakiś tekst, bo wiem, że mam termin, którego nie mogę zawalić.
Nie po to jednak zakładałam bloga, by musieć pisać.
Założyłam go, by czerpać frajdę z tworzenia, by przelewać swoje emocje na wirtualny papier.
By dzielić się tym, co mnie porusza. Tym, co dla mnie coś w danym momencie życia znaczy.
Co jakiś czas pojawiają się pytają dlaczego tak rzadko piszę i czy zamierzam pisać częściej.
Nie zamierzam pisać wbrew sobie.
Blogowanie nie jest moją pracą, jest przyjemnością, oderwaniem od codzienności.
Przykro mi, nie jestem topową blogerką, która ze względów finansowych MUSI publikować post co 2-3 dni.
Ja nie muszę. Nie chcę. Mogę.
I gdy będę miała czas/chęci/wenę, będę pisać częściej. Tylko czasami tych trzech czynników mi brak. Nie chcę pisać, by pisać.
Nie o to chodzi, by musieć. By pod presją publikować słabsze teksty. By zmuszać się do tworzenia.
O to chodzi, by SIĘ NIE ZMUSZAĆ, by tworzyć z serca, nie tylko dla pieniędzy.
Odbieram świat przez pryzmat emocji i emocje w połączeniu z nagłe zjawiającą się weną w moim przypadku dają najlepsze efekty.
A co jest dla mnie osobiście najtrudniejsze ?
Szczerze ? PISANIE POD PRESJĄ CZASU
Niedawno musiałam do północy wysłać pewien swój tekst. Jak to zwykle bywa, miałam na jego stworzenie zbyt dużo czasu (ponad 2 tygodnie), więc wyszło jak wyszło, tj. zaczęłam tworzyć go ok. 21 ostatniego możliwego dnia. Byłam zmęczona, zniechęcona, nie chciało mi się tworzyć w tym momencie tego konkretnego tekstu. Bardzo mi się nie chciało, myśli rozbiegały się w różnych kierunkach, niezwiązanych z tematem.
Zostały 3 godziny, a ja zamiast pisać scrollowałam tablicę na FB, co chwilę włączałam inną piosenkę, robiłam sobie herbatę, przynosiłam sok, odpisywałam na smsy. Mogłabym jeszcze zetrzeć kurz i podlać kwiaty, lecz rozsądek krzyczał: Pisz !
Wyłączyłam muzykę, odstawiłam herbatę i napisałam, wysyłając gotowy tekst ok. 23 30. Dobry czas, może pomyśleć ktoś, dla kogo ostatnia chwila oznacza godzinę 23 58 w porywach do 23 59. Napisałam czysto rzemieślniczy kawał(ek) tekstu, który może nie wydaje się nawet taki zły. Ale wiem, że mogłam napisać go lepiej. Po swojemu, z większą dozą „mojości”. Nie odczuwam wstydu prezentując komuś ten tekst, co nie zmienia faktu, że do tego – swojego przecież tekstu… niewiele czuję.
Licencjat, magisterka
Podobnie sprawa się ma z pisaniem prac: w moim przypadku licencjackiej i magisterskiej.
O ile w przypadku pracy licencjackiej miałam jeszcze frajdę z tworzenia, o tyle przy magisterce czułam się jak rzemieślnik, który wie jak napisać, ale nie bawi go to już. Robi, bo musi, starając się wykonać swoją pracę na odpowiednim poziomie.
Pracę magisterską wspominam jako ciężką pracę, jak harówkę.
Wynika to z wielu czynników, m.in. z tematyki. Wybór tematu nie był najlepszy, a pisanie drugiej pracy w przeciągu dwóch lat z tak zbliżonej tematyki to błąd. Gdy zrozumiałam swój błąd, nie mogłam się już wycofać, praca była zbyt posunięta.
Pozostało pisać dalej, nie z pasji, lecz z przymusu.
Fakt, że obie prace naukowe napisałam w obcym języku, nie ma tu żadnego znaczenia.
Język nie odgrywał tu znaczącej roli, problem utkwił w sercu. Dokładnie: w braku serca do kontynuowania tejże tematyki.
Jak inni oceniają moje pisanie ? Czy są w stanie wyczuć kiedy piszę z serca, a kiedy z obowiązku ?
Niekoniecznie :)
Zbierałam pochwały za teksty napisane na szybko, byle zdążyć przed terminem.
Inne teksty, w które włożyłam dużo siebie, przechodziły przez echa.
Najbardziej jednak lubię sytuacje, kiedy ja sama jestem zadowolona z tego, co napiszę i kiedy czuję, że ten tekst jest po prostu mój.
Lubię poczucie ‘mojości’ tekstu, przefiltrowania tematu przez swoje emocje.
niedziela, 29 lipca 2018
"Musisz tam wrócić..." Poetka Zuzanna Ginczanka we wspomnieniach przyjaciółki Lusi Gelmont
Lusia dożyła prawie 100 lat
Zuzanna zginęła w wieku zaledwie 27 lat rozstrzelana przez gestapo
Lusia po wojnie została znaną i cenioną lekarką.
Po Zuzannie zostały nieliczne wiersze.
I fotografie, z których spogląda na nas kobieta o ogromnej i niezwykłej urodzie.
Zanim zaczęłam czytać książkę, przez myśl przemknęło mi pytanie:
Czy aby ta niesamowita uroda nie stała się czasem jej przekleństwem ?
Historię przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki przywołuje córka Lusi - Maria.
Maria przyrzeka matce, że "Będziemy stąpać ostrożnie, na czubkach palców, omijać z daleka miny bólu, trzęsawiska niedopowiedzień. Muszę tam wracać ..."
I wraca. Do lat młodości Lusi i jej prześlicznej przyjaciółki, Zuzy.
Do czasów potwornie ciężkich, wojennych.
Historia to smutna, ale i piękna.
Lusi udało się przeżyć wojnę, Zuzanna nie miała tyle szczęścia, niestety..
Młodziutkie dziewczyny poznały się w Równem na Wołyniu, gdzie ich rodziny osiedliły się po ucieczce z niebezpiecznego w tamtych czasach Kijowa.
Obie urodzone w Kijowie. Obie były Żydówkami.
Zdolne, piękne, wesołe, żyjące w okrutnych czasach.
Zuzanna mawiała, że szczęściem jest przeżyć, ale nie dane jej było zbyt długo cieszyć się takim szczęściem.
Dziewczyny chodziły razem do szkoły, bardzo dobrej szkoły, do której trafiali najzdolniejsi. Polubiły się, zaprzyjaźniły, odwiedzały. Chciały przetrwać wojnę. Próbowały żyć w miarę normalnie w tych nienormalnych czasach.
Zamykam oczy i przyglądam się przedwojennej Warszawie.
18-letnia Lusia przyjeżdża do stolicy, by odwiedzić swoją o rok starszą koleżankę, studentkę Zuzannę. Zuza pokazuje Lusi swój warszawski świat, na wstępie dając jej do zrozumienia, że w takich butach, w jakich przyjechała, po Warszawie chodzić nie będzie.
Warszawa to Warszawa, nie jakaś tam wiocha, buty więc muszą być eleganckie.
Zuzanna wyszukuje przyjaciółce jakieś ładne obuwie, choć ewidentnie rozmiar mają inny. Lusia wkłada białe czółenka z kokardami, w których bolą i obcierają ją stopy, lecz to nieistotne. Elegancko ubrane dziewczyny wychodzą na miasto, kierując swe kroki do kawiarni "Mała Ziemiańska", gdzie gromadzi się cała śmietanka artystyczna przedwojennej Warszawy.
To tutaj Lusia pierwszy raz w życiu pije kawę w kawiarni, a zapach parzonej pod ciśnieniem kawy zostaje z nią już do końca życia.
W "Małej Ziemiańskiej" Lusia pokocha kawiarniano-artystyczny klimat, do którego przez resztę życia będzie lgnąć.
- A więc pani jest przyjaciółką Zuzanny, naszej pięknej rówieńskiej Sulamity ? - zwraca się do Lusi Kazimierz Wierzyński
W kawiarni bywają też Julian Tuwim, Jan Lechoń, Jarosław Iwaszkiewicz, Antoni Słonimski.
Wszyscy oni przeszli do historii literatury, wszyscy poza Zuzanną, dla której zabrakło miejsca w kanonie lektur.
Julian Tuwim otacza ją opieką, określając literackie towarzystwo jako "Zuzanna i starcy".
Poza uniwersytetem to właśnie w towarzystwie literatów spędza czas Zuza., tłumacząc przyjaciółce, że "Przebywanie z tymi rzutkimi ludźmi do świetna szkoła, bo języki mają cięte. Kocham ten nastrój żartów, kpin, absurdu, gorących dyskusji ! .... Co wieczór schodzimy się do stolika Gombrowicza. To jest kompan !"
Ówczesna stolica wygląda tak jak zawsze ją sobie wyobrażałam. Piękne, różnorodne, barwne miasto mające wiele do zaoferowania.. Urocze kamienice, eleganccy ludzie na ulicach, życie aż wrze. A w oddali migocze już nadchodząca wojna.
Gdy wybucha wojna Witold Gombrowicz przewiduje los Zuzanny, każąc jej zaopatrzyć się w truciznę. Gina się śmieje.
"A tobie w szczególności, moja Gino, radzę zaopatrzyć się na tę wojnę w truciznę..".
Jego przewidywania okazują się słuszne, a semicka, niezwykła urody Zuzanny stanie się jej piętnem. Niestety trafne było moje pierwsze przeczucie, że rzucająca się w oczy piękna twarz o wyraźnie semickich rysach nie pomoże Ginczance w życiu..
Sytuacja w Warszawie staje się nieciekawa, Zuzanna przerywa studia. Lusia wychodzi za mąż za Izaaka Horowitza, z którym ucieka do Lwowa. Wkrótce dołącza do nich Zuza.
Znajomy Lusi znajduje dziewczynom pracę w kurbiurze, co było możliwe, bo obie dobrze mówiły po rosyjsku. Do Zuzy wpadał zakochany w niej Janusz Woźniakowski, przynosząc dla niej i jej przyjaciółki to, co miało największą wartość - jedzenie. Często do biura zaglądał też Michał Weinzieher, za którego - ku zaskoczeniu znajomych - Zuzanna wychodzi za mąż. Zuza nie tłumaczy dlaczego wybrała Michała, skoro wyraźnie była zakochana w grafiku Januszu. Może Michał dawał jej poczucie bezpieczeństwa, tak potrzebne w tamtych czasach ?
Któregoś dnia we Lwowie podczas "polowania na żydowskich mężczyzn" mąż Lusi - Izaak wraz ze swoim kuzynem zostają zabrani z mieszkania. Lusia już nigdy więcej nie zobaczy swojego męża. Wiadomo, że zginął. Woli nie wiedzieć jak.
Zaczęto likwidować polską inteligencję, by "odciąć od ciała narodu jego myślącą głowę", czego skutki można odczuć do dziś. Rozstrzelano 45 polskich profesorów uniwersytetu i premiera II RP, Kazimierza Bartla.
Lwów staje się coraz bardziej niebezpieczny, najpierw wyjeżdża stąd Lusia, potem mąż Zuzanny.
Janusz Woźniakowski zabiera Zuzannę do ciotki swojego kolegi, do Felsztyna. Zapewne gdyby nie rażąca mieszkańców uroda Zuzy mogliby tam przetrwać wojenne czasy.
Następnym przystankiem Zuzanny jest Kraków, gdzie na ormiańskich papierach na nazwisko Marysia Danilewicz dołącza do męża. Jest rok 1943.
Małżeństwo, od których Michał wynajmuje pokój jest zafascynowane niezwykłą, egzotyczną urodą Zuzanny.
Zanim gestapo wywlecze Zuzannę z kolejnego mieszkania-kryjówki, zanim padną w jej stronę strzały, kończące wszystko, Zuza spędzi jeszcze trochę czasu w podkrakowskich Swoszowicach z przyjaciółką z Równego, Blumką Fradis.
Później losy Janusza, Michała, Zuzanny i Blumki będą już przesądzone.
Woźniakowski wpada podczas łapanki, jest torturowany, gestapo rozpracowuje jego kontakty.
Zatrzymany zostaje Weinzieher.
Gestapo odkrywa kryjówkę Zuzanny, do której akurat wpadła w odwiedziny Blumka.
Obie zostają aresztowane, trafiają do więzienia, z którego wbrew nadziejom Zuzanny, już nie wychodzą.
Strzały kończą ich młode życie.
"Musisz tam wrócić..." to nie tylko historia dwóch dziewczyn, z których jednej udało się przeżyć koszmar wojny.
To także piękny hołd Lusi dla przyjaciółki.
A Lusia ?
Przetrwała wojnę. Jej uroda nikogo nie razi w oczy, dziewczyna nie ma semickich rysów, co pozwala jej normalnie przemieszczać się po mieście bez podejrzeń o pochodzenie.
Idzie przez życie z ogromną odwagą.
Podczas wojny traci prawie wszystkich bliskich, najpierw ginie jej pierwszy mąż Izaak, mama i ciężarna siostra wraz z mężem zostają rozstrzelani, umiera także jej narzeczony Gienek. Ginie Zuzanna.
Przetrwała Lusia i jej siostrzenica, Ilka. I Marek, jej drugi mąż.
Lusia przez wiele lat nawet nie wypowiada imienia mamy i siostry. Nie wraca do bólu przeszłości, żyje tym co jest. Szybko zakłada z Markiem swoją rodzinę. Innej rodziny w zasadzie już nie ma, poza siostrzenicą nie ma na świecie już nikogo. Żyje teraźniejszością, nie grzebiąc w przeszłości.
Nie rozdrapuje wojennych ran.
Witold Gombrowicz po wojnie wraca do kraju (ten to wiedział kiedy uciekać i kiedy wracać...), szuka znajomych sprzed lat, szczególnie szuka Giny. Nie znajduje jej, jego ulubienicy Zuzanny już dawno nie ma...
Zuzanna zginęła w wieku zaledwie 27 lat rozstrzelana przez gestapo
Lusia po wojnie została znaną i cenioną lekarką.
Po Zuzannie zostały nieliczne wiersze.
I fotografie, z których spogląda na nas kobieta o ogromnej i niezwykłej urodzie.
Zanim zaczęłam czytać książkę, przez myśl przemknęło mi pytanie:
Czy aby ta niesamowita uroda nie stała się czasem jej przekleństwem ?
Historię przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki przywołuje córka Lusi - Maria.
Maria przyrzeka matce, że "Będziemy stąpać ostrożnie, na czubkach palców, omijać z daleka miny bólu, trzęsawiska niedopowiedzień. Muszę tam wracać ..."
I wraca. Do lat młodości Lusi i jej prześlicznej przyjaciółki, Zuzy.
Do czasów potwornie ciężkich, wojennych.
Historia to smutna, ale i piękna.
Lusi udało się przeżyć wojnę, Zuzanna nie miała tyle szczęścia, niestety..
Młodziutkie dziewczyny poznały się w Równem na Wołyniu, gdzie ich rodziny osiedliły się po ucieczce z niebezpiecznego w tamtych czasach Kijowa.
Obie urodzone w Kijowie. Obie były Żydówkami.
Zdolne, piękne, wesołe, żyjące w okrutnych czasach.
Zuzanna mawiała, że szczęściem jest przeżyć, ale nie dane jej było zbyt długo cieszyć się takim szczęściem.
Dziewczyny chodziły razem do szkoły, bardzo dobrej szkoły, do której trafiali najzdolniejsi. Polubiły się, zaprzyjaźniły, odwiedzały. Chciały przetrwać wojnę. Próbowały żyć w miarę normalnie w tych nienormalnych czasach.
Zamykam oczy i przyglądam się przedwojennej Warszawie.
18-letnia Lusia przyjeżdża do stolicy, by odwiedzić swoją o rok starszą koleżankę, studentkę Zuzannę. Zuza pokazuje Lusi swój warszawski świat, na wstępie dając jej do zrozumienia, że w takich butach, w jakich przyjechała, po Warszawie chodzić nie będzie.
Warszawa to Warszawa, nie jakaś tam wiocha, buty więc muszą być eleganckie.
Zuzanna wyszukuje przyjaciółce jakieś ładne obuwie, choć ewidentnie rozmiar mają inny. Lusia wkłada białe czółenka z kokardami, w których bolą i obcierają ją stopy, lecz to nieistotne. Elegancko ubrane dziewczyny wychodzą na miasto, kierując swe kroki do kawiarni "Mała Ziemiańska", gdzie gromadzi się cała śmietanka artystyczna przedwojennej Warszawy.
To tutaj Lusia pierwszy raz w życiu pije kawę w kawiarni, a zapach parzonej pod ciśnieniem kawy zostaje z nią już do końca życia.
W "Małej Ziemiańskiej" Lusia pokocha kawiarniano-artystyczny klimat, do którego przez resztę życia będzie lgnąć.
- A więc pani jest przyjaciółką Zuzanny, naszej pięknej rówieńskiej Sulamity ? - zwraca się do Lusi Kazimierz Wierzyński
W kawiarni bywają też Julian Tuwim, Jan Lechoń, Jarosław Iwaszkiewicz, Antoni Słonimski.
Wszyscy oni przeszli do historii literatury, wszyscy poza Zuzanną, dla której zabrakło miejsca w kanonie lektur.
Julian Tuwim otacza ją opieką, określając literackie towarzystwo jako "Zuzanna i starcy".
Poza uniwersytetem to właśnie w towarzystwie literatów spędza czas Zuza., tłumacząc przyjaciółce, że "Przebywanie z tymi rzutkimi ludźmi do świetna szkoła, bo języki mają cięte. Kocham ten nastrój żartów, kpin, absurdu, gorących dyskusji ! .... Co wieczór schodzimy się do stolika Gombrowicza. To jest kompan !"
Ówczesna stolica wygląda tak jak zawsze ją sobie wyobrażałam. Piękne, różnorodne, barwne miasto mające wiele do zaoferowania.. Urocze kamienice, eleganccy ludzie na ulicach, życie aż wrze. A w oddali migocze już nadchodząca wojna.
Gdy wybucha wojna Witold Gombrowicz przewiduje los Zuzanny, każąc jej zaopatrzyć się w truciznę. Gina się śmieje.
"A tobie w szczególności, moja Gino, radzę zaopatrzyć się na tę wojnę w truciznę..".
Jego przewidywania okazują się słuszne, a semicka, niezwykła urody Zuzanny stanie się jej piętnem. Niestety trafne było moje pierwsze przeczucie, że rzucająca się w oczy piękna twarz o wyraźnie semickich rysach nie pomoże Ginczance w życiu..
Sytuacja w Warszawie staje się nieciekawa, Zuzanna przerywa studia. Lusia wychodzi za mąż za Izaaka Horowitza, z którym ucieka do Lwowa. Wkrótce dołącza do nich Zuza.
Znajomy Lusi znajduje dziewczynom pracę w kurbiurze, co było możliwe, bo obie dobrze mówiły po rosyjsku. Do Zuzy wpadał zakochany w niej Janusz Woźniakowski, przynosząc dla niej i jej przyjaciółki to, co miało największą wartość - jedzenie. Często do biura zaglądał też Michał Weinzieher, za którego - ku zaskoczeniu znajomych - Zuzanna wychodzi za mąż. Zuza nie tłumaczy dlaczego wybrała Michała, skoro wyraźnie była zakochana w grafiku Januszu. Może Michał dawał jej poczucie bezpieczeństwa, tak potrzebne w tamtych czasach ?
Któregoś dnia we Lwowie podczas "polowania na żydowskich mężczyzn" mąż Lusi - Izaak wraz ze swoim kuzynem zostają zabrani z mieszkania. Lusia już nigdy więcej nie zobaczy swojego męża. Wiadomo, że zginął. Woli nie wiedzieć jak.
Zaczęto likwidować polską inteligencję, by "odciąć od ciała narodu jego myślącą głowę", czego skutki można odczuć do dziś. Rozstrzelano 45 polskich profesorów uniwersytetu i premiera II RP, Kazimierza Bartla.
Lwów staje się coraz bardziej niebezpieczny, najpierw wyjeżdża stąd Lusia, potem mąż Zuzanny.
Janusz Woźniakowski zabiera Zuzannę do ciotki swojego kolegi, do Felsztyna. Zapewne gdyby nie rażąca mieszkańców uroda Zuzy mogliby tam przetrwać wojenne czasy.
Następnym przystankiem Zuzanny jest Kraków, gdzie na ormiańskich papierach na nazwisko Marysia Danilewicz dołącza do męża. Jest rok 1943.
Małżeństwo, od których Michał wynajmuje pokój jest zafascynowane niezwykłą, egzotyczną urodą Zuzanny.
Zanim gestapo wywlecze Zuzannę z kolejnego mieszkania-kryjówki, zanim padną w jej stronę strzały, kończące wszystko, Zuza spędzi jeszcze trochę czasu w podkrakowskich Swoszowicach z przyjaciółką z Równego, Blumką Fradis.
Później losy Janusza, Michała, Zuzanny i Blumki będą już przesądzone.
Woźniakowski wpada podczas łapanki, jest torturowany, gestapo rozpracowuje jego kontakty.
Zatrzymany zostaje Weinzieher.
Gestapo odkrywa kryjówkę Zuzanny, do której akurat wpadła w odwiedziny Blumka.
Obie zostają aresztowane, trafiają do więzienia, z którego wbrew nadziejom Zuzanny, już nie wychodzą.
Strzały kończą ich młode życie.
"Musisz tam wrócić..." to nie tylko historia dwóch dziewczyn, z których jednej udało się przeżyć koszmar wojny.
To także piękny hołd Lusi dla przyjaciółki.
A Lusia ?
Przetrwała wojnę. Jej uroda nikogo nie razi w oczy, dziewczyna nie ma semickich rysów, co pozwala jej normalnie przemieszczać się po mieście bez podejrzeń o pochodzenie.
Idzie przez życie z ogromną odwagą.
Podczas wojny traci prawie wszystkich bliskich, najpierw ginie jej pierwszy mąż Izaak, mama i ciężarna siostra wraz z mężem zostają rozstrzelani, umiera także jej narzeczony Gienek. Ginie Zuzanna.
Przetrwała Lusia i jej siostrzenica, Ilka. I Marek, jej drugi mąż.
Lusia przez wiele lat nawet nie wypowiada imienia mamy i siostry. Nie wraca do bólu przeszłości, żyje tym co jest. Szybko zakłada z Markiem swoją rodzinę. Innej rodziny w zasadzie już nie ma, poza siostrzenicą nie ma na świecie już nikogo. Żyje teraźniejszością, nie grzebiąc w przeszłości.
Nie rozdrapuje wojennych ran.
Witold Gombrowicz po wojnie wraca do kraju (ten to wiedział kiedy uciekać i kiedy wracać...), szuka znajomych sprzed lat, szczególnie szuka Giny. Nie znajduje jej, jego ulubienicy Zuzanny już dawno nie ma...
środa, 11 lipca 2018
To co dał mi ... blog
Blog ewoluuje, a ja wraz z nim. Gdy go zakładałam, był swego rodzaju autoterapią. Życie mi się waliło, więc pisałam. Ubierając emocje w słowa wychodziłam z dołka.
Dziś przez posty staram się przekazywać wartości, które są mi bliskie.
Wyciągnęłam wnioski z przeszłości.
Po drodze nazbierałam trochę doświadczenia.
Jestem dojrzalsza o wiele sytuacji, których wolałabym nie doświadczać. Pisanie wiele mnie nauczyło, choć brzmi to jak najbanalniejszy z banałów.
Czasem gdy czytam to, co sama przecież napisałam 3 czy 4 lata temu, czuję jakby napisała to inna osoba. Zapętlone słowa przekierowują uwagę na myślowe koleiny sprzed lat. Taka wtedy byłam, w momencie publikacji posta tak przecież czułam. Dziś odczuwam daną sytuację inaczej i to jest fajne.
Oto czego nauczył mnie mój własny blog :)
Nauczył mnie, że są takie związki, które prowadzą tylko do jednego miejsca.
Miejsce to zwie się cmentarzem związków :)
Tak, mam na myśli swój związek, od którego opisu rozpoczął się ten blog.
Wstyd mi za tamtą siebie.
Z cmentarza związków nie ma na szczęście odwrotu. Definitywny Schluss.
Nauczyłam się też, że o niektóre osoby w życiu nie warto walczyć.
Ba, nie warto nawet inwestować w nie swojego czasu i energii.
Nie dlatego, że te osoby są jakoś złe i nie do uratowania.
Nie ma sensu ratować kogoś na siłę, ot co. Niech każdy idzie swoją drogą i niech niektóre losy się już więcej nie splatają.
Gdy wchodzisz w związek z osobą, która na drugie imię mogłaby mieć Problem,
to trzeba brać. Ale nogi za pas.
Przeżyte, wnioski wyciągnięte.
Trudna prawda, którą uświadomiło mi moje pisanie: Zawsze walcz o siebie.
Ja czesto tego nie robiłam, za mocno polegałam na opinii innych.
Począwszy od wyboru profilu klasy w ogólniaku (mocny błąd) po pozwolenie sobie na słuchanie zdania innych podczas składania papierów na studia.
Jeszcze jednego żałuję: że od razu po swojej magisterce nie zdecydowałam się na 2-letnie studia polonistyczne (uzupełniające).
Kolejny wniosek: nie słuchaj innych, nawet gdy są wobec Ciebie życzliwi. Nawet gdy są mądrzejsi w doświadczenie, gdy pragną tylko Twojego dobra - nie słuchaj ich, jeśli serce podpowiada Ci inaczej.
Posłuchaj szeptu swojej intuicji, ona nie zawodzi.
Idź swoją drogą, nawet gdy ta droga dla innych oznaczać będzie szaleństwo, wariację, marnowanie życia.
To Twoje życie. Jak chcesz, to możesz je sobie zmarnować. Ale sądzę, że nie chcesz i że sam/sama wiesz czego pragniesz.
niedziela, 17 czerwca 2018
Miasto, za którym okrutnie tęsknię ... Mój Berlin. Cz. I
Berlin, mój ukochany Berlin ..
Gdy zakładałam tego bloga w pewien sierpniowy dzień 2014 roku, chciałam pisać właśnie o ... Berlinie.
I choć w duszy grały mi wtedy inne klimaty, wiele wydarzeń ze swojego życia przetrawiałam mimochodem w Berlinie.
Berlin. Piękny, nowoczesny, szkaradny, brudny, zatłoczony. Różnie o tym mieście się pisze. I pewnie każde z określeń do Berlina pasuje.
Miasto kontrastów, wielokulturowe, ciekawe, barwne.
Otwarte. I mentalnie i kulturowo.
Różne sytuacje mi się tam przytrafiały.
Alexanderplatz, czyli miejsce, które zna każdy, kto choć raz odwiedził Berlin.
Miejsce spotkań, główny punkt przesiadkowy, ogromny tłok.
Rozmawiamy po polsku. Zaczepia nas chłopak z Polski, sprzedający słynne berlińskie kiełbaski.
- Jesteście z Polski jak słyszę.
- Hej. Tak
- Dlaczego nie zapięłaś torebki ? Wiesz, że jesteś w centrum Berlina ? - pyta mnie
- Oj, bez przesady, często mam otwartą torebkę
- Ale tu musisz ją zapiąć. Uwierz mi, wiele tu widziałem
- W porządku - odpowiadam, przeciągając zamkiem torebkę
S-Bahn w kierunku centrum. Starsza pani siada naprzeciwko nas, rozmawiam akurat po niemiecku. Kobieta przysłuchuje się nam, widzę jej wzrok na sobie. Za chwilę zwraca się do mnie:
- Skąd są pani rodzice ? Mówi pani taką piękną niemczyzną, bez regionalizmów. Pięknie.
- Dziękuję. Jestem Polką.
- A Pani rodzice ? Skąd pochodzą ?
- Też z Polski
- Wirklich ?? - wpatruje się we mnie rozszerzonymi oczyma
- Tak. Naprawdę.
- Co pani tu robi ?
- Jestem tu służbowo.
- Pięknie pani mówi. Aż trudno mi uwierzyć, że pochodzi pani nie stąd. Często jest pani w Berlinie ?
- Tak, czasami kilka razy w miesiącu.
- Ja całe życie spędziłam w Berlinie. Moja rodzina od lat jest w tym mieście. Bardzo ładnie pani mówi. Za chwilę jest mój przystanek, muszę wysiadać. Życzę wszystkiego dobrego.
- Również życzę wszystkiego dobrego.
Kreuzberg: park nieopodal głównej ulicy.
Rodzice na rowerach z małymi dziećmi w fotelikach przejeżdżający obok czarnoskórych dilerów.
Co sobie życzysz ? Haszysz, koka, marihuana ?
Patrzę obojętnym wzrokiem, nie łapiąc pytających min sprzedawców tegoż towaru. Nie zaczepiają mnie, zresztą dlaczego mieliby to robić ? Pewnie mają mnóstwo klientów.
Nie zapomnę miny mojego towarzysza, który wówczas za tą wycieczkę miał ochotę mi - mówiąc bez ogródek - wyjebać.
Wychodząc z parku na równie nieciekawą uliczkę jesteśmy świadkami próby włamania do auta. Auta na polskich tablicach rejestracyjnych, tak btw.
Oddalamy się spokojnie, a ja słyszę tylko:
"Anka, gdzie Ty mnie tu ciągniesz ? Wynosimy się stąd. To jest jeszcze Berlin czy jakieś getto murzynów-narkomanów ?"
Ano, to też Berlin.
Ponownie centrum.
- Ej, wy mówicie po polsku, prawda ? - pyta nas młodziutki, lekko przestraszony chłopak
- Tak
- Słyszałem jak rozmawiacie i zastanawiałem się czy podejść. Jestem tu drugi dzień, po niemiecku nie znam ani słowa. Możesz mi zamówić coś do jedzenia ? Mam alergię na parę składników.
- Pewnie
- Nie mogę jeść pomidorów ani cebuli. Zamówisz mi jakiegoś zwykłego kebaba bez pomidorów i cebuli ?
- Pewnie. Już Ci zamawiam
- Dzięki.
Rozmawiamy jeszcze chwilę, po czym każdy idzie w swoją stronę. Jak się za chwilę okaże, prawie w tę samą.
Ponownie spotykamy się na stacji S-banki.
Stoi metro, S-bahny, tramwaje. Mnóstwo ludzi. Policja z psami. Policja w cywilu. Policja wszędzie.
- O cholera, co się tu dzieje.... - myślę troszkę zaniepokojona
Stoimy więc na tej stacji, bo tak naprawdę nie mamy alternatywnego dojazdu.
Nagle ktoś do nas podchodzi
- Cześć. Ty mówisz po niemiecku ? - pyta kolejny młody chłopak nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź - Niedawno zamówiłaś mojemu kumplowi kebab. Pamiętasz ?
- Tak
- To on tam siedzi. - wskazuje ręką na swojego kolegę, który macha mi z wagonu S-banki
Wiesz, my jesteśmy w Berlinie od wczoraj. Nie znamy języka. Czy możesz powiedzieć co się tu dzieje ? Co znaczą te komunikaty ? Bomba czy co ?
(Sama jestem lekko nerwowa. Co mam odpowiedzieć ? Muszę uspokajać swoją ekipę, a teraz jeszcze ich...)
- Tak właściwie to nie wiadomo. Wyświetlają się komunikaty, że trwa akcja policji. I wszystkie środki komunikacji będą stać aż skończą akcję.
- Bomba ? - patrzy na mnie przenikliwie
- Nie wiem, nic więc tu nie podają.
- A dokąd jedziecie ? My na Spandau
- Na Marzahn
- Znaleźliśmy mieszkanie na Spandau. Byłaś tam kiedyś ? To daleko ?
- Byłam. Bardzo dużo Polaków tam mieszka. Ok. 20 minut S-3 stąd.
- Dobra, dzięki, to idę do kumpli. Jakby się coś nowego wyświetliło, mogę do was jeszcze przyjść ?
- Jasne. Ale mam nadzieję, że to nic poważnego i że zaraz wszystko ruszy
Ile czekaliśmy na tej stacji, nie wiem. Może 20 minut, może 30.
Co się wtedy wydarzyło też nie wiem. Po powrocie pobieżnie szukałam informacji skąd taka akcja, ale nic nie znalazłam. Później stwierdziłam, że już nawet wolę nie wiedzieć.
Gdy mnie zapytano, co wtedy czułam, odpowiedziałam pospiesznie, że ulgę. Im bardziej oddalaliśmy się od centrum, tym swobodniej oddychałam.
W oddali mignął mi jarmark na Jannowitzbrücke, bajecznie kolorowy. Za plecami miałam stację, na której ewidentnie coś się wydarzało.. Przed sobą - jeszcze ok. 20 minut jazdy.
Jakby ktoś zapytał czy wtedy się bałam, nie potrafiłabym skłamać, że nie.
Byłam w Berlinie ok. 2 tygodni przed zamachem. I miesiąc po nim. Okolice Breitscheidplatz znam dość dobrze. Gdy zobaczyłam, że właśnie tam ciężarówka wjechała w ludzi, zamarłam.. W wolnym tłumaczeniu: "To zostanie w pamięci, ale nie zastraszycie nas waszym terroryzmem" ...
c.d.n. ...
sobota, 2 czerwca 2018
Czarny humor z SORu
Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR) zapewne nie należy do ulubionych miejscówek nikogo, kto ma w miarę równo pod sufitem.
Praca tam łatwa ani przyjemna nie jest, zdaję sobie z tego sprawę, co nie zmienia faktu, że placówki te należałoby jakoś przeorganizować, zmienić, przewartościować. Bo jest patologicznie źle.
Poniżej zabawne sytuacje z miejsca iście niezabawnego
1. Poznań. Lipiec 2017, moja mama ze złamaną ręką spędza na SORze ok. 7 godzin.
Patologia dosłownie, jak można ze złamaniem, z opuchlizną i w stanie dość niefajnym spędzić tyle czasu w poczekalni
Przed mamą do gabinetu wchodzi (po wielu godzinach oczekiwania) pani ok. 65-70 lat.
Wchodzi i po minutce wychodzi, bo zostaje wysłana do szpitalnej apteki po szynę.
Szyny w gabinecie się skończyły i jak pani chce mieć ją założoną, niech idzie i sobie kupi.
Więc idzie, wchodzi po kolejnym odczekaniu swego do gabinetu, po chwili wychodzi wściekła.
Szyna jednak niepotrzebna, kazali iść jej ponownie do apteki i zwrócić.
No tak, co się pani będzie nudzić w poczekalni, jak może się pani przespacerować na trasie gabinet - korytarz - apteka - korytarz - gabinet.
Spacerek to przecież ruch, a ruch to zdrowie.
A że panią boli ? Aha, to trudno, życie też boli.
2. Ta sama pani, po kolejnym spacerku wychodzi z gabinetu purpurowa.
Ktoś ją pyta co się stało.
- Wie pani, co mi powiedzieli ?
- Nie
- Lekarz powiedział, że jakbym była w jego wieku, to opłacałoby się jeszcze operować.
Ale w moim to już nie warto. Złamanie jest takie, że ręka zostanie pokrzywiona do końca życia.
Nie warto już operować .. - pani spogląda z niedowierzaniem i smutkiem na słuchających..
Kurtyna
(kurwa)
3. Tym razem ja odwiedzam SOR, ten sam zresztą.
Szczegóły w poście z lutego 2018.
Brakuje łóżek, wywalają mnie na krzesło. Dobra, nie wywalają, a proszą, abym przeszła na krzesło. Czuję się tak kiepsko, że oczywiście siadam nie tam gdzie powinnam.
Każą mi spadać na inne krzesło, to jest ich. Ich - personelu medycznego.
Siedzę sobie i czekam dalej, SORy to świetna nauka czekania. Na cud, na uśmierzenie bólu, na nadzieję. I na wypis, który pozwoli prędkim krokiem oddalić się z tego miejsca.
Obok siedzi kobieta w wieku, który trudno mi oszacować. Może ma 55 lat, może 60, a może 65.
Dostaje wypis. Prosi lekarkę o pomoc, od razu widać, że boli ją strasznie. Nie wiem co, ale widzę ból. Otwiera dużą torebkę, którą wypełniają tabletki przeciwbólowe. Nie pomagają.
Młodziutka, drobna lekarka z ogromną charyzmą zwraca się do niej:
"A co pani myślała, że my tu panią uzdrowimy ?
Jeśli panią bolało, to i boleć będzie. Czy tutaj czy w domu czy na oddziale.
Wiadomo, że boleć nie przestanie. Do widzenia"
Ta młoda dziewczyna wypowiedziała te słowa takim zabawnym tonem, że w niezbyt przyjemnej sytuacji zabrzmiały jednak dość... zabawnie.
Ostro, ale aż się uśmiechnęłam.
4. Skoro trafiłam na SOR, a objawy wyglądają poważnie, muszą sprawdzić serce. Ból promieniuje albo od serca albo od kręgosłupa.
Ok, spoko.
Bardzo sympatyczna lekarka, do której jako jedynej tu czuję instynktowną sympatię coś tam bada i stwierdza, że chyba ok, bo
"głośniejszych szumów nie słyszę, delikatnych chyba też nie, ale tu taki hałas i zamieszanie, że nie jestem pewna"
Aha ..
5. SOR w Bielsku-Białej, gdzie trafiam wraz z koleżanką.
Sytuacja poważna, trzeba coś zrobić z krwotokiem. Krew się leje, ona osłabiona, ja zdezorientowana.
Na oddziale kolejka jak za komuny po mydło i masło. Naprawdę.
Mimo, iż na szczęście stanie w kolejce za komuny mnie nie dotyczyło, to jednak dużo, oj dużo o nich się nasłuchałam..
Każą czekać. Zarejestrować się i czekać. Na wezwanie, które kiedyś nastąpi.
Tłum w poczekalni zastygł w oczekującym bezruchu.
Kolejka się nie rusza. Mija pół godziny, godzina, dwie.... Nic, zero ruchu.
W końcu koleżanka wchodzi do gabinetu i pyta czy wiadomo ile jeszcze trzeba czekać i co właściwie zamierzają z nią zrobić, skoro krwotok ustał.
W odpowiedzi słyszy, że ma czekać, ale już jej nie pomogą, bo jedyna lekarka, która jest z tej specjalizacji skończyła dyżur. Ahaaaaaa ....
Co zatem zamierzają ? Ano, niewiele, wypiszą jej receptę jak chce. Na lek, który - o ironio - ma w domu. Zresztą bez recepty też go otrzyma.
Jedna pani z poczekalni, czekająca w kolejce ze swoim schorowanym, ok. 90-letnim tatą także zaczyna się irytować. Czeka od wczesnego ranka, właśnie nastaje popołudnie i ojciec jest zmęczony, źle się czuje, musi coś zjeść. A reakcji żadnej.
Czekać, panie, czekać.
Tylko na co, na zbawienie czy na lepsze czasy ?
Praca tam łatwa ani przyjemna nie jest, zdaję sobie z tego sprawę, co nie zmienia faktu, że placówki te należałoby jakoś przeorganizować, zmienić, przewartościować. Bo jest patologicznie źle.
Poniżej zabawne sytuacje z miejsca iście niezabawnego
1. Poznań. Lipiec 2017, moja mama ze złamaną ręką spędza na SORze ok. 7 godzin.
Patologia dosłownie, jak można ze złamaniem, z opuchlizną i w stanie dość niefajnym spędzić tyle czasu w poczekalni
Przed mamą do gabinetu wchodzi (po wielu godzinach oczekiwania) pani ok. 65-70 lat.
Wchodzi i po minutce wychodzi, bo zostaje wysłana do szpitalnej apteki po szynę.
Szyny w gabinecie się skończyły i jak pani chce mieć ją założoną, niech idzie i sobie kupi.
Więc idzie, wchodzi po kolejnym odczekaniu swego do gabinetu, po chwili wychodzi wściekła.
Szyna jednak niepotrzebna, kazali iść jej ponownie do apteki i zwrócić.
No tak, co się pani będzie nudzić w poczekalni, jak może się pani przespacerować na trasie gabinet - korytarz - apteka - korytarz - gabinet.
Spacerek to przecież ruch, a ruch to zdrowie.
A że panią boli ? Aha, to trudno, życie też boli.
2. Ta sama pani, po kolejnym spacerku wychodzi z gabinetu purpurowa.
Ktoś ją pyta co się stało.
- Wie pani, co mi powiedzieli ?
- Nie
- Lekarz powiedział, że jakbym była w jego wieku, to opłacałoby się jeszcze operować.
Ale w moim to już nie warto. Złamanie jest takie, że ręka zostanie pokrzywiona do końca życia.
Nie warto już operować .. - pani spogląda z niedowierzaniem i smutkiem na słuchających..
Kurtyna
(kurwa)
3. Tym razem ja odwiedzam SOR, ten sam zresztą.
Szczegóły w poście z lutego 2018.
Brakuje łóżek, wywalają mnie na krzesło. Dobra, nie wywalają, a proszą, abym przeszła na krzesło. Czuję się tak kiepsko, że oczywiście siadam nie tam gdzie powinnam.
Każą mi spadać na inne krzesło, to jest ich. Ich - personelu medycznego.
Siedzę sobie i czekam dalej, SORy to świetna nauka czekania. Na cud, na uśmierzenie bólu, na nadzieję. I na wypis, który pozwoli prędkim krokiem oddalić się z tego miejsca.
Obok siedzi kobieta w wieku, który trudno mi oszacować. Może ma 55 lat, może 60, a może 65.
Dostaje wypis. Prosi lekarkę o pomoc, od razu widać, że boli ją strasznie. Nie wiem co, ale widzę ból. Otwiera dużą torebkę, którą wypełniają tabletki przeciwbólowe. Nie pomagają.
Młodziutka, drobna lekarka z ogromną charyzmą zwraca się do niej:
"A co pani myślała, że my tu panią uzdrowimy ?
Jeśli panią bolało, to i boleć będzie. Czy tutaj czy w domu czy na oddziale.
Wiadomo, że boleć nie przestanie. Do widzenia"
Ta młoda dziewczyna wypowiedziała te słowa takim zabawnym tonem, że w niezbyt przyjemnej sytuacji zabrzmiały jednak dość... zabawnie.
Ostro, ale aż się uśmiechnęłam.
4. Skoro trafiłam na SOR, a objawy wyglądają poważnie, muszą sprawdzić serce. Ból promieniuje albo od serca albo od kręgosłupa.
Ok, spoko.
Bardzo sympatyczna lekarka, do której jako jedynej tu czuję instynktowną sympatię coś tam bada i stwierdza, że chyba ok, bo
"głośniejszych szumów nie słyszę, delikatnych chyba też nie, ale tu taki hałas i zamieszanie, że nie jestem pewna"
Aha ..
5. SOR w Bielsku-Białej, gdzie trafiam wraz z koleżanką.
Sytuacja poważna, trzeba coś zrobić z krwotokiem. Krew się leje, ona osłabiona, ja zdezorientowana.
Na oddziale kolejka jak za komuny po mydło i masło. Naprawdę.
Mimo, iż na szczęście stanie w kolejce za komuny mnie nie dotyczyło, to jednak dużo, oj dużo o nich się nasłuchałam..
Każą czekać. Zarejestrować się i czekać. Na wezwanie, które kiedyś nastąpi.
Tłum w poczekalni zastygł w oczekującym bezruchu.
Kolejka się nie rusza. Mija pół godziny, godzina, dwie.... Nic, zero ruchu.
W końcu koleżanka wchodzi do gabinetu i pyta czy wiadomo ile jeszcze trzeba czekać i co właściwie zamierzają z nią zrobić, skoro krwotok ustał.
W odpowiedzi słyszy, że ma czekać, ale już jej nie pomogą, bo jedyna lekarka, która jest z tej specjalizacji skończyła dyżur. Ahaaaaaa ....
Co zatem zamierzają ? Ano, niewiele, wypiszą jej receptę jak chce. Na lek, który - o ironio - ma w domu. Zresztą bez recepty też go otrzyma.
Jedna pani z poczekalni, czekająca w kolejce ze swoim schorowanym, ok. 90-letnim tatą także zaczyna się irytować. Czeka od wczesnego ranka, właśnie nastaje popołudnie i ojciec jest zmęczony, źle się czuje, musi coś zjeść. A reakcji żadnej.
Czekać, panie, czekać.
Tylko na co, na zbawienie czy na lepsze czasy ?
niedziela, 27 maja 2018
Magda Rusinek. O kobiecie, która siłą i inteligencją powalała
Pojawiają się sugestie, abym podrzucała więcej poleceń książek, filmów i muzyki. Może być z tym ciężko, bo piszę tylko o tym, co mną jakoś potrząśnie. Wydawać by się mogło, ze takich inspiracji znajduję dużo, ale właśnie niekoniecznie. A może też niespecjalnie szukam :)
Za ciekawe muzyczne polecenia byłabym wdzięczna, w kinie nie byłam już kilka miesięcy, a przeczytane ostatnio książki (w niezbyt imponującej ilości, szczerze przyznaję) nie zrobiły na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia.
Poza jedną, która jeszcze jest w stanie czytania - "Dziewczyny wojenne" Łukasza Modelskiego.
Książka jeszcze się czyta i choć nie należy do łatwych i przyjemnych rozrywek, jej treść porusza.
Często myśląc o wojnie, myśli się o niej z męskiego, analitycznego punktu widzenia. Od czasów nastoletnich interesowało mnie kobiece spojrzenie na wojnę, która nadchodząc przekreśliła tyle pięknych planów na życie. Przerwane studia, porozwalane związki, rozłąka z rodziną, często niestety już ostateczna.
Dziś o kobiecie, której historia nie jest zwykła.
Magdę Rusinek wojna zastała gdy ta miała zaledwie 14 lat. Młodziutka, chorowita dziewczyna jeszcze nie wiedziała co ją czeka i jakie decyzje przyjdzie jej podejmować.
Tak jak i wiele innych młodych ludzi, którym nadejście II wojny światowej zniszczyło plany na przyszłość. Zniszczyło plany, ale nie nadzieje na wolność i godne życie, na miłość i przyjaźń.
Bo poza wojną toczyło się życie. Nie było ono normalne, okoliczności na to nie pozwalały, ale obok wojny była jakaś teraźniejszość.
Tym, co na początku zaskoczyło mnie w historiach kobiet, które przeżyły wojenny koszmar, były opowieści o miłości, o narzeczonym, który nie wiadomo gdzie jest i czy jeszcze w ogóle gdzieś jest. O ślubie w tak smutnych okolicznościach, w jakich nikt nigdy nie powinien go brać. O przyjaźni, ulubionej letniej sukience...O mieszkaniu, w którym chwilkę przed wybuchem bomby, jedna z dziewczyn zdążyła jeszcze po prostu się umyć.
Zaskoczyło mnie to tylko na chwilkę, bo chyba tak naprawdę tego właśnie oczekiwałam. Czekałam na dziewczęce emocje, na ich spojrzenie na wojenną rzeczywistość. Bo wojna wojną, a młodość młodością. Wojna to beznadziejny czas na miłość, ale takie czasy akurat ich pokoleniu zesłał los. Robili co mogli, by mimo toczącego się horroru, jakoś żyć.
MAGDA RUSINEK
Nieżyjąca już niestety porucznik Magdalena Grodzka - Gużkowska zd. Rusinek od urodzenia miała niezły charakterek. Zdrowie szwankowało jej od dziecka (trepanacja czaszki, sepsa, paraliż części twarzy), lecz specjalnie się nim nie przejmowała. Żyła szybko i aktywnie, zafascynowana sportem. Tłukła się z chłopakami, wywijała w szkole, z której prawie zresztą wyleciała. Niezła agentka, można podsumować.
Pochodziła z inteligenckiej rodziny, rodzice bardzo dbali o edukacją Magdy i jej starszej siostry. Znała kilka języków, należała do harcerstwa, świetnie jeździła na nartach, co później się przydało do przeprowadzania lotników (na nartach) na Słowację. Młoda Magda bezpiecznie przeprowadziła wiele osób zanim gestapo wpadło na jej trop. By ratować pozostałych ucieka, dociera do Warszawy i stamtąd daje znać znajomym, że mogą wszelkie podejrzenia i zarzuty zrzucać na nią.
W Warszawie Magda przeprowadza rozmowę z ojcem, który by ocaleć ucieka z Polski do Londynu.
Dziewczyna ma 16 lat i odtąd musi zająć się mamą i siostrą. Dowiaduje się, że jej mama jest uzależniona od morfiny, a siostra Marysia chora psychicznie. Ojciec wyjeżdża, Magdy poszukuje gestapo, na mamę i siostrę liczyć nie może.
Wydarza się tragedia, matka Magdy po wstrzyknięciu sobie (prawdopodobnie) insuliny, zapada w śpiączkę.
Tutaj na jakiś czas muszę odłożyć książkę.
Los Magdy staje się coraz bardziej dramatyczny...
Boże, przecież ona ma zaledwie 16 lat ...
"Myślałam o tym, że jestem w konspiracji, że gestapo prędzej czy później mnie znajdzie, że wtedy nikt nie będzie mógł się mamą zająć. Poprosiłam lekarzy, żeby nie ratowali mamy. Wtedy właściwie skazałam ją na śmierć. Jako szesnastolatka przestałam być dzieckiem"
...
Po śmierci matki do Magdy i Marysi przyjeżdża rodzina, by zapewnić im opiekę. Magda już jednak sama potrafi zadbać o siebie i siostrę. Szybko dorasta. Ukrywa się w wielu mieszkaniach w Warszawie. Wkrótce poznaje swego przyszłego narzeczonego, późniejszego męża, Romka. Wstępuje do organizacji, przechodzi szkolenie jako jedyna dziewczyna w swojej grupie. Często z powodu płci musi udowadniać, że jest wystarczająco dobra, szybka, że wie po co tu jest.
Trafia do sekcji, która rozpracowuje i wykonuje wyroki śmierci. Z powodu młodego wieku sama nie likwiduje wrogów, rozpracowuje ich i wskazuje innym na zasadzie "temu kulkę w łeb".
"Byłam bardzo opanowana, nie mdlałam, nie trzęsły mi się ręce. Raczej nie jestem taka do mdlenia. Kiedy zapadł wyrok, trzeba było drania znaleźć i zlikwidować".
Magda załatwia siostrze pracę i aby zapewnić jej bezpieczeństwo, zrywa z nią kontakt.
Któregoś dnia podczas łapanki wpada i trafia na Pawiak. W wagonie, zmierzającym do Majdanka poznaje ciężarną dziewczynę, wraz z nią i dwoma innymi kobietami udaje im się uciec.
Wraca do Warszawy pieszo.
Tam otrzymuje kolejne zadania, m.in. ukrywanie żydowskich chłopców. Często zmienia tożsamość i mieszkania. Zaczyna zabijać. Sama wspomina, że nie jest z tych, które się patyczkują. Gdy jej chłopak został postrzelony, po prostu poszła i zastrzeliła tego, który za to odpowiadał.
Nie dziwi mnie to, podziwiam jednak jej odwagę i opanowanie.. Zwłaszcza opanowanie.
Swoją odwagą wprawia wielu młodych chłopaków w osłupienie. Jest szybka, sprytna, inteligentna, ma świetną pamięć i orientację w terenie.
Któregoś dnia przeprowadza dowództwo armii kanałami, m.in. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Nie robią na niej wrażenia szczury, nie rozumie dlaczego ludzie gubią się w kanałach, dla niej kanały i ich topografia to nic trudnego.
W 1945 Magda otrzymuje propozycję studiów na uniwersytecie, ale odrzuca ją ze względu na Romka, już oficjalnie swojego narzeczonego. Po postrzeleniu jego ręka nadal jest w stanie nieciekawym.
Poza tym Magda nie wie co z jej ojcem. Poznaje kogoś, kto przez kogoś innego zna jej tatę. Wraz z tą osobą udaje się do Włoch.
We Włoszech poznaje generała Andersa i pułkownika Dzwonkowskiego, prosi ich o pomoc w ściągnięciu narzeczonego i leczenie jego ręki. Z wdziękiem i uporem załatwia wszystko.
Romek jest operowany, Magdzie w 1946 udaje się odnaleźć ojca.
Wkrótce wspólnie przepływają do Anglii. W 1947 Magda i Romek biorą ślub, niedługo na świecie pojawia się ich syn.
"Jędruś rodził się trzy doby, był wielki, a ja marzyłam o dziewczynce"
Oh, jak ja ją rozumiem. Świetnie rozumiem pragnienie o pojawieniu się na świecie córeczki. I już niejednokrotnie nieźle mi się za to oberwało, na zasadzie "co Ty możesz wiedzieć, ważne, żeby zdrowe było, a nie wielkie marzenia i nadzieje, żeby to tylko dziewczynka była"
Wiadomo, że każdy marzy o zdrowym dziecku, to podstawa. Co nie zmienia faktu, że niektórzy pragną zdrowej dziewczynki :)
Magdy marzenie o córeczce nigdy się nie spełnia. W 1951 rodzi drugiego chłopca, cztery lata później Romek zostawia rodzinę.
Wcześniej Magda stwierdza, że ona może zrezygnować ze studiów, ale Romek koniecznie musi studiować.
Kurcze, skąd w kobietach takie poświęcenie dla ukochanego faceta ?
Mijają lata, całe wieki, a kobiety cały czas rezygnują ze swoich marzeń, aby tylko mężczyzna był szczęśliwy.
Też wpadłam w tą pułapkę; jeśli ktoś chce wiedzieć dlaczego, to niestety nie odpowiem. Mogę jedynie odesłać do pierwszych wpisów na tym blogu, choć wstyd mi strasznie za swoją głupotę.
"Uznałam, że Romek, taki zdolny, niech studiuje, a ja dorobię jakąś pracą. I poszedł, idiota, do college'u , zamiast na uniwersytet. I został kreślarzem".
Magda pracuje dużo i ciężko, by finansowo ogarnąć życie. Ma problemy ze zdrowiem, chorują także chłopcy. Nie jest jej łatwo, na szczęście może liczyć na pomoc ojca.
Z czasem poznaje swojego drugiego męża, Krzysztofa Gużkowskiego, z nim w latach 70-tych wraca do Polski.
W kraju zajmuje się terapią dzieci autystycznych, prowadzi z mężem obozy rehabilitacyjne, pisze książki. W domu Magdy powstaje Polska Akcja Humanitarna.
Magdalena Grodzka-Gużkowska zd. Rusinek (7.01.1925 - 6.01.2014).
https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/magdalena-rusinek,38455.html#1
Wszystkie cytaty pochodzą z książki Łukasza Modelskiego pt. "Dziewczyny wojenne" z rozdziału
nr 2 "Magda Rusinek. Po poręczy".
Historia Magdy mocno mnie poruszyła. Mam świadomość, że kiedyś ludzie byli mocniejsi psychiczni, że czasy, w jakich przyszło im żyć, nauczyły ich hartu ducha, jednak odwaga i inteligencja Magdy zasługują na szczególne upamiętnienie.
Przeczuwam oczywiście, że ten post nie będzie cieszył się wielką popularnością, ale mimo wszystko warto pisać o takich kobietach jak Magda.
Nawet jeśli historię tej niezwykłej dziewczyny dzięki mojemu wpisowi pozna zaledwie 100 czytających, a zainteresuje się nią 5 - i tak warto.
środa, 23 maja 2018
Małe miasteczka nie tylko według Andrzeja Bursy
"Boże jaki miły wieczór
tyle wódki tyle piwa
a potem plątanina
w kulisach tego raju
między pluszową kotarą
a kuchnią za kratą
czułem jak wyzwalam się
od zbędnego nadmiaru energii
w którą wyposażyła mnie młodość
możliwe
że mógłbym użyć jej inaczej
np. napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek
ale
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka"
"Sobota" Andrzej Bursa
O małych miasteczkach trochę wiem, wychowałam się w jednym takim około 10-tysięcznym.
I choć dziś potrafię dostrzec i wady i zalety mniejszych miejscowości, w czasach nastoletnich marzyłam, by jak najszybciej wyrwać się do Poznania. Z jednego podstawowego powodu, który brzmiał: anonimowość.
Miałam dość miasteczka, w którym każdy każdego zna. Chociaż chyba nawet nie to było najgorsze. Znieść nie mogłam świadomości, że tutaj każdy o każdym wszystko wie. A jak nie wie, to sobie dopowie. I puści plotki w świat.
Nie znoszę plotek, nie interesuje mnie życie sąsiadów. Mam gdzieś kto z kim, kiedy i po co.
Naprawdę - do dziś nie potrafię zrozumieć co jest takiego pasjonującego w plotkowaniu.
Czy nie przyjemniej wsadzić nos w książkę niż do czyjegoś życia ?
Marzyłam o liceum w większym mieście, w którym mogłabym poczuć się anonimowa.
Nawet nie rozważałam innej opcji, o ogólniaku gdzieś bliżej domu słyszeć nie chciałam.
I nigdy nie narzekałam, że muszę wstawać o 6, by na 7 30 dotrzeć do szkoły. Nie przeszkadzało mi to. Nigdy.
Potrzebowałam wolności, odcięcia się od małomiasteczkowości. Małe miasta potrafią wykończyć. Wszystko-o-wszystkich-wiedzyzm mnie dobijał. Od dziecka nie przejawiałam zainteresowania życiem innych ludzi, kompletnie mnie nie obchodziło kto z kim się hajtnął, kto rozwiódł, komu urodziło się dziecko i które to już. Zawsze miałam swój wewnętrzny bogaty świat, w którym czułam się świetnie. Pisałam pamiętniki, dzienniki, opowiadania, sporo czytałam i nie potrzebowałam wokół siebie ogromnej ilości osób. Pewnie już urodziłam się introwertyczką, choć w dzieciństwie nie wiedziałam, że takie pojęcie w ogóle istnieje.
Małe miasteczko z mentalnością "wszystko mnie interesuje, a najbardziej co u sąsiadów się dzieje" kłóciło się z moim "a co mnie to właściwie obchodzi ?". Męczyły mnie pytania choćby cioci o to, co się u mnie w klasie dzieje, kto z kim się lubi, a kto nie lubi itp., mnie to po prostu nie obchodziło.
Irytowało mnie, że gdy kupowałam w kiosku gazetę, kioskarka odpowiadała, że przecież moja mama kupi ten tytuł między 8 00 a 8 30.
Byłam wściekła, że ktoś komentował: "o ta mała blondynka to jest od tych, a ta ciemnowłosa od tamtych z ulicy tej i tej". Nie czułam się "tamtą ciemnowłosą od tamtych", już wtedy budził się mój dziecięcy jeszcze indywidualizm.
Uciekałam od plotkujących, nie chciałam słuchać co się w miasteczku dzieje. W dupie to miałam.
Niewiele się zmieniło. Nadal mam swój świat, nadal nie obchodzi mnie codzienność moich koleżanek i kolegów ze szczenięcych lat. Jeśli utrzymuję z kimś kontakt, wiem co u tej osoby słychać.
Jeśli z jakiegoś powodu kontaktu brak, brak też zainteresowania życiem tejże osoby.
W małych miasteczkach życie toczy się innym rytmem niż w stolicach, chociażby województw.
Nie można w nich liczyć na rozrywki, jakich pragną nastolatki. Nie ma kin, teatrów, fajnych knajpek czy urokliwych kawiarenek. Jak jest knajpa, to występuje w liczbie pojedynczej i z reguły przesiadują w niej podpici "wujkowie". Jeśli zdarzy się dyskoteka, często szybko przeobraża się w spelunę, w której śliniący się podstarzali i brzuchaci panowie lustrują skąpo odziane licealistki. O kinie pomarzyć sobie można. W snach jedynie.
Takie były moje doświadczenia. O ile barów i dyskotek do szczęścia nie potrzebowałam, o tyle za filmem w klimatycznym kinie czasem zatęskniłam.
Kawiarenki, kina, teatry, festiwale, anonimowość (znowu !) i wiele innych rzeczy odnalazłam w najbliższym większym mieście - Poznaniu.
Andrzej Bursa pewnie też miał swoje powody, które sprawiły, że w dupie miał małe miasteczka.
Znienawidzona praca, od której uciekał w poezję być może przyczyniła się do powstania tegoż wiersza. Może w wolną sobotę miał w planie napisać reportaż o jakimś mniejszym mieście, w końcu takowych reportaży trochę się w swoim krótkim życiu napisał. Co nie znaczy, że lubił taką pisaninę ..
Poezję Bursy poznałam będąc nastolatką i ten wiersz utkwił mi w pamięci najbardziej.
Oh, jak ja od zawsze nie znosiłam mentalności niewielkich miast..
Dalej nie trawię plotkarstwa i wtykania nosa w cudze sprawy. Jest tyle fascynujących spraw, którym można poświęcić czas zamiast interesować się co Kasia powiedziała Piotrowi na temat tej młodej z ulicy X, która ma dziecko z tym od tych, no wiesz, od tych, którzy przeprowadzili się tu w latach 60-tych....
Jestem na takim etapie w życiu, że lubię wypośrodkowanie w wielu dziedzinach. Doceniam więc i to, co mniejsze miasta oferują: ciszę, spokój, zieleń, bliskość lasu, możliwość wyjścia z domu i po krótkim czasie znalezienie się na łące. Małomiasteczkowej mentalności nadal jednak mówię wyraźne n i e.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












